Lubimy być przygotowani. Przygotowani do zdania egzaminu, do wystąpienia publicznego, do podjęcia istotnej decyzji. Często jednak jest tak, że im bardziej nam na czymś zależy, tym chętniej odwlekamy moment podjęcia działań. Boimy się zacząć „na poważnie”, bo najpierw chcemy poczuć się pewnie ze swoją decyzją i w tym, czym się zajmujemy. Czekamy na odpowiedni moment. Nie chcemy brać pod uwagę porażki. Robimy wtedy milion ruchów pozornych, które mają nas podbudować na duchu i przygotować na to, co nastąpi.

Jednak paradoksalnie często bywa tak, że im dłużej się przygotowujemy, zastanawiamy, rozważamy wszystkie za i przeciw, tym mniej pewni siebie jesteśmy. Posłużę się w tym miejscu dość prostym porównaniem, które być może nabierze więcej sensu w kolejnych linijkach: nie ważne ile czasu będziesz stać po kolana w chłodnym jeziorze w piękny letni dzień, dygocząc z zimna – woda nie zrobi się cieplejsza.

Ze mną zawsze było trochę tak jak w tym przykładzie z jeziorem. Tuptam sobie przez życie już 23. rok i od czasu do czasu znajduję „jezioro”, czyli problem albo wyzwanie, z którym muszę się zmierzyć. Każde z tych jezior jest trochę inne. Jedno jest pewne – nie sposób ich zignorować. Zanurzam wtedy stopy w wodzie tego mojego wymyślonego jeziora, dookoła szumią olchy, a może topole. Rozmyślam. Zdarza się, że nie jestem tam sama. Nieraz niedaleko mnie stoi ktoś inny i ślizga się zamyślonym wzrokiem po tafli wody albo brodzi przy brzegu. Bywa też tak, że widzę kogoś dalej ode mnie, kogoś, kto płynie. To onieśmiela. Zaczynam myśleć: „To przecież miałam być ja! Czy warto iść dalej? Może lepiej pójść brzegiem? Przecież ten ktoś pływa lepiej. Może lepiej się nie ośmieszać i się wycofać?”.

Rysuję, odkąd potrafiłam utrzymać pisak w dłoni, pamiętam nawet swój pierwszy rysunek („głowonóg” narysowany niebieską kredką bambino, który chyba miał przedstawiać moją babcię). Rysowanie od zawsze było taką samą częścią mnie jak włosy czy paznokcie. Jednak gdy trzeba było wystawić moją twórczość na widok publiczny, pojawiał się problem. Zdarzało się to często, ponieważ od 5 do 18 roku życia uczęszczałam na zajęcia do fundacji artystycznej Atelier Foksal. Niezbyt dobrze znosiłam krytykę i odnosiłam ją do całej mojej osoby, a nie do moich umiejętności plastycznych. Takie nastawienie często skutkowało nie zwiększeniem motywacji, a niechęcią do poprawy stylu rysowania. Inną kwestią, która mnie zniechęcała do pokazywania tego, co tworzę, był brak umiejętności wyjaśnienia „co autor miał na myśli”. Byłam wybitnie nieśmiałym dzieciakiem i gdy przychodziło do prezentacji zamysłu artystycznego, nagle odbierało mi mowę albo mówiłam zupełnie nie to, co planowałam. Nadal nie jestem dobrym mówcą i zdecydowanie lepiej wychodzi mi pisanie o czymś niż mówienie. Jest to pewien paradoks, ponieważ mam w sobie także głębokie pragnienie opowiadania ludziom historii. Staram się to robić za pomocą moich rysunków, zdjęć i kolaży, co wychodzi mi raz lepiej, raz gorzej. Zawsze jednak chciałam, żeby moje prace mówiły za mnie o tym, co czuję. Myślę zresztą, że jest to główny cel większości artystów.

Dzięki zajęciom w Atelier zaczęłam marzyć o ilustrowaniu i tworzeniu własnych książek artystycznych. Z takim nastawieniem powinnam najpewniej wylądować na ASP, ale tak się nie stało. Gdy kończyłam liceum, doszłam do wniosku, że żaden z kierunków proponowanych na Akademii Sztuk Pięknych nie przemawia do mnie, nie wzywa mnie. Swoją drogą, nie był to wyłącznie mój problem. Wielu moich znajomych, którzy pragnęli rozwijać się twórczo, nie widziało dla siebie miejsca w strukturach Akademii.  Wielka szkoda, że w Polsce nie można studiować ilustracji inaczej, jak tylko w ramach studiów podyplomowych! Nie chciałam wyjeżdżać na studia za granicę. Postanowiłam spełnić swoje marzenie o ilustrowaniu, idąc inną drogą. Używając mojej wcześniejszej wodnej metafory, można powiedzieć, że wyszłam z jeziora oznaczonego tabliczką z napisem „ASP” i poszłam brzegiem.

Mówiąc szczerze, miałam sporo szczęścia, ponieważ zaledwie półtora roku po tym jak zdecydowałam się na samodzielny rozwój (niestety, był to czas raczej stagnacji twórczej i regresu umiejętności niż rozwoju, bo studiowanie historii sztuki, na którą zdecydowałam się pójść, wymagało ode mnie na początku wielu poświęceń) pojawiło się parę okazji, żeby wykazać się artystycznie. Zazwyczaj taka okazja była kwestią zupełnego przypadku, np.: w trakcie rozmowy o zainteresowaniach okazywało się nagle, że mojemu rozmówcy akurat potrzebna jest osoba, która „umie w rysowanie”. „Rysujesz? To się dobrze składa, bo akurat potrzebuję kogoś, kto narysuje parę ilustracji dla mojej strony internetowej” – usłyszałam od wykładowcy, do którego chodziłam na zajęcia z krytycznego myślenia. Nie odmówiłam pomocy, bo trochę by mi było głupio to zrobić i tym samym stchórzyć, poddając się obawie (niesłusznej, jak się okazało), że moje rysunki się nie spodobają. Zrobiłam fachową minę i powiedziałam, że absolutnie nie ma problemu. Jakiś czas potem pojawiła się możliwość zasilenia przerzedzonych w danej chwili szeregów ilustratorów bardzo fajnego magazynu „Kontakt”, dla którego od tamtej chwili rysuję.

Te zdarzenia sprawiły, że zaczęłam trochę inaczej myśleć o rysowaniu i samodzielnym rozwoju. Wcześniej wydawało mi się, że póki nie będę rysować „bardzo dobrze” (co to w ogóle znaczy?) nie ma sensu ryzykować i pokazywać gdziekolwiek mojej twórczości. Wierzyłam, że nadejdzie jakiś magiczny „odpowiedni moment”, kiedy będę w stu procentach gotowa duchowo i zadowolona ze swoich prac, by pokazać je szerszej widowni, albo rysować na czyjeś zlecenie. Wszystkie ilustracje, które zdarzyło mi się wykonać dla kogoś, mając kilkanaście lat, traktowałam z dziwnym przeświadczeniem, że to, co właśnie robię „nie jest na serio” i się nie liczy, bo to w jaki sposób rysuję jeszcze nie odzwierciedla tego, kim jestem i co mi siedzi w głowie. W wieku czternastu czy piętnastu lat zilustrowałam rozdział do książki o rehabilitacji dzieci z wadami postawy. W tej chwili nie pamiętam nawet tytułu tej publikacji. Głupio, prawda?

Nadal nie uważam, żebym super rysowała, a przenoszenie pomysłów z głowy na papier często daje efekt zupełnie prześmieszny i dziwny, ale już mi to tak nie przeszkadza i nie zatrzymuje w miejscu. Od czasu do czasu nadal zdarza się, że spod kapelusza wyłazi mi ten chochlik szepczący „poczekaj jeszcze na dobry moment, nie pokazuj ludziom tak chętnie tego, co tworzysz, jeśli czujesz się niepewnie i robisz błędy…”, ale wtedy staram się go odepchnąć jak najdalej od siebie. Hej, w końcu przecież fajnie jest popełniać błędy – to one nas kształtują!

Często największym krytykiem naszej twórczości jesteśmy my sami.

Od nas zależy, czy ta krytyka będzie osłabiać, czy napędzać nas do działania. Nie warto liczyć na niekończące się pasmo szczęśliwych przypadków albo na to, że ktoś będzie nas popychał patykiem, żebyśmy zrobili kolejny krok w kierunku osiągnięcia celu. Wielka siła tkwi w dopuszczeniu do siebie myśli o porażce. To pozwala na przekroczenie własnych granic. Odczuwanie niezadowolenia ze swojego stylu jest przecież częścią przygody z rysowaniem, a poszukiwanie siebie za pomocą ołówka czy pędzla może trwać naprawdę długo, a nawet nigdy się nie skończyć. Należy akceptować to, jak się wygląda w lustrze swojej twórczości na danym etapie, i po prostu iść dalej. Nigdy nie mów „to jeszcze nie jestem ja”. Warto wychodzić do ludzi z tym, co już masz i potrafisz, bo to motywuje. Jeśli bardzo boisz się pokazywać swoje prace (na żywo czy w mediach społecznościowych), a co dopiero szukać pracy jako początkujący ilustrator, możesz zacząć oswajać się z tym problemem metodą małych kroczków. Spróbuj założyć sobie rysunkowe konto na Instagramie i zobacz, jak się czujesz z wrzucaniem swojej twórczości do sieci. Nie musisz przecież przyznawać się do tego kroku od razu wszystkim znajomym. A nuż zainteresowanie zupełnie obcych ludzi będzie najlepszą zachętą i bodźcem do działania?

autorka tekstu i ilustracji: Zuzanna Wicha (22) Niestrudzona dokumentatorka życia codziennego, która gdy tylko może włóczy się po mieście z aparatem analogowym lub szkicownikiem. Studiuje historię sztuki na UW, rysuje, tworzy kolaże i pisze. Urodziła się w święto Dziadów, więc prawdopodobnie jest wiedźmą. Matka dwóch szczęśliwych drzewek awokado. Można ją znaleźć tu: https://www.instagram.com/__lunaria/ , https://www.facebook.com/salonimaginaire/

Zapisz

Facebook