Trudno jest dopuścić do siebie myśl: „Nie lubię cię. Przez ostatnie kilka lat odbierałeś mi prawo do głosu, próbowałeś stworzyć mnie na swój obraz, zrównywałeś z ziemią każdy przejaw indywidualności i nie pozwoliłeś mi rosnąć w spokoju. Zajmowałeś się mną od dziecka, ale mam prawo nie darzyć cię sympatią i nie podążać za twoimi radami wygłaszanymi z piedestału czterdziestokilkuletniego życiowego doświadczenia”. No bo jak można nie lubić własnego ojca?

Mam 21 lat i głupie wrażenie, że zaczęłam wchodzić w okres młodzieńczego buntu plus minus rok temu. Wcale nie dlatego, że wcześniej nie przychodziły mi do głowy rewolucyjne pomysły, ale dlatego, że będąc nastolatką, nie miałam siły ani ochoty ich bronić. Nienawidzę tej gęstej atmosfery po każdej poważniejszej kłótni, więc własne plany, te niezgodne ze światopoglądem rodziców, przemycałam najczęściej w żartach. „Hehe, jak będę dorosła, to znajdę sobie chłopaka rockmana i będziemy jeździć bez ślubu przyczepą po świecie”. Dla mnie – całkiem realny plan na życie, w oczach moich rodziców – wizja równie niedopuszczalna, co komiczna, szczególnie w ustach trzynasto- czy czternastolatki.

Podczas pierwszej poważnej rodzinnej batalii dotknęłam jednej z kwestii, których w domu poruszać nie należy. W złym tonie jest posiadanie swoich poglądów na temat religii, diety, miłości i kariery, ponieważ jeśli chodzi o te tematy, istnieje tylko jedna dobra ścieżka, a odstępstwa od reguły są piętnowane tak srogo, żebym raz-dwa wróciła do porządnego, aprobowanego przez rodzinę trybu życia.

Pierwsza walka zahaczyła więc o temat prawdopodobnie najbardziej z nich wszystkich drażliwy: religię. Do tej pory żaden z członków rodziny nie kwestionował, że co niedzielę należy chodzić do kościoła, raz na jakiś czas do spowiedzi, a do tego na mszę w ważniejsze święta. Wtedy wkroczyłam ja: „mamo, tato, nie idę do bierzmowania” (w porywie szaleństwa prawdopodobnie użyłam właśnie sformułowania „nie idę”; później zmieniło się to w bardziej subtelne „wolałabym…”, „nie chciałabym…” lub „co myślicie o tym, gdybym…”, chociaż w większości przypadków byłam równie zdecydowana i pewna swojej decyzji jak za tym pierwszym razem).

Moja banalna, jak mogłoby się wydawać, deklaracja, u obojga rodziców wywołała szok: zblednięcie, brak słów, szeroko otwarte oczy i twarze krzyczące „to żart, nie tak cię wychowaliśmy”. Schemat, według którego przebiegła tamta rozmowa porządkuje każdą naszą dyskusję, nawet dzisiaj. Rodzice kierują w moją stronę tysiąc pytań sformułowanych tak, żeby dobra odpowiedź nasuwała się sama. Ich ton jest agresywny, a głosy podniesione. W pewnym momencie pod moim adresem pada kilka mniej lub bardziej finezyjnych inwektyw, które w ostatnim czasie nieco straciły na delikatności i zmieniły się między innymi w wyrafinowanego „lachociąga”. Mniej więcej na tym etapie pękam i powstrzymuję płacz, żeby uniknąć oskarżeń o robienie kretyńskim scen. Tracę impet, a często też jakąkolwiek ochotę do racjonalnego przedstawiania swojego stanowiska, więc przez większość czasu słucham monologów, w których za każdym razem przewijają się te same frazy o ich życiowym doświadczeniu i trosce, później coś o mojej naiwności czy niedojrzałości. Dyskusję kończymy (my?) deklaracjami, że wybór i tak należy do mnie.

W tym wszystkim najgorsze nie są wyzwiska ani poczucie, że bliskie ci osoby, które czasem mogłoby wspomóc cię doświadczeniem, wolą to doświadczenie wepchnąć ci pięścią do gardła, zgnieść twoją głowę obcasem, a potem lekkim krokiem odejść, rzucając na odchodnym „to i tak jest twój wybór, zrobisz jak uważasz”. Wszystko dlatego, że twój sposób myślenia nie pokrywa się z ich wskazówkami. Najgorsze jest to, że pojawia się w tobie wątpliwość, czy cały świat nie myśli tak jak oni. Czy zmieniając poglądy religijne, rezygnując z mięsa lub nie chcąc wziąć ślubu, dobrowolnie nie narazisz się na ostracyzm ze względu na swoją inność. Czy, tak jak mówili, każda mijana osoba nie będzie osądzać cię przez pryzmat kilkucentymetrowego tatuażu na twojej nodze. Czy istnieje chociaż jedna osoba podzielająca twoje poglądy. Zaczynasz wątpić w to, czego jeszcze przed chwilą byłaś stuprocentowo pewna. Wałkujesz w głowie własne argumenty zastanawiając się, czy rzeczywiście nie są idiotycznymi pomysłami rozhisteryzowanej nastolatki.

Chciałabym móc powiedzieć, że recepta na tę sytuację istnieje, musisz tylko pójść do lasu i wykrzyknąć trzy razy „Moje zdanie ma znaczenie”, a po powrocie do domu podać rodzicom specjalny Eliksir Obopólnego Szacunku. Kiedy następnego dnia się obudzisz, przywita cię nowy Rodzic 2000. Nie będziesz już musiała ukrywać, że decyzje, o których rozmawiacie, przerażają swoim ogromem także ciebie. Każda kolejna dyskusja będzie wyważona, twoje odmienne poglądy będą uważane za wartościowe, natomiast skierowane do ciebie słowa będą wypowiadane z szacunkiem. Być może w przypadku niektórych rodzin ten przepis zadziała; u mnie sprawdziło się tylko jedno rozwiązanie: trzeba znaleźć „swoich ludzi” i trzymać się ich.

Istnieją osoby, które myślą tak jak ty, które cenią sposób, w jaki myślisz, wystarczy zakręcić się tu i tam, a przyjdą, co do tego mam całkowitą pewność. Chociażbyś miała wykleić sobie cały pokój karteczkami z magicznym napisem „Moje zdanie ma znaczenie”, zrób to i naucz się go na pamięć.

Zanim zechcesz na wieki wieków odciąć się od rodziny – a jeśli twoje domowe doświadczenia są podobne do moich, to obie dobrze wiemy, że tego rodzaju myśli pojawiają się często – pomyśl, że rodziców i dzieci łączy w gruncie rzeczy ta sama emocja: strach. Zaniepokojenie tym, gdzie może prowadzić wybrana przez ciebie droga. Dla nas – ciebie i mnie – wszystkie ścieżki będą właściwe, tak długo, jak będą nasze własne, obojętnie, czy na ich końcu znajdzie się chatka szamana w Indonezji, materac na skłocie czy przeszklony apartament z widokiem na Nowy Jork. W ich oczach natomiast życie polega na wydzieraniu złemu losowi kawałków, z których po wielu latach będzie można zbudować stabilną rzeczywistość. Stabilną, czyli szczęśliwą. Jednak żeby mieć większe szanse w starciu z losem, najlepiej jest nałożyć zbroję wykonaną ze związku małżeńskiego, pewności finansowej, domu z ogródkiem oraz paru innych elementów. I oni chcieliby nam ją zapewnić. To prawda, że w rodzicielskim ferworze zbrojeniowym nierzadko dostajemy rykoszetem, ale… najistotniejszy jest dla nich przecież efekt ostateczny, czyli bezpieczne, szczęśliwe dziecko. Tak przynajmniej sobie powtarzam.

autorka tekstu: Gabriela Szyc (21) – przede wszystkim filolożka i tłumaczka, amatorka literatury, ze szczególnym naciskiem na tę francuską. Hafciarka, twórczyni rękodzieła wszelkiego, początkująca fotografka. Uwielbia podróże, w tym autostopowe, szczególnie do dalekich, ciepłych krajów. Od kilku lat wegetarianka oraz przeszczęśliwa nie-mężatka.

autorka ilustracji: Marja Cielecka, studentka 2 roku w School of Form. W wolnym czasie dużo czyta, obserwuje świat i gotuje po wegańsku. Prace umieszcza na ig (instagram.com/marjacielecka)

Facebook