Od wielu lat czuję wstyd. Jest mi wstyd przed moim ojcem, który od osiemnastego roku życia podejmuje się ciężkiej, fizycznej pracy, aby było mi lepiej niż było jemu, jednocześnie będąc przy tym człowiekiem aktywnym, pogodnym i energicznym. W “Rzeźni numer 5” Kurt Vonnegut pisze podobnie: “Było mu wstyd, czuł się słaby i niewdzięczny, ponieważ matka zadała sobie tyle trudu, żeby mu dać życie i utrzymać go przy życiu, a jemu wcale się to życie nie podobało”.

Jesteś dobrze wykształcona, dobrze wiesz, że najwspanialsza rodzina, najpiękniejsze ciało ani największy majątek nie mają większego przełożenia na chorobę. Czy będzie to nowotwór, czy depresja, a może schizofrenia. Jednak gdy kolejny dzień leżysz w łóżku, zawalając studia, myślisz tylko o pieniądzach, na które tyrają rodzice, by utrzymać cię w dużym mieście. Słowo klucz: niewdzięczność. Tyle dla ciebie zrobili, masz wszystko, czego jeszcze chcesz?


Czego? Moi rodzice przestali zadawać takie pytania. Gdy sytuacja zmieniła się ze “zbuntowane nastoletnie dziecko ubrane na czarno, słuchające smutnej muzyki” na “dorosłe dziecko w szpitalu psychiatrycznym/spędzające trzy miesiące wakacji na oddziale dziennym/po raz kolejny w szpitalu psychiatrycznym, do którego z pomocą przyjaciółek zgłosiło się którejś nocy”, wzorowo odrobili lekcje z profilaktyki chorób i zaburzeń psychicznych. Dziś wiedzą, że wbrew często prześladującym mnie myślom, nie jestem zjebana, popierdolona i do niczego, a jedynie chora i że to się zdarza, a co więcej: to się leczy i to przemija. Jak wszystko.


I wiecie, rozumiem, że boicie się momentu, w którym trzeba będzie powiedzieć “sprawdzam” i zmierzyć się z reakcją rodziców na informację o leczeniu. Pamiętajcie jednak, że zdrowie jest największą wartością.

Że to nie oni całe życie będą mierzyć się z waszymi demonami. I że być może, oni po prostu potrzebują czasu i poprowadzenia za rękę, bo jedną z najtrudniejszych rzeczy jest zobaczyć w rodzicu człowieka. Który z różnych niezależnych od siebie powodów nie posiada pewnej wiedzy, ale przy odpowiednim wsparciu może ją zdobyć. Który ma problem z akceptacją czegoś, co jest mu obce i co go przeraża, bo przecież taka jest natura obcego. Ja już to umiem, tak mi się wydaje.

Co jeszcze potrafię? Poprosić o pomoc, tak jak wtedy, dwudziestego ósmego listopada, gdy bardzo się bałam, że nie wytrzymam nocy. Że choć tego nie chcę, to moja choroba jest silniejsza niż marzenia i plany na przyszłość. Było mi o tyle łatwiej, że już raz — wbrew sobie — trafiłam do szpitala. Później zaś, uczestniczyłam w trzymiesięcznej terapii grupowej na oddziale dziennym. Dobrze wiedziałam, że filmy i miejskie legendy o szpitalach psychiatrycznych są dalece przesadzone. Mówiłam o tym głośno wśród dalszych i bliższych znajomych, aby oswajać z tym, co niesprawiedliwie stygmatyzowane. Tak bardzo bym chciała, aby ludzie przestali się bać.


Żeński oddział dla dorosłych zdecydowanie jest miejscem do granic wyjątkowym.

Dlatego tak świetnie wpasowała się tam lektura, którą przyniosła mi przyjaciółka — “Kieszonkowy atlas kobiet” Sylwii Chutnik. Czytałam i patrzyłam na dzielne kobiety wokół mnie: nie zapomni o nich świat, nie pozwolę na to. Tak jak nie zapomnę pani Marii, która powiedziała, że moją misją od Boga jest pisanie książek. Nie wiedziała wtedy, że to moje marzenie. Nie zapomnę pani Basi, pytającej, co złego zrobiła, że oddała swoje życie mężowi i synowi  — dwóm bijącym, poniżającym ją mężczyznom, wyzywającym ją od wariatek, którzy teraz, przed sami świętami, poinformowali ją, że nie ma czego szukać w domu. Ja płakałam, ona mówiła, że kocha swojego syna. Ciepło wspominam panią Krysię, niezwykle towarzyską starszą kobietę, która co jakiś czas wybuchała niespodziewanym płaczem. Chyba dlatego, że nie doczekała się dzieci. Była też Jola, która nasz oddział odwiedza regularnie od siedemnastu lat. Jednego dnia zagroziła, że w nocy potnie mi twarz, drugiego — zrobiła makijaż i fryzurę.

Z tym dbaniem o siebie to w ogóle ciekawa sprawa. Początek mojej drugiej hospitalizacji, rzecz jasna od momentu wykrzesania z siebie siły na wychodzenie z łóżka, to czas codziennych makijaży, zaplatania kłosów, malowania paznokci. Ja nie mam takich talentów, zresztą — od leków strasznie trzęsą mi się dłonie. Jednak inne współpacjentki, te, z którymi byłam najbliżej wiekiem (na psychiatrii jednak królują starsze kobiety), cierpliwie każdego dnia dzieliły się swoimi umiejętnościami. Ktosia przemyciła pensetę, zawsze miałyśmy zadbane brwi. Co jednak spodobałoby się zwolenniczkom #bodypositivity — halo, żyletki zabronione. Bez żenady odkrywałyśmy owłosione nogi i pachy. No i jadłyśmy. Duuużo jadłyśmy. Każdy tyje w psychiatryku.


Dobrze wspominam ten czas. Nie jest dla mnie w żaden sposób traumatyczny, przeciwnie. Gdy myślę o sobie sprzed rozpoczęcia leczenia, czuję tylko złość, że nie odważyłam się powiedzieć rodzicom wprost — potrzebuję pomocy.

A jednak, gdy kolejny raz usłyszałam, że w razie czego mam zgłosić się na izbę przyjęć, może zmianę dawkowania leków trzeba będzie przeprowadzić w szpitalu… Pomyślałam tylko jedno. Najbardziej na świecie chciałabym być zdrowa.

 

__________________________________


autorka tekstu: Natalia Rojek – urodzona na Górnym Śląsku, studiuje w Krakowie. Publikowała w różnych miejscach, np. Gazetce Manify Krakowskiej 2018.

autorka ilustracji: Aleksandra Matwiejczyk (19) większą część życia przesypia, a jak nie śpi, to namiętnie rysuje owłosione postaci. Niefortunnie dla otaczających ją ludzi uważa, że opowiada dobre żarty. Szokuje niejedzeniem warzyw. Oto jej blog i instagram.

Facebook