Ponoć pierwszy sen w nowym miejscu ma wyjątkowe, prorocze znaczenie. Niestety, tego pierwszego z przeprowadzki za granicę nie pamiętam wcale, więc nie mam pojęcia, czy się sprawdził. Tak naprawdę nie pamiętam nawet całego pierwszego miesiąca, bo zlał się w jeden ciąg niemalże identycznych dni bez szczególnej kolejności. Z wyłączeniem pierwszego dnia: Pierwszego Dnia Reszty Mojego Życia.

Pierwszy Dzień jest jak trochę wycieczka do parku rozrywki: dużo się dzieje, wszystko jest nowe i ekscytujące. Jadę z rodzicami do Ikei, żeby wybrać jednorazowe meble, które mogę ustawić w pokoju według własnych upodobań. Ziszcza się marzenie każdej nastolatki: już wkrótce uwolnię się spod władzy rodziców, będę robić to, co mi się żywnie podoba i pod osłoną anonimowości wielkiego miasta jeść słodycze przed obiadem, może nawet wracać do domu o świcie po przetańczonej nocy. Wolność – ograniczona jedynie wysokością wsparcia finansowego rodziców. Wymarzone studia, właściwy powód przeprowadzki, też cieszą, ale początkowo schodzą na dalszy plan. Wszystko pięknie, ale nikt i nic nie jest w stanie przygotować na ten moment, kiedy to cała twoja rodzina, która pomagała przy przeprowadzce, zapakuje się do auta i odjedzie, zostawiając cię w niemalże pustym mieszkaniu – z blachą ciasta jako obiektem przejściowym łączącym z domem rodzinnym i współlokatorką, której nagle zebrało się na płacz pośród nierozpakowanych kartonów. Pocieszając ją, pocieszam samą siebie – w końcu czuję się dokładnie tak samo.

Moja przeprowadzka do wielkiego miasta nie wygląda jak na filmach: jest porządnie zaplanowana i zorganizowana, moją przyszłą współlokatorkę znam od lat. Zero przygody, buntu, romantycznych, spontanicznych decyzji. Wyjeżdżając do Berlina, mam tylko 18 lat. Decyzja o emigracji była dla mnie całkiem logiczna, co nie znaczy łatwa: Szczecin leży co prawda znacznie bliżej stolicy Niemiec niż tej polskiej, ale to w Warszawie zostawiam pierwszą miłość i dwoje najlepszych przyjaciół. Pierwsze konfrontacje z rozmaitymi urzędami i instytucjami, tymi potwornie nudnymi, szarymi nie-miejscami, katapultują mnie w tak zwaną dorosłość ze zdwojoną siłą – odbywają się w końcu w obcym języku, którego formalne zawiłości są często niezrozumiałe nawet dla rodzimych użytkowników. Załatwianie spraw: meldunek, dziekanat, bank, Internet, kasa chorych. Szalone imprezy muszą poczekać, tak samo jak nowe znajomości. Dawne zresztą też: bez Internetu, na podłączenie którego trzeba czekać miesiąc, kontakty z rodziną i przyjaciółmi są sporadyczne. Z moją współlokatorką zrastamy się za to prawie w jedno – za namiastkę relacji społecznych służą nam oglądane ciągiem seriale.

Ale i to mija: pierwszy miesiąc przechodzi płynnie w pierwszy rok, a dni zaczynają nabierać kształtu i odróżniać się od siebie. W ciągu siedmiu lat kończę jedne studia, potem następne, znajduję pracę, nowych znajomych, w końcu przyjaciół, zawieram pierwszy poważny związek – zupełny standard, tyle tylko, że w obcym kraju i obcym języku. Nie zawsze było łatwo, ale życie za granicą stało się częścią mojej tożsamości do tego stopnia, że co i rusz przyłapuję się na prowadzeniu monologu wewnętrznego po niemiecku, a kiedy wracam do Polski, wplatam przypadkiem obce słowa w zdania w ojczystym języku. Mały koszt za to, co otrzymałam w zamian: świetną znajomość języka obcego, możliwość realizowania wszystkich moich pasji i wiele, wiele więcej.

Jak zdecydować się na tak radykalny krok, jakim jest emigracja? Czasami pomaga niespodziewany, pozornie nieistotny impuls: na długo przed decyzją o przeprowadzce dorabiałam w czasie wakacji w malutkiej galerii sztuki. Pracowałam sama i właściwie rzadko kiedy ktoś przychodził, więc głównie zabijałam czas, czytając książki, ewentualnie ścierając kurz z ram obrazów. Jeden dzień, który zapadł mi w pamięć, to ten, w którym rozmowa z pewną miłą klientką zeszła przypadkiem na przeprowadzkę za granicę. Okazało się, że moja rozmówczyni sama emigrowała już wiele lat temu i odwiedza właśnie ojczyznę. Pamiętam tylko, że zachęciła mnie do wyjazdu, powiedziała, że warto zaryzykować, i tym samym utwierdziła mnie w mojej decyzji. Gdybym mogła cofnąć się w czasie i coś dodać do jej porady, to podpowiedziałabym nastoletniej sobie, że początki zawsze są trudne – czy te związane z przeprowadzką, czy jakiekolwiek inne. Ponadto: nie każda porażka oznacza koniec świata, co zrozumiałam dopiero z perspektywy paru lat. Nie mogę co prawda być moją własną dobrą wróżką, ale za to mogę te dobre rady przekazać dalej innym dziewczynom, które noszą się z myślą o wyjeździe.

Przeprowadzka za granicę to nie one size fits all:  nie każdy ma na potrzebę wyjazdu, nie każdy chce zostać na stałe, nie każdy może sobie na nią pozwolić. Jestem świadoma mojej uprzywilejowanej sytuacji i niezmiernie wdzięczna moim rodzicom za wsparcie – to początkowe, finansowe, i to nieustające, emocjonalne. Przeprowadzka wiele mnie nauczyła – nie tylko języka – i pozwoliła szybciej wydorośleć (choć jeśli istnieje jakiś magiczny moment, od którego człowiek czuje się dorosły, to wciąż na niego czekam). Czy wrócę do Polski? Nie wiem. Może pogna mnie gdzieś dalej,  gdzie wszystko znowu będzie nowe, gdzie nie znam jeszcze wszystkich linii metra na pamięć. Może, jeśli tylko będę gotowa na kolejny Pierwszy Dzień.

autorka tekstu: Magdalena Augustyniak (26) – jako dziecko pisała i ilustrowała własne książeczki i chciała zostać Szymborską. Teraz na drodze do spełnienia tego marzenia pisze teksty reklamowe, a po godzinach – te prawdziwe. Mieszka w Berlinie.

autorka ilustracji: Zuzanna Waligórska – absolwentka Akademii Sztuki w Szczecinie, skupiona głównie na projektowaniu identyfikacji i grafiki drukowanej. Ostatnio fascynuje się wpływem pracy grupowej, szczególnie w teamach wielokulturowych, na proces projektowania oraz jego efekt.  behance  instagram

 

 

Facebook