Jestem typem osoby, która kiedyś zgłaszała się wszędzie i na wszystko, a potem dopiero zastanawiała się, dokąd trafi i po co. Później trochę zmądrzałam i zaczęłam bardziej selekcjonować kuszące mnie oferty wyjazdów, staży, działań. Wiosną tego roku dość spontanicznie wysłałam zgłoszenie na projekt wolontariatu Europejskiego Korpusu Solidarności w Portugalii, a kilka miesięcy później otrzymałam pozytywną informację zwrotną i po dłuższej rozmowie z samą sobą podjęłam decyzję.

Dopiero wyjazd odpowiedział mi na pytania, które zadawałam sobie, zastanawiając się nad projektem.

W co się właściwie pakuję?

Gdyby ktoś powiedział mi w styczniu tego roku, że będę brać udział w winobraniu na północy Portugalii, deptać winogrona, słuchać ludowych przyśpiewek i przy tym wszystkim dobrze się bawić, nie uwierzyłabym w ani jedno słowo.

Kiedy aplikowałam na ofertę mojego wolontariatu w kwietniu, nastawiałam się na prowadzenie kreatywnych warsztatów i organizowanie wydarzeń. Wyszło inaczej. Ostatecznie współorganizowałam animacje dla lokalnej społeczności, młodzieży biorącej udział w wymianie kulturowej oraz dorosłych, którzy przyjechali z całego świata, aby wziąć udział w workcampie. Malowałam murale, pomagałam lokalnym producentom żywności organicznej w pracy fizycznej, uczyłam się portugalskiego, brałam udział w warsztatach dotyczących fair trade, no i zwiedzałam kraj. Przez pięć tygodni mieszkałam w liczącym 50 tysięcy mieszkańców Amarante, przeuroczej miejscowości leżącej nad rzeką Tamega, a każdy wolny weekend spędzałam podróżując.

A co, jak będę się nudzić?

Paradoksalnie, najbardziej obawiałam się nudy, nie mając pewności, ile czasu będą wymagać moje obowiązki. Okazało się jednak, że przerw wcale nie miałam tak dużo, albo wypadały zbyt krótkie, aby cokolwiek przedsięwziąć.

Przeszłam więc w tryb iście portugalski i nauczyłam się… po prostu spędzać czas sama ze sobą. Patrzeć w rzekę. Jeszcze więcej spacerować. Kiedy już naprawdę miałam wolne, ćwiczyłam jogę. Za to weekendy poświęcałam wyjazdom i zwiedzaniu: udało mi się zobaczyć Lizbonę, załapać na wystawę mistrzów pop artu i posłuchać fado, przejść się po Porto, ujrzeć kapliczkę na plaży w Miramar czy chodzić wzdłuż oceanu na wybrzeżu Costa Nova.

Co to zmieni?

Zastanawiałam się nad sensem wyjazdu. Przekonała mnie jednak głównie możliwość, którą dostałam. Orientowałam się w temacie projektów wolontariatu europejskiego od kilku lat, to był dopiero drugi, który akurat pasował mi na tyle, żeby się zgłosić i pierwszy, do którego zostałam przyjęta. W wolontariacie europejskim można wziąć udział do 30. roku życia i choć do tej granicy zostało mi jeszcze kilka lat, to wolałam wyjechać teraz, w trakcie wakacji, niż czekać na kolejną okazję. Jest to świetna możliwość, aby w bezpiecznych warunkach poznać inny kraj od podszewki: w ramach projektu otrzymujemy zakwaterowanie i wyżywienie, a pracując jako wolontariusz poznajemy miejscową społeczność.

Czy moje życie wywróciło się do góry nogami? Nie. Czy zostało wzbogacone w sposób, którego nie byłam w stanie przewidzieć? Tak. O rozmowy o kulturach, światopoglądzie, moralności, wierze, pasjach. O ludzi różnych przekonań, którzy być może zostaną ze mną na dłużej. O wspaniałe widoki, zbliżenie się do natury bardziej niż kiedykolwiek dotąd, doświadczenie pływania w rzece czy pod wodospadem w parku narodowym Alvao. O utwierdzenie się w tym, co lubię, czego potrzebuję, co mnie bawi, a za czym tęsknię. Samopoznanie. I pełen entuzjazmu powrót do mojej polskiej codzienności, w której coraz bardziej wiem, czego szukam.

W projektach wolontariatu Europejskiego Korpusu Solidarności może wziąć każdy Europejczyk przed 30. rokiem życia. Mnie wysłała Fundacja Rozwoju Społeczeństwa Przedsiębiorczego: frsp.eu.


Autorka tekstu i zdjęć:  Anna Blanka Dulny-Leszczyńska ‒ studiuje Media Interaktywne i Widowiska oraz UX Design. Z muzyki i sztuki przerzuciła się na media i nowe technologie. Poliglotka, italianistka, wrażliwa na słowo, konteksty i niedopowiedzenia. Wolne chwile spędza na macie lub na spacerach. Na instagramie: @aniablanka.

Facebook