miłość to atom rzeczywistości

miłość to atom rzeczywistości
to cudzysłów na Twoich skroniach
to wódka pita przez dwa splecione łokcie
i płacz, którym wrzynasz mi się w ciało

miłość to okruch dnia
zapewnia ciągłość i przedmiot wojny między nami
możemy stać naprzeciwko siebie
przepychać się

miłość wychodzi z naszego pojedynku
i z troski, i z wyczucia
i z tego, że będziemy opiekować się swoim umieraniem
kiedy na któreś przyjdzie czas

miłość wychodzi z wyprawy
na drugi koniec świata, by zanieść Cię tam
w ostatnią drogę

miłość wychodzi ze śpiewu
tego wspólnego w polu
przeciwko nocy, przeciwko lasom
prosto z głębi duszy
tego śpiewanego w górze
ostatniego dnia kiedy się widzimy
przed pożegnaniem
w starym języku, którym nikt już nie mówi

miłość wychodzi z płaczu
tego uświadomionego
gdy to, co nas spotyka znowu nas rozdziera od środka
tego stłumionego
żeby nie budzić tych, których kochamy

miłość to atom rzeczywistości
to cudzysłów na Twoich skroniach
to ucieczka z kraju, to ostatni statek do Dakaru
to ten wagon, ta karawana
w której się urodziliśmy
my wyjeżdżamy, więc chodź

miłość to moja mała ziemia
moja góra, ta pestka ojczyzny
ostatni kwiat pomarańczy
mówiłam, że to nie jest pożegnanie
ale to przecież było tylko zdanie

Raphael

ja nic nie negocjuję
pozwalam każdemu przyjść
i odejść

wychodzę w nocy
wpisuję kody
myję ręce

nie chcę zrobić sobie wrogów dzisiaj rano
chociaż —– już ich mam

namiętnik

wciąż słyszę falę
z twoich oczu na moje
z twoich ust na moje
z Ciebie
na
mnie

opętała mnie
jak słodka woda w mojej głowie

to było tak silne
tak piękne?

filozofia Twojego oddechu
pomiędzy
moimi
słowami

jak do Ciebie dotrzeć?

odwracałam się
pełna tej nocy
lepka od pierwszych
promieni słońca

albo czy
będę mogła powrócić do Ciebie pewnego dnia?

śpiewałam coś po irlandzku
pewnie zasypiałam

albo
połączyć Cię z niebem

czy Twoje przyjście ma jakiś sens?
masz jakieś imię? ja też nie
zapomniałam go
na fali oddechu
gdy nie mogłam już dłużej

usłyszałam Cię
twoje usta na mojej skórze

Gorajec

mówi, ja nie rozmawiam a moje serce parzy
moje oczy są pełne wojny a moje usta suche
i nie mam już żadnych przyjaciół
szukam przebaczenia i zapomnienia
mój nóż śpi w łóżku a ja idę w stronę twoich rąk

mówi, że nikt nas nie widział
a modlitwy nas nie ratują
ci, którzy mnie urodzili już nie żyją
myślę o tym, a potem zapominam
mówi, że nikt na świecie mnie nie zna
nie mówię nic i oddałam wszystko

świat jest pełen jeżyn i
tego, czego szukałam nigdy nie znalazłam
mówi, że ja nie rozmawiam a moje serce parzy
przynajmniej żadne z nas nie jest
martwe w środku jak beton

pożerani przez bezmiar i pasję
dziś zdaję się tylko na gwiazdy na niebie
błagam je o wybaczenie
świat jest pełen cierni i
tego, czego szukałam nigdy nie znalazłam

mówi, że nie rozmawiam a moje serce parzy
moje oczy są pełne wojny a moje usta suche
nie zmieszczę więcej pięknych słów, nie wypowiem ich
nie mówię nic

tylko daj mi się ugryźć
“nie tutaj”, nie teraz
zgadł mnie kawałek po kawałku
mówi, że agresja byłaby zbyt banalna
dziś ufam tylko gwiazdom na niebie

jak u tygrysa
im dłużej patrzę tym większe są moje oczy
nie zmieszczę więcej pięknych słów, nie powiem ci
nie mówię nic

يا روحي أنا

(o moja duszo)
dla M.

łowimy swoje spojrzenia z przeciwległych krańców
kanapy

widzę krople rosy na rzędach
twoich rzęs

bo przecież
rany zawsze swędzą gdy się goją

bo przecież
nigdy nie słyszymy tej kuli, która nas zabija

كراميل

[karmel]

kiedy mnie dotkniesz
zamienię się w karmel
rozpuszczę się
jak cukier na ogniu

Depresja nr 5

prowadzę raczej sennik niż dziennik
raczej namiętnik niż pamiętnik
niczego już nie chcę, nic już nie muszę
zapach jak welur się ślizga po skórze

dobrze jest oprzeć moje oczy o twoje
na znak czasów, gdy jednak oboje
pragnęliśmy siebie pośrodku ulicy
w oparach kłamstwa i śliwowicy

dobrze jest ściskać twój palec mym palcem
wydrzeć tę noc wspomnieniom i kłamstwom
i zabić to, wydrapać i opić raz jeszcze
i oblać to łzami zapłakać to deszczem

i uciec i uciec i uciec w przestworza
by nie umrzeć, nie kochać, bo tak być nie może
i wpaść jak w kałużę, jak w tramwaj w to wskoczyć
mieć ślad ten na skórze, ten posmak, te oczy

dobrze jest w domu zatęchłym bezwiednym
położyć się w łóżku jak w tamtym tak zwiędłym
zamknąć się w ścianach koloru księżyca
odmówić całusa czekającego życia

i nie chcieć ciebie i chcieć cię jednak trochę
tak jak się patrzy tylko jednym okiem
rzuć mnie błagam, tak jak rzuca się wódę i szlugi
jak tego nie zrobisz, zostawię ci tylko długi.

_______________________________

Autorka wierszy: Laurie Debeni (21) – lewicowa aktywistka, antropolożka, kreatorka memów (Queen Antifah), projektantka oporu, wrażliwa dusza. Antyfaszystka, feministka, fanatyczka lumpeksów. Instagram: @queen_antifah.

Autorka ilustracji: Olga Szewczuk (27) – absolwentka warszawskiej ASP. Wrażliwa i chaotyczna marzycielka. Zajmuje się fotografią, malarstwem i ilustracją. Lubi odkrywać, poznawać i podróżować. Co chwila zmienia zdanie, jak i tematykę swoich prac. Pochodzi z Zamościa, przez ostatnie lata związana z Warszawą i tamtejszą Akademią Sztuk Pięknych. Obecnie miota się we Wrocławiu.

 

Facebook