Przez kilka pierwszych lat mojego życia byłam święcie przekonana, że moim dziadkiem jest Ryszard Rynkowski. Nie przeszkadzały mi widoczny na każdym moim zdjęciu szczupły trójkąt twarzy ani ciemna czupryna opadająca zgrabną falą na jasne, gładkie czoło. To samo czoło i ten sam trójkąt widziałam w twarzy mojej mamy; te same charakterystyczne cechy  nosiłam ja. Nawet ten sam wicherek opadał na lewą połowę mojej dziecięcej jeszcze buzi. W pięcioletnim wszechświecie jest wiele miejsca na niedające się rozjaśnić sprzeczności. Miałam osiem lat, gdy siedząc na tylnym siedzeniu wiśniowej skody, słuchając, że dziewczyny lubią brąz, ostatecznie oddzieliłam od siebie dwie połówki jabłka. Ryszard Rynkowski żył przecież, a nad grobem dziadka milczało się co roku w listopadzie. Mimo to wciąż nie łączę swoich śniadych policzków z mężczyzną z albumu ze zdjęciami chowanego skrzętnie przed babcią. Myślę o tym, odwiedzając rodziców na święta. Sprzątając jedno z wąziutkich pięter, na co dzień nieco opustoszałego domu, sterczę godzinami przed szafą mojej mamy. Składam i wieszam. Jest tego cała garderoba; moglibyśmy zacząć zawodowo zajmować się tworzeniem kostiumów do filmów i spektakli. Przesuwając dłońmi po kolejnych taflach bawełny, jedwabiu i lnu, oddzielając jeans od wełny i tweedu, nie mogę nadziwić się różnorodności. Gdybym codziennie nosiła jedną pozycję z tej urzekającej kolekcji, przed dwa lata nie potrzebowałabym prania. Po sportowej, turkusowej sukience z kapturem przychodzi pora na koronkowy, czarny top. Między dwiema parami spodni od garnituru wieszam hippisowskie jeansy haftowane w kwiaty. Zapinając zamek w stylizowanym na ramoneskę żakiecie, uśmiecham się do zielonej austriackiej drindl kupionej w secondhandzie piętnaście lat temu. Oto moja mama. Zbiór sprzeczności. Pogoda nad polskim morzem. Nie widziałam jej dwa razy w tym samym komplecie ubrań.

Moja szafa wygląda zupełnie inaczej. Kiedy ostatnio liczyłam, wisiało w niej dwanaście błękitnych, oversize’owych koszul, różniących się tylko detalami kroju i składem materiału. Mam dwie ulubione pary spodni i kiedy obie lądują w praniu, nie wiem, co na siebie włożyć. Ulubioną granatową sukienkę noszę od pięciu lat i mam nadzieję, że prawdziwy len wytrzyma jeszcze minimum trzydzieści prań. Po każdym spontanicznym zakupie przeżywam męki – czy aby na pewno potrzebowałam kolejnego T-shirta w paski? I chociaż uwielbiam mój metalowy stojak z IKEI i sprawdzoną kolekcję ubrań, stojąc przed trzydrzwiową szafą mojej mamy, w której wieszaki upchane są jak sardynki, nie mogę opanować przejmującej  mnie po cebulki włosów czułości i wdzięczności. Dorastałam, przytulając się do tych spódnic, płacząc w te rękawy, wypatrując tych żakietów na widowniach pełnych mam.

Chociaż jesteśmy tak inne, wciąż pozostaję jej odbiciem. Każdy jej szalony sweter poszerzał moje pole eksperymentowania. Wypłynęła na dalekie wody i to nie tylko zakładając na wesele naszego dalekiego kuzyna ekscentryczny garnitur w czerwony prążek. Była tęczą, z której mogłam do woli wybierać odcienie. Polem walki, na które ja nie muszę już iść. Mogę świecić strażacko czerwonym pryszczem, albo ukryć go za kurtyną korektora, jeśli tylko będę miała taki kaprys. Jestem gotowa przechodzić pół roku w czarnym golfie i szarych spodniach, ale tylko dzięki wolności, którą wywalczyła mi ona.

Nie zawsze układa nam się dobrze, chociaż z każdym kolejnym rokiem coraz bardziej rozumiem, a może raczej staram się rozumieć, jej decyzje i nastroje. Kilka lat temu przypisałam do jej kontaktu w telefonie zdjęcie, na którym ma dwadzieścia jeden lat. Chcę pamiętać, że przede wszystkim jest tą studentką w góralskim swetrze i szarych dżinsach z wysokim stanem, siedzącą na krzesełku z pełnym ciepła i kpiny uśmiechem. Skądś, nie wiadomo skąd, przypałętał się mąż, trójka dzieci, starzejący się kot, ale to wciąż dziewczyna taka jak ja. Mamy zupełnie inne gusta, temperamenty i apetyty. Oprócz trójkąta śniadej cery, skręcającego się w deszczu pasemka włosów i – jak twierdził nasza podolożka – układu kostnego stóp, zawdzięczam jej przede wszystkim pewność, że to, co noszę, jak wyglądam, jaka się komuś zdaję, to tylko i wyłącznie moja sprawa. Kiedy zdarza nam się kolejna sprzeczka, próbuję przypomnieć sobie, jak wiele jej zawdzięczam. Nikt nie jest w stanie przykleić mi łatki. Zostałam na to zaszczepiona – dziesięć albumów Ryszarda Rynkowskiego i kilkanaście błękitnych koszul temu.

 

autorka tekstu: Janka Niedźwiedzka (25) – kiedy nie śpi, obserwuje. Wywiało ją daleko od domu. Chciałaby kiedyś napisać książkę. Lubi ludzi, okna i chodzić na piechotę.

autorka ilustracji: Agata Mianowska (24) – studentka animacji w Łódzkiej Szkole Filmowej. Ukończyła Liceum Plastyczne w Warszawie. Zajmuję się animacją i ilustracją. Swoje rysunki publikuje na facebooku 

Zapisz