Nie mogłam sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz czytałam Anię z Zielonego Wzgórza. Pod koniec podstawówki jako lekturę? Nie, to był pierwszy raz. A więc pewnie w gimnazjum, kiedy zabierałam się do przeczytania całej serii książek Lucy Maud Montgomery. Teraz znów sięgnęłam po Anię, zmobilizowana premierą nowego serialu Netflixa, ale i z pewnymi obawami.

Wracanie do ulubionych książek sprzed lat jest niebezpieczne. Grozi rozczarowaniem, bo możemy odnaleźć zupełnie inny tekst niż ten, który zastygł w naszej pamięci. Poza tym namówiłam do tego także mojego męża, na początku  sceptycznego i spodziewającego się raczej sentymentalnego nudziarstwa. Czy losy Ania Shirley nadal mają w sobie ten urok?

Jak się szybko okazało, martwiłam się zupełnie niepotrzebne. Książkę przeczytałam w dwa wieczory, na przemian chichocząc i wzdychając (mąż zresztą podobnie). Z zaskoczeniem odkryłam, że pamiętam większość historii, choć w moich wspomnieniach rozrosły się do nieco dłuższych i bardziej skomplikowanych. Wtedy razem z Anią przejmowałam się zgubioną broszką i tęskniłam za sukienką z bufkami, teraz zwracałam uwagę na nieco inne wątki.

A po lekturze – i po seansie, podczas którego dla odmiany przepłakałam połowę odcinków (cały sezon połknęliśmy w jedną noc) – zaczęłam się zastanawiać, co najbardziej zwróciło moją uwagę po tych kilkunastu latach. Doszłam do wniosku, że dwie sprawy: „kanadyjskość” i „emancypacyjność” Ani.

Szczerze, z ręką na sercu – pamiętałyście, że Avonlea leży w Kanadzie? Dla mnie jeszcze do niedawna nie było to takie oczywiste. W mojej pamięci miejsce akcji Ani zatarło się do bliżej niesprecyzowanej anglojęzycznej przestrzeni, która równie dobrze mogłaby się okazać amerykańską prowincją czy niewielką miasteczkiem w Wielkiej Brytanii. Moje nastawienie do „kanadyjskości” powieści zmieniło się diametralnie, kiedy niedawno mieliśmy okazję mieszkać przez rok w kanadyjskim Edmonton. To zupełnie inna część kraju, ale jednak.

Choć Avonlea jest fikcyjną miejscowością, to w powieści znajdziemy wiele prawdziwych nazw geograficznych. Ania mieszka więc na Wyspie Księcia Edwarda, na wschodnim wybrzeżu. A Lucy Maud Montgomery była oczywiście Kanadyjką.

Gdy tym razem czytałam powieść, odkryłam, jak mocno osadzona jest w kanadyjskiej rzeczywistości. Zupełnie tego nie pamiętałam! Sierociniec Ani znajduje się w Nowej Szkocji, w książce pojawia się premier Kanady, Maryla – tłumacząc się z decyzji o adopcji dziecka – mówi, że lepiej przygarnąć Kanadyjczyka niż jakiegoś obcego chłopca z Anglii czy ze Stanów. A Gilbert pojawia się w szkole nieco później, bo dopiero wraca do miasteczka po kilkuletnim pobycie w Albercie (w tym miejscu serce mocniej mi zabiło, bo to właśnie prowincja, w której leży Edmonton). I tak dalej, i tak dalej.

W serialu „kanadyjskość” Avonlea i okolic także jest bardzo wyczuwalna. Widzimy krajobrazy z Wyspy Księcia Edwarda: malownicze klify, bliskość portu i morza. Na tempo akcji wpływa konieczność przeprawienia się promem do Charlottetown, a więc największego miasta prowincji. Bardziej realistycznie zostaje też pokazana niezamożność rolniczej prowincji, jednego z najbiedniejszych rejonów Kanady. Gdy powieść tylko sugeruje niektóre problemy (jak ciężka praca Mateusza w polu czy brak oszczędności pozwalających wykształcić dzieci), serial dobitnie je pokazuje. Pogłębiono też niektóre aspekty, jak różnice w zamożności i stosunkowo niski status Cuthbertów.

Sprawy związane z samym miejscem akcji to tylko jedna „kanadyjska” warstwa. W powieści Montgomery odnajdziemy wątki na poły autobiograficzne. Matka autorki zmarła na gruźlicę, gdy ta miała niecałe dwa lata. Ojciec oddał ją na wychowanie dziadkom – z tego, co wiemy, bardzo surowym. Bohaterka książki dzieli także z Montgomery talent literacki i zamiłowanie do pracy nauczycielki. Losy Ani Shirley stają się więc jakby lepszą wersją życia autorki, optymistycznym wariantem jej własnej biografii. Szczęśliwie kończy się także wątek miłosny, gdy tymczasem wiadomo, że małżeństwo pisarki nie należało do udanych.

Co więcej, w Cavendish – na Wyspie Księcia Edwarda oczywiście – można zwiedzać dom będący pierwowzorem powieściowej farmy Cuthbertów. To co prawda nie ten, w którym Montgomery spędzała dzieciństwo, ale farma należąca do jej kuzynostwa, często przez pisarkę odwiedzana. Od charakterystycznego zielonego dachu i szczytu (czyli trójkątnego kawałka ściany wykrojonego spadzistym dachem) pochodzi właśnie słynna nazwa Zielone Szczyty.

Zaraz, zaraz, a co z tytułowym Zielonym Wzgórzem? No właśnie. Angielski tytuł  Anne of Green Gables można by przetłumaczyć właśnie jako „Ania z Zielonych Szczytów” czy „Ania z Domu o Zielonych Szczytach” (ewentualnie „Zielonych Dachach”). Autorka pierwszego przekładu na język polski zdecydowała jednak o innym brzmieniu tytułu. Ania z Zielonego Wzgórza tak silnie zakorzeniła się w języku, że kolejni tłumacze nie korygowali już tej nieścisłości. Jednak takie przeinaczenie znacząco zmienia nie tylko tytuł, lecz także to, w jaki sposób wyobrażamy sobie opisywaną w książce farmę.

Duży wpływ na kształt tłumaczenia ma czas jego powstania, a co za tym idzie – inna praktyka translatorska. Pierwsze polskie wydanie – przełożone przez Rozalię Bernsteinową – zostało natomiast przygotowane w 1911 roku, czyli już trzy lata po premierze za oceanem! Tłumaczka wprowadziła wówczas bardzo dużo spolszczeń, przez co niektóre nazwiska czy nazwy geograficzne całkiem odbiegają od oryginału. Jednak wiele z nich tak już wrosło w język, że czytelnikom trudno byłoby sobie wyobrazić inną wersję. Wystarczy jeden przykład: jak można usłyszeć w serialowych dialogach, Małgorzata Linde to tak naprawdę Rachel Lynde. W polskim przekładzie nie zdecydowano się na „Rachelę”, bo zbyt jednoznacznie kojarzyło się z imieniem żydowskim.

Translatorskie komplikacje tłumaczą też, skąd pochodzi tytuł serialu, czyli Anne with an E. W oryginale dziewczynka zaznacza, że woli być nazywana „Anne” (zamiast „Ann”), bo ta wersja imienia wygląda bardziej dystyngowanie. Taka argumentacja świetnie wpisuje się w charakter Ani, w jej żywą wyobraźnię i zamiłowanie do słowa pisanego, co rozwinie się przecież w pisarską przyszłość bohaterki. W polskiej wersji tytuł brzmi Ania, nie Anna.  Jeszcze większy zamęt rodzi jednak to, że napisy Netflixa w tej scenie („Ania, nie Andzia”) pochodzą z innego przekładu.

W polskim tłumaczeniu znaczenie tej sceny zupełnie się gubi, a zdrobnienia imienia może wpływać na sentymentalny i trochę zinfantylizowany odbiór książki. Tylko wyobraźcie sobie o wiele jednak poważniejszą „Annę z Zielonego Wzgórza”. Co prawda poznajemy bohaterkę w wieku jedenastu lat (w serialu jest już trzynastolatką), ale w kolejnych częściach serii dorosła już bohaterka nadal pozostaje małą „Anią”. A w oryginale książki Montgomery nie były początkowo skierowane tylko do dzieci i młodzieży i większość pierwszych czytelników stanowili dorośli.

Tak szybkie pojawienie się na polskim rynku wydawniczym tłumaczenia Ani – a w kolejnych latach publikacje następnych części oraz ciągłych wznowień – sprawiło, że książki Montgomery stały się w Polsce niezwykle popularne. Zyskały rozpoznawalność wręcz nieproporcjonalną w porównaniu z innymi krajami, może z wyjątkiem Japonii.

Dobitnie zdałam sobie z tego sprawę w Edmonton podczas rozmów z Europejczykami o kanadyjskiej literaturze. Znajoma z Austrii opowiadała mi, że „odkryła” ponoć bardzo popularną kanadyjską powieść o rudowłosej sierocie. Była bardzo zdziwiona, że nie dość, że znam całą serię, to jeszcze czytałam ją w szkole. Ta sama sytuacja powtórzyła się z Niemką i Węgierką, które dopytałam o znajomość losów Ani Shirley. Ja z kolei nie mogłam uwierzyć, że w ogóle nie słyszały o postaci, która wydawała mi się wspólna dla zachodniej kultury – nawet jeśli nie czytałaś pewnych książek, to i tak mniej więcej kojarzysz zarys fabuły, głównych bohaterów czy chociaż tytuł, jak, powiedzmy, w przypadku Przeminęło z wiatrem.

Niewiele jednak brakowało, by portret autorki Ani z Zielonego Wzgórza stał się bardziej rozpoznawalny, także dla obcokrajowców. W 2016 roku premier Justin Trudeau ogłosił, że w kolejnej serii dolarów kanadyjskich znajdzie się pierwszy banknot z podobizną wybitnej Kanadyjki na awersie. Wśród ponad 26 000 (!) kandydatur zgłoszonych w otwartym naborze znalazły się zarówno Ania Shirley, jak i Lucy Maud Montgomery. Następnie Bank Kanady wybrał spośród nich 461 kobiet spełniających określone kryteria. Ania nie została uwzględniona jako postać fikcyjna, ale pisarka znalazła się w ścisłej czołówce konkursu, docierając do przedostatniej tury (wraz z 11 innymi kandydatkami). Ostatecznie wybór padł na Violę Desmond (1914-1965), czarnoskórą aktywistkę sprzeciwiającą się segregacji rasowej, i to jej wizerunek do końca 2018 roku ma się znaleźć na 10-dolarowym banknocie.

 

autorka tekstu: Karolina Dzimira-Zarzycka (25) – historyczka sztuki i polonistka, coraz bardziej zainteresowana tropieniem kobiecych śladów i emancypacyjnych wątków w kulturze i historii, wrocławianka ze słabością do Kanady, pisała m.in. dla Culture.pl i Enter the ROOM

autorka ilustracji: Valeria Demidik (24) – ilustratorka, freelancerka, absolwentka historii sztuki oraz wielbicielka kotów; Instagram @valeriademidik 

Facebook