Mam piętnaście lat i siedzę przy swoim biurku. W ręku trzymam tanie pióro kulkowe, mój atrybut. Po chwili wstaję, aby wyjrzeć przez okno. Widok jest, owszem, piękny – jakbym w pokoju zamiast okna miała wielki, ruchomy obraz. Niebo i jego wszystkie twarze, rozległe łąki i pola kwitnące rzepakiem. Drzewa, które wdzięcznie szumią i są domem dla ptasich rodzin. Każda pora roku to inna, wyjątkowa paleta barw. Gdy leżę w łóżku w nocy, w górnym rogu mojego obrazu widzę gwiazdę. To chyba ta, która nade mną czuwa. Zaciągam się powietrzem. Nuta podstawy – ziemia, trawa, kora, liście. Nuta głowy – dym z komina, płatki i kielichy kwiatów, węgiel z kotłowni, rąbane drewno, kawa z tarasu, suszące się pranie, wyziewy z silników, mokry asfalt. Nuta serca to coś znanego, ale trudnego do uchwycenia.

Odkładam pióro i myślę o swojej niedoli. Kocham naturę, ale mam już dosyć mieszkania na wsi. Siedzę w miejscu, a nogi mnie niosą w jakieś dalsze podróże. Na co dzień szkoła, dom, kręcenie się pomiędzy domem dziadków, naszym i sąsiadów, gdzie mieszka kuzynka, z którą się przyjaźnię. Często chodzimy na długie spacery do sąsiedniej miejscowości, w której mieszka nasza przyjaciółka. Nie możemy się doczekać prawa jazdy, bo bez własnego środka lokomocji trudno jest gdziekolwiek się ruszyć. Zresztą rodzice nie zgadzają się, abym podróżowała bez opieki. Nie ma mowy o koncertach, imprezach. Mając piętnaście lat, czuję się wciąż jak dziecko, podczas gdy w Stanach albo na innym Zachodzie dziewczyny w moim wieku mają już za sobą wiele prób „dorosłego życia”. Oglądaliście „Trzynastkę”?  To film o dziewczynie gwałtownie wkraczającej w dojrzewanie. Gdy zaprzyjaźnia się z przebojową koleżanką, z dnia na dzień z  ułożonej uczennicy przemienia się w buntowniczkę i próbuje wszystkiego, co tylko może jej zaoferować nastoletnie życie. Trochę hardkorowy przykład, ale coś w tym jednak jest, skoro powstał taki film.

Jestem zafascynowana amerykańską kulturą. Oglądam wiele filmów i seriali, gdzie podglądam, jak żyją ci wyluzowani, optymistyczni ludzie. Chcę żyć jak oni, podoba mi się przepych, w jakim urządzają domy, ogrody, miasta; ich styl ubierania, ich język, ich święta narodowe. Świat amerykańskich nastolatków jest moją alternatywną rzeczywistością. Taki odmienny od mojego. Ja żyję w miejscowości, gdzie liczba mieszkańców nie przekracza 700. Dookoła mnie gospodarstwa, tereny uprawne, drewniane i murowane skromne domy po Niemcach, rozległe zagracone podwórka,  popsute chodniki, polne zwierzęta. Nie mam wielu ciuchów, kosmetyków ani gadżetów. Na swój własny, oddzielny pokój (wcześniej mieszkałam z bratem) czekałam 13 lat. W tym samym czasie założono nam też łącze internetowe!

A jednak nigdy nie żałowałam tego, że czasami bywało nudno, bo z tej nudy wynikało wiele zabaw i kreatywnych pomysłów. Poza tym nie używam często wyrażenia „nudzi mi się” przy rodzicach, bo oni zawsze mają coś do roboty i chętnie przydzielają ją również swoim dzieciom. A ja nie przepadam za pracą na wsi – ciężką i brudną. Marudzę, gdy przychodzi czas koszenia trawy, zbierania ziemniaków czy jabłek, pielenia ogródka, przeprowadzania zwierząt, zwożenia opału do kotłowni. Dziadek mawia, że jestem miastowa, i wcale się nie myli. Często czuję się jak odszczepieniec. Nikt nie rozumie mojej muzyki, stylu ubierania, buntowniczych poglądów, stanów melancholii i zamykania się na wiele godzin w pokoju. Babcia ma na to lek: gdy zajmiesz się jakąś pracą, przynajmniej nie przychodzą do głowy głupie myśli. Ale dla mnie te głupie myśli wynikające z „nicnierobienia” to setki zapisanych stron w zeszytach i pamiętnikach. Mój wewnętrzny świat.

Moim marzeniem jest wyprowadzka do miasta. Mam wizję młodej dorosłej siebie: kreatywna praca, urocza kawalerka na starówce, pies, małe auto, częste wypady do teatrów i na koncerty, rozwijanie się, poznawanie nowych osób. Manifestowanie swojego oryginalnego stylu i swoboda bycia. Cóż, po kilku latach ta wizja spełniła się w niewielkim procencie – co prawda mieszkam teraz w pięknym mieście, ale dorosłe życie zweryfikowało te utopijne marzenia. Nie mam ślicznego mieszkanka na starówce, bo ceny wynajmu przyzwoitego lokalu bywają tam kosmiczne. Nie mam auta, ale bardzo polubiłam się z komunikacją miejską. Na zwierzaki nie pozwala większość właścicieli mieszkań, ale będę próbować. No i moja praca odbiega od odwiecznych wyobrażeń, ale wierzę, że można się utrzymywać z jakiegokolwiek etatu (oczywiście nie na zasadzie męczenia się w pracy – wiele zależy od nastawienia), a przy tym realizować swoje hobby i próbować spełniać marzenia. Jak ja, gdy teraz do Was piszę.

Zdarza się, że czuję takie ukłucie zazdrości, gdy obserwuję ludzi z miasta rodem – choćby swoich kolegów z pracy. Są jakby bardziej przebojowi ode mnie. Nikomu nie przeszkadza, że pochodzę z malutkiej miejscowości, i to też nie powinno ograniczać mnie. Aczkolwiek widzę różnicę na przykład między mną czy moim bratem a naszymi kuzynami z miasta. Oni mieli więcej zajęć dodatkowych, od dziecka na poważnie realizowali swoje hobby. A my mieliśmy obowiązki w domu. Nikt nas do tego nie zmuszał, ale byliśmy nauczeni, że rodzicom się pomaga i już. W końcu z tej pracy żyliśmy wszyscy. Była i jest ciężka. Na wsi żyje się trudniej niż w mieście. Nie ma tylu udogodnień, rozwiniętej komunikacji, infrastruktury i handlu. Ludzie wiele dóbr wytwarzają sami. Opiekują się całym gospodarstwem, podwórkiem, domem, swoją ziemią i tym, co z niej wyrasta. I jest to praca od rana do wieczora, w weekendy i święta.

Gdy oglądam stare zdjęcia gospodarstwa, które kupili moi dziadkowie pięćdziesiąt lat temu, widzę tylko nieduży dom otoczony płotkiem, jeden budynek gospodarczy i sad. Później, dzięki nieustannej pracy, pojawiło się więcej budynków, ogródek z warzywami i kwiatami, zwierzęta, więcej pól i łąk, mały lasek i dom moich rodziców. Teraz podziwiam ich pracę i nie mam już za złe, że nie czytają tylu książek, rzadko kiedy uczestniczą w kulturze i że lubią swoje proste przyjemności. Dogadujemy się lepiej niż kiedykolwiek, mimo że ja wybrałam inne życie. Gdy tam wracam, po prostu rozkoszuję się poczuciem, że wychowałam się w bliskości natury, w jej rytmie. I że przełamałam się, aby z wioseczki trafić do wielkiej skomplikowanej przestrzeni i tam układać sobie życie.

 

 

autorka tekstu: Adrianna Wieczerzak (21) – pochodzi z Żuław, żyje w Gdańsku; zawsze pisała do szuflady, ale ile można. Do szczęścia potrzebuje natury, czytania, kota, i łaskawego bożka kreatywności. Typowa humanistka. Ładniej od słowa mówionego wychodzi jej to pisane.

autorka ilustracji: Zuzanna Waligórska – absolwentka Akademii Sztuki w Szczecinie, skupiona głównie na projektowaniu identyfikacji i grafiki drukowanej. Ostatnio fascynuje się wpływem pracy grupowej, szczególnie w teamach wielokulturowych, na proces projektowania oraz jego efekt.  behance  instagram

 

Facebook