Oczy są jedynym organem człowieka, który nie rośnie. Rodzimy się i umieramy z takimi samymi oczami.

*

Nigdy do końca nie rozumiała zależności rządzącymi światem emocji. Głośno podśpiewywała, idąc nietłoczną ulicą: „I wanna know what love is, I want you to show me” i próbowała przekonać wyimaginowanego odbiorcę (bądź przechodniów) do poruszenia jej serca. Jednocześnie chciała wywołać wodospad łez na uparcie nierumieniące się poliki. Jednak i to nie przychodziło do niej wcale (tutaj trzeba wspomnieć, że wstydziła się swoich polików i czuła je, jak dwa pączki zalepione lukrem, przytwierdzone do twarzy).

Pani terapeutka mówiła jej, że ma za nisko uniesioną latarkę, która oświetla tylko niewielki obszar. Wystarczy urządzenie unieść, a okaże się, że jest przed nią jeszcze tyle lądów do odkrycia. Ale ona nie rozumiała: czy latarkę powinna podnieść, czy na czymś zawiesić? Na czym? Czy ta latarka na pewno jest włączona? Jak wysoko trzeba ją umieścić? I wreszcie: czym jest wspomniany przedmiot (poza tym, że metaforą, bo tyle zrozumiała)? Jak na to wszystko odpowiedzieć? Gdzie szukać rozwiązań? Tego nie wiedziała.

Nie do końca opanowała umiejętność rozmawiania z ludźmi, którzy, co rusz ją peszyli.

Najbardziej lubiła swój pokój i wodę. Nawet jeśli nikt nie widział to to mokre i duże – to na pewno z niej, to z oczu.

Rozumiała z siebie tyle tylko, że bała się, bała się, bała się odrzucenia. Sam ten lęk już ją przerażał. I że: „she wanna know what love iiiiiiiiiis” – to jeszcze wiedziała.

Nie rozumiała, dlaczego wszyscy mają pomysły na życie – kochani, jeszcze tyle lat przed Wami, tyle czasu na wywrócenie wszystkiego do góry nogami.

I pytała siebie, czemu nikt nie szanuje jej stylówek z ceraty. Przecież właśnie po to były i tak się w nich męczyła na jawie i we śnie. A szczególną pogardę wyrażał jeden rodzic, czego Karo też nie rozumiała, bo przecież to fajnie, jak zawsze na spotkaniach rodzinnych jest taka ceraciana owca, co się z niej pośmiać wszyscy mogą.

A potem Karo się trochę ułamała. Posypało się z niej. I już rozumiała. Od „a” do „zet”.

*

Ostatnio coraz częściej godzę się na siebie. Lubiłam chować się za dziewczyną, która ma w sobie dużo odwagi, pewien rodzaj blazy i charyzmy (choć z nią bym nie przesadzała), dużo otwartości, gotowości, wielkich pragnień i namiętności. A wieczorami uciekałam do mojej norki i zostawałam ze sobą prostą, cichą, trochę pozamykaną, bez otoczki.

Ostatnio coraz częściej sięgam do siebie; bardziej jestem, a mniej się składam. Szukam takiej przyjemności. Mniej w tym ze wzruszenia, ale może odrobinę więcej wiary w człowieka. Tej szczerej, nie wykreowanej.

Prawdziwej przyszłości nam życzę.

__________________________________

Autorka tekstu i zdjęć: Karola Kosecka (20) – gdyby była owocem, byłaby mandarynką; gdyby była częścią ciała, byłaby kolanem; gdyby zapachem – przesłodzonym. Lubi coś zmieniać. Nie lubi odległości. Instagram, Facebook.

Facebook