Wiesz, tak naprawdę to on mi się nie podobał. Przynajmniej nie fizycznie. Pamiętam, kiedy zobaczyłam go po raz pierwszy. Miał na sobie ciemne dżinsy i przetartą skórzaną kurtkę. Trzymał ręce w kieszeni, choć nie tak ostentacyjnie, jak robią to mężczyźni, by pokazać, że wszystko mają gdzieś, a tak naprawdę czują się niepewnie w nowym otoczeniu. A te jego usta… Takie nieproporcjonalne. Wydęte. Górna warga mięsista, większa od dolnej. Jednak sposób, w jaki wtedy na mnie spojrzał… Ten jego wzrok, tak inny od tych, które dotychczas łapałam w przelocie lub zatrzymywałam na dłużej. To spojrzenie było przeszywające, ale i łagodne. Rozumiesz, co mam na myśli?

Poczekaj, muszę zapalić jeszcze jednego… Kiedy tak na mnie spojrzał, odniosłam wrażenie jakby, niewiadomo skąd, wiedział, ile czasu poświęciłam na to, żeby się przygotować do tego wieczoru. Zrobiło mi się wstyd, kiedy pomyślałam, ile nerwów kosztował mnie wybór sukienki, jak długo musiałam umawiać się do fryzjera… A przecież nie o to w tym wszystkim chodziło! Ale zdałam sobie z tego sprawę w momencie, kiedy nasze spojrzenia się spotkały… Tak bardzo nie chciałam, żeby pomyślał, że jestem jak wszyscy ludzie, którzy nas otaczali. Ci wszyscy podstarzali mężczyźni wciśnięci w garnitury z metodycznie zaciśniętymi krawatami wokół obwisłych szyj. Te ponaciągane kobiety, które tak chętnie wykładały pieniądze swoich mężów, by nikt przypadkiem nie pomyślał, że są nieczułe lub, jeszcze gorzej, skąpe. Ale ja je znałam… Były zimne jak skalpele, które nieraz dotykały ich czoła… Dopiero wtedy dotarło do mnie, że jestem częścią tego wszystkiego. Dopiero wtedy mogłam spojrzeć na siebie z dystansu, zobaczyć, że stałam się tym wszystkim, czego tak bardzo nienawidziłam.

Pablo Picasso, „Prostitutes at a Bar”, 1902 r.

A on… On wtedy wydawał mi się jedyną prawdziwą osobą. Choć ludzie patrzyli na niego z wyższością, on wydawał się tym wszystkim rozbawiony. Kpił z nich i wprawiał tym w zakłopotanie. Nie brał ich na serio, a oni nie mogli tego znieść. Nagle zrobiło mi się niedobrze. Wszystkie te perfumy, których się nawciągałam, zmieszały się w duszącą chmurę, która nade mną zawisła. Wyszłam na zewnątrz, ale muszę ci przyznać, że zrobiłam to ostentacyjnie. Chciałam zwrócić na siebie jego uwagę. Chciałam, żeby to zauważył, wyszedł za mną. Zjeżdżając windą, układałam w myślach jakieś błyskotliwe zdanie, myślałam, co ciekawego ostatnio przeczytałam, czym mogłabym go zaintrygować… To musiało być nieoczywiste, zaskakujące. W tamtej chwili zależało mi tylko na tym, żeby zmienić jego zdanie na mój temat, choć tak naprawdę go nie znałam. Mocno tego pragnęłam… Niech to będzie coś o podróżach. Na pewno dużo jeździ, niejedno widział… On jednak nie wyszedł za mną. Chyba nawet nie zauważył, że zniknęłam. Nie wiem dlaczego, ale byłam rozczarowana i… zdziwiona. Stałam tam sama w szmaragdowej sukience, z dopracowanym zdaniem, które wyszeptałam w pustą przestrzeń. Kilka razy zaciągnęłam się powietrzem i przymknęłam oczy. Tamtego wieczora nie zamieniłam z nim ani jednego słowa.

Autorka tekstu: Tatiana Zawrzykraj – absolwentka polonistyki-komparatystyki i zarządzania kulturą na Uniwersytecie Jegiellońskim. Jej teksty można było przeczytać w „Lounge Magazyn”, „Enter the Room”, a na stałe związana jest z redakcją „Fashion Biznes”. Instagram: @tzawrzykraj

Facebook