Asfalt ucieka w równym rytmie spod kół. Razem z moim mężem jestem od kilku tygodni w drodze i krajobraz zmienia się powoli, ale nieustannie. Większość trasy pokonujemy na rowerach, a od czasu do czasu przesiadamy się w pociąg i widoki za oknem zaczynają umykać w przyspieszonym tempie. Spędzimy tak najbliższych parę miesięcy, docierając do miejsc, które od długiego czasu żyją w mojej wyobraźni. Litwa, Łotwa, Estonia, Rosja, Kazachstan, Kirgistan, Azerbejdżan, Iran. Moje przeświadczenie o tym jak wyglądają te kraje, zmienia się wraz z pokonanymi kilometrami. Staram zrozumieć się świat tak bardzo odmienny od mojego. Niezależnie od tych różnic i języka, który nas dzieli od miejscowych ludzi, doświadczam ich życzliwości. Chłonę to, co mnie otacza, i zbieram strzępki obrazów. Spokój litewskich plaż, ryskie hale handlowe z kiszonym czosnkiem, kolej transsyberyjska, w której mieszają się wszystkie nacje żyjące w ogromnej Rosji, garnitury złotych zębów, które od czasu do czasu rozbłysną w uśmiechu, buriacka kuchnia pełna wołowego mięsa i niezmierzony wzrokiem step. Jednocześnie myślę, że ta moja podróż zaczęła się dawno temu, tylko sama nie mogę określić, w którym momencie dokładnie. 

Rosja, Petersburg, Ermitaż

Mam jedenaście lat i jadę na pierwszy spływ kajakowy. Razem, z tak samo małoletnią siostrą stryjeczną, próbujemy opanować ten dziwny środek transportu. Do wprawienia go w ruch potrzeba jedynie mięśni rąk, ale tego właśnie nam brakuje. Kajak płynie zygzakiem. Okrzyki “i raz, i dwa”, którymi próbujemy zmobilizować się do równego wiosłowania, mieszają się z tymi rozpaczliwymi, którymi wzywamy naszych ojców na pomoc.

W tym samym roku jadę na obóz harcerski. Moim największym lękiem jest ciemność. W niej roi się od obcych ludzi wyciągających ręce, żeby musnąć mnie zimnymi, ciemnymi palcami i przypomnieć, że powinnam się bać. Nocny las jest pełen dźwięków i drzew, które do złudzenia przypominają ludzkie sylwetki. Po miesiącu mam wrażenie, że znam wszystkich tych drzewo-ludzi. W dzień czekam na nadejście nocy. Kiedy całe obozowisko idzie spać, ubieram się w ciemne ciuchy i znikam w ciemnym lesie. Leżę na pomoście, gapiąc się w gwiazdy, albo z innymi nocnymi markami wyjadam zapasy z magazynu. Czasami zamieram w bezruchu, sama stając się na chwilę człowiekiem-drzewem. Chowam się przed starszymi druhami, którzy marzą tylko o tym, żebym spała bezpiecznie w swoim łóżku.

Litwa

A może moja podróż zaczęła się wtedy, kiedy sama po raz pierwszy wyjechałam za granicę. Kończyłam liceum i kompleksy oplatały mnie szczelnie od palców stóp, po czubek głowy. Chodziłam po szkolnych korytarzach i marzyłam o tym, co będę robić w przyszłości. Czekałam. Byle do końca, byle do matury, byle jak. Nie mogąc znaleźć wspólnego języka z rówieśnikami, byłam przekonana, że nie umiem dogadać się z nikim. Wtedy dostałam propozycję wyjazdu na wolontariat do Madrytu. Pojechałam. Praktycznie każdego dnia pracowałam z inną grupą ludzi. Mówiłam swoim kalekim angielskim, od czasu do czasu wtrącając hiszpańskie słowa i w razie potrzeby machając rękami. Chodziłam po obcym mieście i z każdym krokiem miałam wrażenie, że jestem trochę bardziej sobą.

Ten wyjazd ośmielił mnie, żeby w kolejnym roku pojechać z moim bratem autostopem do Hiszpanii. Rozgrzana nawierzchnia drogi parzyła nas przez podeszwy butów. Próbowaliśmy dostać się na wybrzeże i szliśmy przez jedno z wielu sennych miasteczek pogrążonych w sjeście. Nie mieliśmy wody ani jedzenia. Wszystkie sklepy były zamknięte, a my usilnie próbowaliśmy znaleźć jakiś kran. Mijało nas niewiele samochodów, więc byliśmy nastawieni na długi marsz ulicami poparzonymi przez słońce. Jednak nasze duże plecaki wzbudziły zainteresowanie kierowcy zaparkowanej nieopodal ciężarówki. W naszych późniejszych opowieściach przylgnęło do niego imię Pan Anioł. Pan Anioł był przysadzistym mężczyzną w średnim wieku. W jego ruchach było czuć wojskową sztywność. Mówił angielskim z silnym rosyjskim akcentem. Po kilku minutach rozmowy zdecydował, że nadłoży drogi, żeby zawieźć nas na wybrzeże. W czasie jazdy spoglądając na nas badawczo, otworzył bez słowa znajdującą się pod łóżkiem lodówkę i wyciągnął z niej zimną wodę i soczystego melona.

Przypomina mi się też szaleństwo dwudziestoczterogodzinnej pracy przy obsłudze wesela. Nie wiedziałam, jak wygląda panna młoda, ale wiedziałam, skąd trzeba zebrać brudne talerze, a gdzie uzupełnić sok. Udowadniałam sobie i innym, że potrafię ciężko pracować. Z tym przekonaniem wyjechałam później do Norwegii. Las był tam domem, fiord ogromną wanną, a na śniadanie zbierało się borówki. Pracowałam z przyszłym mężem na farmie, gdzie wykonywaliśmy drobne naprawy, odmalowywaliśmy budynki i doprowadzaliśmy całe miejsce do porządku. Podziwiałam ogrom otaczającej mnie natury. Mimo całego surowego piękna tego kraju, przychodziły też dni, kiedy wszystko budziło tylko moją wściekłość. Prace, które wykonywaliśmy często były ponad moje siły. Chciałam rzucić w kąt łom, pędzel, młotek czy cokolwiek, co właśnie trzymałam w ręku, zakrzyknąć, że ja się do tego nie nadaję, i wrócić do Polski.

Litwa
Rosja, Bajkał

Uśmiecham się do tych wspomnień. Wiem, że to bardzo mały wycinek tego, co sprawiło, że mogę jechać przed siebie po obcym kontynencie. Każde z tych doświadczeń dało mi do ręki pewien klucz. Mam klucz, dzięki któremu nie przeraża mnie naprawa roweru, choć do tej pory nie musiałam tego robić. Mam klucz, który sprawia, że nie muszę władać biegle językiem, żeby się z kimś dogadać. Te wszystkie klucze i kluczyki, kolekcjonowane przez lata, pałętają się po moich kieszeniach i przychodzą z pomocą w najmniej oczekiwanych momentach. Każda najmniejsza podróż i przeżycie, które wydawało się nie warte swojej ceny, składają się w jedną całość i dzięki nim mogę być tu, gdzie jestem.

Rosja, Petersburg
Litwa, Kłajpeda
Rosja, Moskwa

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

autorka tekstu i zdjęć: Magdalena Urzoń (26) – skończyła studia i na razie jedzie przed siebie na rowerze. Uzależniona od książek, ale przez popsuty czytnik i brak patentu na czytanie w czasie jazdy, obawia się, że grozi jej wtórny analfabetyzm. Instagram: @zdzbl_o

Facebook