Tytuł kompletnie bez sensu, pomyślałby każdy, nie wykluczając mnie. Co może mieć wspólnego body shaming z białymi rajstopami? Babcię już prędzej można z nimi połączyć. Jaki jest wspólny mianownik, co spala te słowa i przede wszystkim, jaki to ma sens?

Miałam 10 lat, kiedy babcia powiedziała mi, że jestem grubsza niż inne dziewczynki w moim wieku. Nigdy nie byłam otyłym dzieckiem, ale nie zaliczałam się też do zgrabnych, smukłych, daleko mi było do figury modelki. Byłam szczęśliwym dzieckiem, przynajmniej tak mi się wydawało. W jednej chwili zaczęłam widzieć więcej. Zauważyłam, że moja fizjonomia zaważa na tym, jak postrzega mnie nie tylko własna babcia, ale też ja sama.

Najbardziej ranią słowa wypowiedziane przez najbliższe osoby, które powinny być wsparciem, uczyć samoakceptacji, wiary w siebie. Słowa raniły nawet wtedy, gdy nie do końca byłam świadoma ich znaczenia. Na pierwszy plan wysuwały się pogarda i obrzydzenie, które towarzyszyły ich wypowiadaniu. Zadały ból, chociaż skrycie wierzyłam, że nie są prawdziwe i nie odzwierciedlają rzeczywistych myśli mojej babci. Mając 21 lat wciąż mam w głowie tę sytuację, która wydarzyła się 11 lat temu. Wtedy dotarło do mnie, że babcia będzie ostatnią osobą, która nauczy mnie samoakceptacji. W gorszych chwilach to wspomnienie wraca jak bumerang i fałszywie utwierdza w przekonaniu, że jestem odpychająca i gruba, zbyt gruba żeby zasługiwać na czyjąś sympatię.

Widzę siebie, jestem otoczona koleżankami. Teraz wydają mi się dziewczynkami obdarzonymi wymarzoną figurą. Jesteśmy w kościele i śpiewamy podczas mszy. Należałam do oazy. Im dłużej o tym myślę, tym więcej szczegółów sobie przypominam. Mam dwa uplecione warkoczyki, uwielbiałam jak mama mnie czesała, do dziś proszę ją, aby uplotła mi francuza. Nigdy nie odmówiła. Przyglądam się bardziej, szara, plisowana spódniczka przeplatana błyszczącą nitką z kamizelką w komplecie. Lubiłam ten strój. Biała bluzka, kardigan w tym samym kolorze. Czy o czymś zapomniałam?

Najbardziej ranią słowa wypowiedziane przez najbliższe osoby, które powinny być wsparciem, uczyć samoakceptacji, wiary w siebie.

Tak, białe rajstopy, miałam wtedy białe rajstopy. Do niektórych rzeczy mam szczególny sentyment, inne z kolei przypominają mi o tym, o czym wolałabym nie pamiętać. To niesamowite jaką moc mają przedmioty. Będąc dziewczynką często nosiłam białe rajstopy. Nie wiem czy była to kwestia ówczesnej mody, upodobań mojej mamy czy po prostu je lubiłam. Gdyby nie fakt, że są dla mnie symbolem grubych nóg, nawet bym się nie nad tym nie zastanawiała. Odkąd pamiętam, spodnie i rajstopy w kolorze bieli kojarzyły mi się z podkreśleniem wszystkich niedoskonałości. Nie do pomyślenia było dla mnie kupienie takiej odzieży, sama myśl napawała mnie odrazą a w głowie pojawiał się obraz białych wąskich spodni opinających moje grube nogi. Nie wiem czy odważę się je kiedykolwiek przymierzyć. Nawet pisząc te słowa mam dreszcze. Nikomu o tym nie mówiłam, nikt nie potraktowałby tego poważnie, co najwyżej zostałabym uznana za wariatkę, która boi się białych rajstop. To nawet nie brzmi normalnie, ale nie poradziłam sobie z tym wspomnieniem na tyle, aby móc o nim otwarcie opowiedzieć bez poczucia wstydu i zażenowania.

Dzisiaj mam 21 lat, moja przygoda z oazą już dawno dobiegła końca, białe rajstopy są jedynie pamiątką z dzieciństwa, wiele rzeczy się zmieniło, pozostał warkocz oraz poczucie niepewności i niepokoju. Małe dzieci mają wyjątkową zdolność uczenia się oraz zapamiętywania czynności i uczuć, zwłaszcza tych, których doświadczyły po raz pierwszy. Nie odbiegam od tego schematu a sytuacja, którą przywołałam, jest jednym z najbardziej trwałych i wyraźnych wspomnień z dzieciństwa jakie posiadam. Wstyd się przyznać, że spośród wszystkich cudownych chwil, jakie przeżyłam, będąc małą dziewczynką, pamiętam akurat tę. Mimo upływu lat, towarzyszy mi do dnia dzisiejszego. Ostatnio coraz więcej myślę o przeszłości. Zapomniane sytuacje niekiedy sprzed bardzo wielu lat zaczynają odżywać i domagają się mojej atencji. Czuję jakby podświadomość skłaniała mnie do pochylenia się nad swoją historią, do głębszej analizy sytuacji, które hipotetycznie mogły mieć wpływ na sposób, w jaki obecnie postrzegam swoją osobę.

Dzisiaj mam 21 lat, moja przygoda z oazą już dawno dobiegła końca, białe rajstopy są jedynie pamiątką z dzieciństwa, wiele rzeczy się zmieniło, pozostał warkocz oraz poczucie niepewności i niepokoju.

Okres dojrzewania był dla mnie przełomowy, zaczęłam rozumieć, co to znaczy czuć się inną na tle koleżanek. Zrozumiałam, że czas wziąć sprawy w swoje ręce i schudnąć to magiczne 5 kg, nim się obejrzałam byłam już 13 kg lżejsza. Zaczęło się typowo, zrezygnowałam ze słodyczy, jedzenia typu fast food, wszelkich słodzonych napojów, wykreśliłam z menu ziemniaki, makaron, pieczywo. Stosowałam ‘lekką’ dietę, która w połączeniu z regularną aktywnością fizyczną, zaowocowała upragnioną utratą kilogramów. Biegałam, skakałam na skakance, jeździłam na rowerze stacjonarnym, ćwiczyłam z Ewką, Tiffany, Mel B, oprócz tego trenowałam karate. W wakacje poprzedzające drugą klasę liceum wyznaczyłam sobie cel, jakim było osiągnięcie ‘4’ na początku wagi. Kosztowało mnie to dużo samodyscypliny, ale motywacja jaką była upragniona sylwetka nie pozwoliła mi się poddać. Bieganie z doraźnej aktywności awansowało do codzienności, wstawałam jak najwcześniej, aby zdążyć wykonać zaplanowane trzy treningi, planowałam swój jadłospis, nic nie było przypadkowe, żyłam planem, wiedziałam, że plan mieści się w spektrum mojej władzy i za nic w świecie nie chciałam, aby ktokolwiek go naruszył. Byłam z siebie dumna, z tego, co udało mi się wypracować. Poczułam, że jestem silniejsza niż sądziłam, zauważyłam, że jeśli bardzo mi na czymś zależy, to jestem w stanie o to walczyć, choćby wymagało to ode mnie zużycia całych posiadanych pokładów siły. Droga do wymarzonej sylwetki nie była usłana różami. Musiałam mierzyć się zarówno z plotkami na temat mojej rzekomej anoreksji, jak i zatroskanymi komentarzami bliskich. Nie czułam przykrości, słysząc ‘szkieletor’, ‘szkapa’, czy ‘anorektyczka’. Czułam złość, że osoby, które komentowały moją sylwetkę, gdy ważyłam ok. 10 kg więcej, teraz mają czelność krytykować mnie z powodu zbytniego, ich zdaniem, wychudzenia. Czułam gorycz i ból, bo wiedziałam, ile poświęciłam, żeby poczuć akceptację ze strony innych, żeby móc spojrzeć na swoje odbicie w lustrze i nie odwrócić wzroku, nie rozpłakać się. Czułam, że ktoś chce mi odebrać coś, dzięki czemu nareszcie poczułam się wartościowa. Czułam niepokój, że utracę efekt wręcz morderczej pracy i wrócę do punktu wyjścia. Czułam, że żyję we śnie, z którego nie chcę nigdy się obudzić.

Bieganie z doraźnej aktywności awansowało do codzienności, wstawałam jak najwcześniej, aby zdążyć wykonać zaplanowane trzy treningi, planowałam swój jadłospis, nic nie było przypadkowe, żyłam planem, wiedziałam, że plan mieści się w spektrum mojej władzy i za nic w świecie nie chciałam, aby ktokolwiek go naruszył.

Z roku na rok przechodzę metamorfozę, zmiany nie zachodzą w moim wyglądzie, lecz ‘w środku’. Dojrzałam, staram się akceptować swoje niedoskonałości, wiem że nie jestem w stanie zmienić wszystkiego, nawet nie chcę tego robić. Rozstępy, które kiedyś były dla mnie największą zmorą, dziś przypominają mi walkę, którą stoczyłam, aby być kobietą, którą jestem teraz. To, jak postrzegam siebie, w dużej mierze zależy od nastroju, zdarzają się gorsze dni, w których dres jest moim strojem dnia a makijaż oglądam wyłącznie w kolorowych czasopismach, ale kto tak nie ma. Studia sprawiły, że zaczęło mi brakować czasu na regularną aktywność fizyczną. Wraz z przeprowadzką do Krakowa, zaczęłam żyć w rytmie tego miasta, bardzo dynamicznie, a mój jedyny ruch stanowiły spacery i bieganie, aby zdążyć na czas. Codzienne treningi zmalały do ok 1-2 na tydzień. Ćwiczyłam i jeździłam na rowerze tylko gdy wracałam do domu w trakcie weekendów. Po pewnym czasie zauważyłam, że nie czuję presji związanej z zaplanowanym treningiem. Cieszyłam się, że jestem znów w domu z bliskimi i to właśnie na chwile z nimi wolałam poświęcić czas. Ćwiczę bardzo rzadko, nie robię tego aby dojść do jak największego deficytu kalorycznego. Ćwiczę jak mam na to ochotę, spontanicznie, przestałam planować i na nowo odkryłam jaką radość sprawia mi ruch. Nie zawsze łatwo przychodzi mi mierzenie się ze swoim odbiciem w lustrze, bywają gorsze momenty, w których czuję jakby coś podpowiadało mi, że powinnam natychmiast poćwiczyć, lub czegoś nie zjeść. Staram się wtedy uspokoić i wytłumaczyć sobie, że nie wyglądam już jak w wieku 15 lat, że się zmieniłam i ta osoba, którą wciąż mam w pamięci jest mną z przeszłości. Próbuję przyzwyczaić się do obecnego wizerunku i odrzucać złe wspomnienia. Czuję, że z roku na rok zmierzam w dobrym kierunku a moja samoakceptacja jest coraz większa. Chciałabym móc spojrzeć sobie w twarz i powiedzieć, że lubię osobę, na którą patrzę. Jestem przekonana, że ta chwila nadejdzie, nie wiem kiedy to nastąpi, wiem jedynie, że będzie to jeden z najszczęśliwszych dni w moim życiu.

Rozstępy, które kiedyś były dla mnie największą zmorą, dziś przypominają mi walkę, którą stoczyłam, aby być kobietą, którą jestem teraz.

Zaczynam akceptować myśl, że ideały nie istnieją i właśnie to jest cudowne. Różnimy się od siebie, każda z nas jest inna i w tej inności tkwi nasze piękno. Nie musimy ze sobą konkurować, bo gramy w jednej drużynie, której wspólnym celem jest szerzenie wsparcia, zrozumienia, samoakceptacji i miłości do własnego ciała.

 

________________________________________

 

Autorka tekstu: Aleksandra Zuber (21) – studentka prawa na Uniwersytecie Jagiellońskim, miłośniczka mody i sztuki, uzależniona od kawy, instagrama (@aleksandramzuber) oraz fotografowania jedzenia.

Autorka ilustracji: Weronika Reroń (26) – robi ilustracje, plakaty, okładki do książek i albumów muzycznych oraz notatki rysunkowe na żywo (graphic recording). Studiowała architekturę na Politechnice Warszawskiej. Lubi czytać dobrze zaprojektowane książki, jeździć na rowerze i angażować się w ciekawe inicjatywy. Facebook.com/weronikareron.ilustracje/ instagram.com/wero.rero/ weronikareron.pl

 

Facebook