Znasz to uczucie, kiedy jest Ci dobrze i cieplutko pod kołderką? Gdy siedzisz przy stoliku, na którym nadal podkładką jest tablica matematyczna i sączysz powoli kakao z ozdobnej filiżanki, którą dostałaś na święta pięć lat temu. Gdy miś, którego masz od przedszkola, wita się z Tobą za każdym razem, kiedy wchodzisz do pokoju. Siedzi sobie między książkami a kolekcją porcelanowych aniołków i świeczek zapachowych. I Tobie, i jemu jest zaskakująco dobrze w tym układzie – w końcu oboje znacie te rzeczy od zawsze. Niezliczone bibeloty i plakaty na ścianach, falbanki, kokardki i kłaczki kurzu walające się gdzieniegdzie pod szafkami. To wszystko jest Twoje. A raczej T W O J E. Własne, wygodne i znane, mimo że już trochę przyciasne, przez upływ czasu. 

Jeszcze kilka lat temu również uznawałam to za M O J E. Byłam szczęśliwa w miejscu, które było moim gniazdkiem aż do momentu, w którym okazało się, że muszę się przeprowadzić i spakować wszystkie rzeczy do pudeł. Bezpieczna i pachnąca dziupla zmieniła się w ziejącą złem grotę, w której przeciąg smaga po nerkach. Z uwagi na przenosiny na mniejszy metraż stanęłam przed trudnym wyborem przydasiów i nieprzydasiów w nowym miejscu zamieszkania.

Z bólem serca godzinami pozbywałam się spineczek z „Bravo”, przeterminowanych leków, starych książek dla jeszcze-nie-nastolatek i przedziurawionych skarpet czekających na zacerowanie na wieczne nigdy.

Po przekopaniu się przez pierwszych pięć warstw i wyrzuceniu kolejnych siedmiu ujrzałam wreszcie, co kryło się pod regałami z książkami. Nie licząc kilku starych cukierków, mogłam zaopatrzyć studia filmowe w Hollywood w krzaczki, które walają się po piaszczystych drogach w westernach (w moim przypadku zrobione z kurzu). Teraz w nowej promocji pt. „weźcie to ode mnie za darmo”. Wkrótce po usunięciu wszystkich zanieczyszczeń z podłogi nadjechał kontener na śmieci, a ja pomachałam z żalem swojej kolekcji gazet, wsiadłam do auta i pojechałam ze wszystkimi pudłami do nowego mieszkania. 

Jakiś czas po tych wydarzeniach odkryłam, że nadal jest mi za dużo. Mimo tego, że wszystko było białe i czyściutkie, a kolekcja książek zredukowana tylko do tych, które uważałam za najbardziej wartościowe, coś nadal mi ciążyło. Zaczęłam oddawać zbędne ubrania: te, w które „kiedyś jeszcze się zmieszczę” oraz te z nalepką „założyłam to raz, pół roku temu”. Z każdą rzeczą, której się pozbywałam, miałam coraz większe wrażenie, że w głowie zwalnia mi się miejsce, odblokowuje się coś mistycznego, jest więcej przestrzeni do myślenia. Ten dziwny, uzależniający stan utrzymywał się aż do następnych zakupów, podczas których kupiłam kilka t-shirtów. Znów coś zaczynało ciążyć, zaczęłam więc wyrzucać coraz to nowe rzeczy, robić miejsce w mojej zagraconej głowie. 

Na drodze prób i błędów, obejrzanych odcinków „Perfekcyjnej pani domu”, starań przeczytania książek Marie Kondo (wraz z jej słynnym dziękowaniem rzeczom za to, że są) oraz obejrzanego na studiach dokumentu o masowej hodowli krów („Cowspiracy”) i związanymi z nią konsekwencjami, udało mi się wypracować konsensus na linii ja-mój (s)pokój bez dostawania konwulsji:

  • każdego dnia robię dziesięciominutowy tour, podczas którego sprzątam,
  • otaczam się rzeczami, które lubię i które są przydatne,
  • staram się, aby ściany były w jasnych kolorach (sprawiają wrażenie bardziej przestronnego i słonecznego pokoju), a samo pomieszczenie dobrze wywietrzone,
  • wprowadzenie w życie filozofii zero waste (gdzieś w środku cieszę się jak dziecko, mając świadomość braku foliówek w domu),
  • nawet w szufladach rzeczy są poukładane (bałagan w szafkach=bałagan w głowie),
  • zanim kupię nową rzecz, myślę nad tym 3 razy. 

Poznałam siebie bardziej. Dzięki zmniejszonej konsumpcji okazało się, że nagle mam więcej pieniędzy na małe przyjemności, skoncentrowałam się na wydawaniu ich na D O Ś W I A D C Z E N I A, pozwoliło mi to poszerzyć swoje horyzonty i złapać nowe zajawki. Stałam się świadomym konsumentem, przez co zaczęłam rozważać przejście na wegetarianizm. 

Moim celem nie jest sprawienie, że nagle staniesz się drugą Małgorzatą Rozenek i będziesz dostawała szału na widok źle poukładanych kapci. Nie jest nim też to, aby Cię zindoktrynować. Możesz za to spróbować zmniejszyć ilość rzeczy wokół siebie (wypracowując własne metody, bądź korzystając z wymienionych wyżej rad) i zobaczyć, co się stanie. Może tak jak ja odkryjesz zamiłowanie do ekologii i oszczędnej formy. Może odkryjesz, że chcesz kolekcjonować książki, a wszystko inne Cię nie obchodzi. Albo też stwierdzisz, że nie jest to dla Ciebie i chcesz mieć serię pluszaków, filiżaneczek i kartridży do dawno wyrzuconego pegasusa. I to jest ok. W końcu na mnie również – teraz, gdy piszę ten tekst – spogląda ten sam miś, którego mam od przedszkola. 


Autorka tekstu i ilustracji: Weronika Warno (23) – świeżo upieczony graphic designer, miłośniczka dobrego filmu i sztuki współczesnej. W wolnym czasie przegląda internety, gotuje wegetariańsko i snuje marzenia na jawie.  Instagram: @weronika_warno 

Facebook