O 8:30 dzwoni iPhone’owy budzik. Nieprzytomnie go wyłączam i wstając, zastanawiam się co zmusza mnie (nawet w wakacje) do wiecznego niewysypiania się. Siadam z kubkiem kawy i robię poranny przegląd social mediów. Scrolluje Instagrama, na którym oprócz dobrych momentów z życia moich znajomych, dużo również medycyny, feminizmu, weganizmu, fitnessu i #lesswaste. Same wartościowe posty, sami wartościowi ludzie – to dobra motywacja na początek dnia.

Wracam do swojego pokoju i patrzę na nieotwartego od maja Campbella. Leży kurząc się od tygodni i przypomina o jednym, pogłębiającym moje wewnętrzne uczucie pustki fakcie – że nie dostałam się na medycynę. Że w tym roku nie udało mi się spełnić marzenia, na które pracowałam całe moje dotychczasowe życie. Że od lipcowych wyników czuję się tak, jakbym funkcjonowała w gruzie swoich pragnień, a ludzkie głosy dochodziły zza szklanej ściany. Otwieram go i patrzę tępo na pierwszą stronę. Wyrwane z kontekstu biologiczne pojęcia rozsypują się w mojej głowie jak puzzle, których nie potrafię ułożyć. Tak wiele zapomniałam… Nie mam pojęcia, jak ja to poprawię.

„Wszystkie dziewczyny z medycznych Instagramów dostały się za pierwszym razem. Zrobiłaś coś źle.” Zamykam książkę z głuchym hukiem.

Aby nie siedzieć bezczynnie, postanawiam poczytać cokolwiek innego. Przemęczyłam już Tołstoja i Orwella. Czuję, że zdecydowanie pora na coś lżejszego – klasyka jest dobra tylko do pewnego momentu. Przeszukuję domowe półki i zastanawiam się na co właściwie mam ochotę. Jaka tematyka sprawi, że poczuję potrzebę zagłębienia się w świat słów na kolejne kilka godzin. Znajduję książkę o naszym wspaniałym naukowcu – Marii Skłodowskiej-Curie. Uśmiecham się – naprawdę mam sentyment do Marysi. „Wspaniałej naukowczyni.” – krzyczą nagle moje myśli. Jestem nieprzyzwyczajona do tej żeńskiej końcówki, bo choć w ustach innych brzmi naturalnie, w moich własnych za każdym razem jest sztuczna, mimo mądrych, Instagramowych artykułów. Wiem, że potrzebuję czasu, zanim zacznę z automatu jej używać. „Szkoda, że wszyscy już tak mówią. Feminatywy są ważne dla języka.” Odkładam plan czytania na później.


Zniechęcona faktem, że poranek przybrał taką formę, znajduję czekoladę, zwijam się w koc i zaczynam oglądać serial. Wczoraj spędziłam godzinę na bieganiu, dzisiaj dla równowagi mogę spędzić godzinę na siedzeniu. Albo nawet dwie. Milka Oreo rozpływa mi się w ustach kawałek po kawałku. Jest taka kremowa i mleczna i… „i niewegańska…” – wpada mi znikąd do głowy. „A już na pewno niezdrowa. Nie ma czegoś takiego, że jednego dnia niby jesteś fit, a drugiego siedzisz bez ćwiczeń, z taką beznadziejną dietą. Czego w #healthylifestyle nie rozumiesz?” Zostawiam ostatni rządek i przepłukuję usta wodą. Może pójdę się chociaż przejść.

Spaceruję ulicami Katowic i podziwiam świat znajdujący się w ciągłym ruchu. Bardzo lubię takie typowe, miejskie życie. Paradoksalnie to właśnie ono mnie uspokaja i pomaga odnaleźć siebie. Jestem dzieckiem dużych miast – hałasu, ludzi, kubków z kawą na wynos… Właśnie! Kawa! To zdecydowanie to, czego w tej chwili mi brakuje.

Wpadam do Costy, gdzie doskonale mnie znają. Śmieję się i macham im na powitanie. Zamawiam ulubioną kawę w kubku na wynos i wygodnie siadam w fotelu. Nie wzięłam żadnej książki, bo poranek nie zachęcał do kolejnych tego typu wysiłków. Odpalam Instagrama. W proponowanych znajduję najnowszą kampanię. Anja Rubik ma na sumieniu lamparta morskiego, okej, robi się dziwnie… Tylko o co konkretnie… A. Plastikowe słomki. Okej. Zjeżdżam niżej, sprawdzam czy pojawiło się jeszcze coś nowego i ciekawego. „Słomki zabijają zwierzęta. Co Ty właśnie robisz?”
Wpatruję się bez celu w mój kubek i wystający z niego kawałek plastiku.
„Musisz postarać się bardziej.”
Wychodzę.

[…]

O 8:30 dzwoni iPhone’owy budzik. Nieprzytomnie go wyłączam i wstając zastanawiam się co zmusza mnie (nawet w wakacje) do wiecznego niewysypiania się. Siadam z kubkiem kawy i robię poranny przegląd social mediów. Klikam w ikonkę Instagrama. Pojawia się ciemne tło – odpaliłam timer do tabaty. Patrzę na niego nic nie rozumiejąc. Po chwili moje neurony za pomocą odpowiedniej synapsy przekazują sobie informacje. Strzępki myśli. Zdarzeń. Całość.

Odinstalowałam Instagrama. Wczoraj wieczorem leżąc i gapiąc się w sufit po prostu kliknęłam „usuń.”

Nie dlatego, że był zły. Przecież oprócz dobrych momentów z życia moich znajomych było tam również dużo medycyny, feminizmu, weganizmu, fitnessu i #lesswaste. Same wartościowe posty, sami wartościowi ludzie – czysta motywacja na początek dnia. I na jego środek. I koniec.

Więc? Odinstalowałam go dlatego, że powodował we mnie poczucie winy. Ponieważ wszyscy wrzucamy tam tylko dobre rzeczy. Tylko idealne zdjęcia. Tylko przemyślane teksty. Odinstalowałam, bo przez niego wciąż przesuwałam w górę swoje granice. Przekraczałam je na siłę tak, jakbym przekraczała ogrodzenia chroniące ważne pomniki przyrody. Przekraczałam dlatego, że robili to wszyscy – podprogowo wysyłając mi komunikat, że tak trzeba.
Czyżbym nie umiała sama myśleć? Nie, to na pewno potrafię. Ale nie zawsze potrafię radzić sobie z presją. Nie zawsze widzę różnicę między tym, co próbuje mi się wmówić a między tym, co jest faktem. Nie zawsze przywiązuję wagę do tego, że moje życie jest inne niż życie reszty ludzi z Instagrama.

I nie zawsze pamiętam, że życie ludzi z Instagrama – często nie przypomina życia ludzi z Instagrama.

Dzisiaj mój dzień wypełni płakanie nad tym, że nie dostałam się za pierwszym razem na wymarzoną medycynę. Wypełnią go nienaturalnie brzmiące naukowczynie i lepiej brzmiący naukowcy. Bieganie i serial. I kawa w papierowym, nie-eco kubku.

Ale wezmę do niej chyba metalową słomkę. Bo dzisiaj moje myśli to mi podpowiadają. Bo dzisiaj to będzie otworzenie furtki ogrodzenia, a nie przeskoczenie go na siłę.

________________________________________

Autorka tekstu: Ania – królowa nadmiernie emocjonalnych reakcji. Mistrzyni żartów sytuacyjnych, głębokich rozmów i picia kawy na hektolitry. Kocha biologię, książki, kolor różowy i ludzi – chociaż do tego ostatniego nie zawsze się przyznaje, będąc dumną członkinią #antisocialsocialclub. „Pretty good is not enough. I wanna be great.” – tego się w życiu trzyma. I wierzy, że daleko zajdzie.
@pandanufin

Autorka ilustracji: Dagna Szwaja (24) – na co dzień zajmuje się projektowaniem, ilustracją, sitodrukiem. Studiuje Grafikę na wrocławskim ASP. Dużo poszukuje, nie lubi zbyt długo być w jednym miejscu. Na instagramie jako @jueldagna

 

Facebook