Hej, jestem Ania. Mam już 19 lat, a chyba z rok temu po raz pierwszy ujrzałam swoje lustrzane odbicie. Serio. To nie żart. No dobra… może zdarzyło mi się przejrzeć w lustrze w Ikei, w galerii handlowej czy nawet mojej własnej łazience, jednak nigdy nie widziałam w nim odbicia prawdziwej siebie. Odbicia, które pokazuje coś więcej niż moją twarz z kilkoma pryszczami i paroma bliznami. Odbicia, w którym zobaczę siebie całą w ciągu jednej mikrosekundy. Odbicia, które pokaże mi, kim jestem. Znalazłam je dopiero ponad 7 tys. kilometrów od domu. Zajęło mi to dokładnie 18 lat, ale jak to mówią, lepiej późno niż wcale.

Rok temu, a było to dokładnie w lipcu 2016 roku, wsiadłam w samolot do Nowego Jorku. I nie, nie jest to kolejna historia na miarę Plotkary czy Bridget Jones. Poleciałam tam, ponieważ właśnie w Nowym Jorku zaczynała się moja wielka przygoda na wymianie szkolnej. Stojąc na szczycie One World Trade Center, miałam przed sobą perspektywę spędzenia pięciu miesięcy poza moją strefą komfortu – nowy kraj, nowa rodzina, nowa szkoła, nowi znajomi. W momencie, w którym wylądowałam na lotnisku, wszystko wokół było zupełnie nowe. Może to zabrzmieć źle, no bo przecież Ania! Ty jesteś w Nowym Jorku! W AMERYCE! JAK MOŻESZ ODCZUWAĆ JAKIŚ DYSKOMFORT?

Odczuwałam, i to wielki, a fakt, że byłam w miejscu, które od zawsze chciałam zobaczyć, wcale nie spowodował, że mój strach i niepokój zniknął. Czasami miałam wrażenie, że moi najbliżsi kompletnie nie rozumieli – albo nie chcieli zrozumieć – co właśnie czuję i przez co przechodzę. Dla mnie to nie był super extra mega wyjazd do Ameryczki na pięć miesięcy, a najodważniejszy i najbardziej wymagający krok w moim życiu.

Stojąc na szczycie One World Trade Center, nie do końca wiedziałam, co przed sobą widzę. Czy to Nowy Jork? Czy to Manhattan? A może Brooklyn? Czy tam w oddali to Empire State Building?

Pozostawiona sama sobie, z głową pełną pytań, ruszyłam dalej. Z Nowego Jorku poleciałam do mojego nowego domu w stanie Mississippi. Trafiłam do rozciągniętego wzdłuż autostrady miasta słynącego z muzyki country i niesamowicie tłustego jedzenia. I tak w ciągu kilku dniu musiałam się przystosować do zupełnie innej pogody i nowej strefy czasowej. Dostałam też nową rodzinę, a mój nowy pokój nie był tak bardzo MÓJ jak ten w Polsce. Przedstawiono mi dziewczynę z Australii, która przeżyła dokładnie taką samą podróż, i to ona miała być moją nową siostrą? Osoba tak zagubiona jak ja? A do tego miałyśmy tak samo na imię! Gdy piszę o tym teraz, wydaje mi się, że to nie był przypadek. Anna była moim oparciem, praktycznie o każdej porze dnia i nocy. Była jak ja, ale nie do końca. Zwariowane, prawda? Zobaczyłam siebie w kimś, kto wyglądał zupełnie inaczej niż ja. Miałyśmy inną karnację, włosy, rozmiar, zainteresowania i mówiłyśmy innymi językami. Dzięki niej poznałam, czym jest prawdziwe siostrzeństwo. Siedziałyśmy w tym razem i nieważne, co by się działo, zawsze mogłyśmy na siebie liczyć – bo po to właśnie są siostry. W siostrach jest siła!

Pamiętam pierwszy dzień w szkole. Tak właściwie, to był okropny – nie zdążyli mnie zarejestrować i od 8 do 15:30 siedziałam na stołówce w bardzo niewygodnej sukience i zastanawiałam się, kiedy wszyscy wstaną i zaczną śpiewać. W końcu High School Musical to czysta prawda, co nie?

W polskiej szkole szło mi fatalnie. Ledwo zdałam z matmy i cieszyłam się z każdej dwójki. Nigdy nie usłyszałam od nauczyciela czy nauczycielki „ale ty jesteś zdolna!”, „w życiu jeszcze wiele osiągniesz!”. Byłam raczej typem uczennicy, której zdarzało się usłyszeć, że nie zostanie dopuszczona do matury. Wszystko się zmieniło, gdy tylko zaczęłam naukę w amerykańskiej szkole. Choć panuje powszechna opinia, że poziom w amerykańskich szkołach nie jest zbyt wysoki, to nie każdemu szło tam świetnie, nawet innym uczniom na wymianie. Nigdy nie sprawdzałam tam moich ocen, ale gdy pod koniec całego pięciomiesięcznego semestru dostałam wykaz z moimi wynikami, zaniemówiłam. W moim roczniku, czyli ostatniej klasie liceum, na 350 uczniów uplasowałam się na 50. miejscu. Na moją skrzynkę zaczęły spływać maile od różnych amerykańskich uczelni, a na polski adres przychodziły broszury reklamowe. Bardzo mnie to podbudowało i sprawiło, że sama w siebie uwierzyłam. Przez te pięć miesięcy miałam gdzieś to, co usłyszałam o sobie w polskiej szkole – że czegoś nie potrafię, że jestem za słaba, a nawet zbyt głupia. Gdy wróciłam, nauczycielka od geografii nadal straszyła mnie niedopuszczeniem do matury, a matematyczka nie do końca wierzyła, że zdam. Wyniki dostałam stosunkowo niedawno. Wszystkie mieściły się w centylu „powyżej średniej”, a nawet „wysokim”. Jeśli wierzysz w siebie, możesz wszystko, bez względu na to, co mówią inni.

Sam wyjazd nauczył mnie ogromnej odpowiedzialności. Poczułam się, jakbym naprawdę dorastała. Musiałam podejmować samodzielne decyzje, kontrolować wydatki, ale przede wszystkim poznałam właściwych ludzi, dzięki którym odzyskałam pewność siebie. Dzięki tak odważnemu krokowi, jakim był wyjazd do USA, mam się lepiej niż kiedykolwiek. Wyjście poza strefę komfortu jest dobre i zawsze nas czegoś uczy, ale sami musimy zdecydować, czy jesteśmy na niego gotowi.

Czy pobyt w USA mnie zmienił? Jasne, że tak, i wcale mi nie chodzi o te dodatkowe siedem kilogramów. Wyjrzałam poza swoje własne podwórko i teraz widzę świat o wiele szerzej. Inaczej postrzegam ludzi. Inaczej widzę drogę, którą podążam. Teraz już wiem, co zobaczyłam na World Trade Center. Zobaczyłam odbicie dziewczyny, która może zawojować nie tylko ziemię, ale też kosmos. Zobaczyłam wielki optymizm i miłość do świata. Zobaczyłam odwagę i siłę. Zobaczyłam siebie na tle Nowego Jorku, w którym wszystko się zaczęło, a wystarczyło tylko wyjść poza swoją strefę komfortu. 

Gdy patrzę na to z perspektywy czasu, widzę, że Nowy Jork jest tylko metaforą. Tylko, a może nawet aż. Nieważne, w jakiej jesteśmy w sytuacji, czy mamy szczęście, możliwości, czy może właśnie nasz świat się wali, czy dostaniemy stypendium naukowe, czy pracujemy ciężko od rana do wieczora, aby uzbierać pieniądze na wyjazd. Każdy powinien znaleźć swój „Nowy Jork”, bo każdy z nas w którymś momencie swojego życia dojdzie do tych magicznych drzwi, na których jest napisane „strefa komfortu”. Ale to już od nas zależy, czy przekroczymy próg, czy postanowimy rozegrać nasze życie w „bezpieczny” sposób.

W lustrze, gdy się ujrzymy niespodzianie, przez chwilę nie jesteśmy pewni, czy to my. – W. Gombrowicz

Autorka tekstu i zdjęć: Ania Walczak (19) – tegoroczna maturzystka i absolwentka liceum w Zielonej Górze. Jej hobby są rzeczy niemożliwe i blog (www.bananowiec.weebly.com). Była w Nowym Jorku i ma tatuaż banana na łydce. Kocha też Audrey Hepburn, podróże i Instagram (@bananowiecyay)

Facebook