Ciałopozytywność. Ciało-pozytywność. Dziwne słowo. Ciało pozytywne – czyli jakie? Piękne? Wpisujące się w kanon? Zadbane? Pomalowane? Szczęśliwe i zdrowe?

Chyba nie lubię tego słowa. Moje ciało nie jest pozytywne, a może jest, w zależności od definicji. Jak na mój gust to powinno być: pozytywne nastawienie do ciała. Słowo klucz.

Miałam czternaście lat, papierosa w ustach i cały świat był u moich stóp – tak przynajmniej myślałam. Miałam też dziecięce ciało, trochę zagubione, dojrzewające, pełne blizn i ran, rozstępów. Rosnące już nie wzdłuż, ale wszerz.

Ciało, którego zaczęłam szybko nienawidzić, które doprowadziło mnie do lat walki o przetrwanie, które zdecydowanie nie jest pozytywną historią.

Przez 7 lat zmagałam się z zaburzeniami odżywiania. Wymioty, litry herbat na odchudzanie, głodzenie się, uczenie na pamięć tabeli kaloryczności. Napady objadania, kiedy organizm wołał o pomoc. Jedzenie zamrożonych produktów, wyjadanie resztek ze śmietnika, paręnaście tysięcy kalorii na jeden posiłek. To nie bajka, to brudna rzeczywistość, o której należy mówić głośno. To właśnie dzieje się za zamkniętymi drzwiami pokojów koleżanek, w publicznych toaletach, na stacjach benzynowych, na macie do jogi w środku nocy. Ta choroba może spotkać każdego, a wstyd który jej towarzyszy jest zbyt duży, żeby poprosić o pomoc. To błąd, poważny błąd.

Próbowałam zmieniać swoje życie niejednokrotnie. Próbowałam walczyć z chorobą, ale zawsze wracałam na stare śmieci. Bałam się przytyć, bałam się radykalnych zmian.

Bałam się – co najgorsze – swojego ciała i naprawdę wolałam spędzać godziny nad ubikacją i wolałam omdlenia na środku ulicy – bo tylko one były mi znane. Bezpieczne.

Akceptacja mojego wyglądu trwała latami i była jedną z najcięższych dróg, jakie przeszłam (a wiem, że brzmi to banalnie). Musiałam radzić sobie z każdą krostką, każdym rozstępem, każdym dodatkowym dekagramem. Wyrzucać z pamięci kaloryczność potraw, nauczyć się na nowo jeść, odczuwać głód i pragnienie. Czułam się jak dziecko, które próbuje postawić pierwsze kroki. Upadałam na twarz nie raz, nie dwa, ale dzięki temu teraz mogę chodzić.

Strach jest potrzebną emocją, ale jego nadmiar potrafi doprowadzić do opłakanych skutków. Wiele godzin spędziłam na przeglądaniu zdjęć kobiecych ciał, tych nieidealnych. Dniami przyglądałam się niepomalowanym twarzom, wystającym brzuchom, przebarwieniom i fałdkom na brzuchu, które pojawiają się przy każdym schyleniu.

Dopiero całkiem niedawno zrozumiałam, że nie trzeba kochać swojego ciała w każdym milimetrze, żeby być ciałopozytywną. Że nie trzeba zaprzeczać wszystkim kanonom piękna, że nie trzeba się dopasowywać, że można inaczej.

Uświadomiłam sobie, że ciałopozytywność to droga i jedno, ważne – a powiedziałabym, że najważniejsze – zdanie: jesteś wystarczająca.

Taka jaka jesteś. Bez makijażu i z pomalowanymi ustami. Z dodatkowym kilogramem, z krzywymi zębami, z aparatem, podczas miesiączki, kiedy jesteś spuchnięta, kiedy włosy nie chcą dojść do ładu. Jesteś wystarczająca kiedy Twoja pewność siebie onieśmiela innych, ale też w te dni, kiedy chcesz schować się przed światem. Pozytywność to nie tylko te dobre chwile, ale świadomość – że wygląd i nasze ciała nas nie definiują. Nie mówią o tym, jakimi jesteśmy ludźmi. Że każdy z nas zasługuje na szacunek i nie zasługuje na piekło, bo tak mówią inni.

Czy jestem ciałopozytywna? Pewnie w jakimś sensie tak. Wolę mówić o sobie, że jestem świadoma i zawsze wystarczająca. Że nie dążę do ideału, ale też – że często się nadal gubię i upadam. Że lubię tę trudną drogę, na którą zasługują wszyscy. Również Ty.


Autorka tekstu: Anna Boenish – propagatorka dbania o zdrowie psychiczne, mówiąca o ciałopozytywności, zaburzeniach odżywiania i kwestiach społeczno-politycznych w internecie. Zawodowo social media specjalistka, copywriterka. Po godzinach studentka sztuki pisania i pisarka tekstów artystycznych. Głównie je, śpi, czyta i mogłaby nie robić nic innego. 
Instagram: @anna.benisz/

Autorka ilustracji: Pięknochaosu – tworzy tzw. analogowy photoshop, używając przy tym gazet, nożyczek i kleju. Czasem wjedzie marker, nitka, brokat a nawet żywe kwiaty.  Skupia na papierze chaos w jednym miejscu, przekazuje aktualne wydarzenia, myśli i uczucia, których nie da się objąć słowami.
Instagram: @pieknochaosu/

Facebook