Taniec to specyficzny zawód. Nierozerwalnie związany z ciałem i w pełni od niego zależny. Zastanawiałam się, jak swoje ciała odczuwają dziewczyny, które prawie całe życie spędziły na scenie. Czy taniec pomógł im w budowaniu pewności siebie? Jakie miejsce w tańcu zajmują kobiety? I czy to właśnie scena jest tą przestrzenią, w której powinny być pokazywane ciała inne niż te z plakatów? Postanowiłam na ten temat porozmawiać z dziewczynami, które studiowały w berlińskiej szkole tańca i choreografii HZT. Opowiedziały mi, jak zaczęły tańczyć,  jak radzą sobie ze swoją cielesnością i jak to jest być polską feministką w Berlinie.

fot. Kasia Wolińska, dzięki uprzejmości artystki

 

Kasia Wolińska – z wykształcenia choreografka i etnolożka. Ukończyła HZT w Berlinie.

 

Dlaczego zaczęłaś tańczyć?

Miałam dziewięć lat, kiedy moja mama zapisała mnie i moją siostrę na taniec towarzyski Pojechałyśmy na jeden obóz, a dlatego, że byłam grubsza od rówieśników, stwierdziłam, że to dobry sposób na schudnięcie. Po obozie zauważyłam, że moje ciało się zmienia i chudnę, więc postanowiłam zostać. A inna rzecz, że taniec po prostu mi się podobał, chociaż może nie do końca taniec towarzyski, który zmusza do pewnych konkretnych zachowań społecznych. Potem przez kilka lat miałam przerwę, głównie uprawiałam sport. Po czym wróciłam do tańca. Zapisałam się na zajęcia z tańca współczesnego i zostałam na wiele lat.

Czy taniec pomógł Ci w zaakceptowaniu swojego ciała w okresie dojrzewania?

Trudno powiedzieć. Nie pamiętam, jak postrzegałam swoje ciało, kiedy dorastałam, pewnie wtedy widziałam siebie zupełnie inaczej. Na pewno trening, który miałam okazję otrzymać, sprawia, że ciało rozwija się w specyficzny sposób, staje się dużo bardziej wrażliwe na różne bodźce. Nauczyłam się świadomie zarządzać swoim ciałem, zarówno w przestrzeni publicznej, jak i intymnej. I dlatego było mi łatwiej z nim żyć, bo było ono dla mnie narzędziem pracy. Pozwalało mi to nie myśleć o nim w kategoriach moich nastoletnich kompleksów. Przez wiele lat mojej edukacji miałam wrażenie, że taniec forsuje pewien normatywny, szczupły, w pełni sprawny typ ciała i nie każdy może to ciało mieć. I tu powstaje pytanie: na ile w tańcu jest miejsce na coś innego? Moje wyobrażenie o ciele długo było bardzo ograniczone. Czym to mojej ciało, jako ciało tancerki, powinno być? I dopiero od niedawna udaje mi się to przezwyciężać. Moje tańczące ciało jest czymś innym niż moje ciało w sferze prywatnej, ale te dwie sfery się ze sobą komunikują.

Później pracowałaś w Łodzi. Jak tam doświadczałaś bycia kobietą? Zarówno w pracy, jak i w życiu prywatnym?

Wyjechałam do Łodzi, kiedy miałam dziewiętnaście lat. To był pierwszy moment, kiedy byłam daleko od rodziców i rodzinnego miasta. Mieszkając tam, wyglądałam i chciałam wyglądać zupełnie inaczej. Miałam inny kolor włosów, miałam poczucie, że makijaż jest czymś, czego potrzebuję na co dzień. Nosiłam buty na obcasach i marynarki. Wydaje mi się, że musiałam poćwiczyć „bycie kobietą” i sprawdzić, co mi najbardziej odpowiada. Oczywiście głównie przez to, kim były kobiety w moje rodzinie i moje koleżanki — eleganckie, noszące makijaż i sukienki. Nie chciałam być od nich inna. Potem przestały mi odpowiadać te stroje i makijaż. W zespole tanecznym, z którym pracowałam, były i kobiety, i mężczyźni, i nikt tych różnic nie podważał. Mam wrażenie, że kobiecemu ciału na scenie bardzo trudno jest uciec od swojego statusu płciowego, że kobieta na scenie zawsze jest po pierwsze kobietą. Trudno się temu tańczącemu ciało odłączyć od kobiecego statusu, kobieta jest przedmiotem pewnych oczekiwań i pewnych projekcji. Kobiece ciało ma być szczupłe, młode, bez skazy, ma mieć konkretne wymiary. Moim zadaniem taniec powinien dawać szersze pole do pokazania tego, czym ciało może być i co może znaczyć Może powinniśmy odejść od pokazywania idealnych kobiecych ciał w bardzo klasycznych rolach społecznych? Przestać forsować tę normatywność, która dla wielu osób w codziennym życiu jest opresją, bo ani ich ciała, ani seksualność nie są w stanie im sprostać.  

fot. Kasia Wolińska i Orlando Rodriguez, spektakl „Dandelious”, choreografia Vincent Bozek, dzięki uprzejmości artystki

 

Agata Siniarska – performerka i choreografka. Ukończyła HZT w Berlinie. Współzałożycielka kolektywu female trouble

 

Twój zawód jest specyficzny łączy się z nim wystawianie ciała na widok publiczny. Czy miałaś z tym kiedyś problem?

Przestrzeń performance jest przestrzenią działania i uważam, że jest to przestrzeń, w której ciało nie powinno być poddawane normatywnej ocenie. Kobieta nie musi mieć długich włosów, sporego biustu i szczupłej sylwetki. Każde ciało jest nośnikiem informacji, jest narzędziem i to jest najważniejsze. Ciało nie może na scenie popadać w kompleksy. Obecnie nie zajmuję się kobiecością w swoich spektaklach. Jestem na innym etapie pracy. Dla mnie ciało ludzkie na scenie jest problematyczne samo w sobie, z tego względu, że zawsze wymaga skupienia na sobie uwagi i staje się głównym elementem spektaklu. Był jednak taki czas, że ciało kobiece bardzo mnie interesowało i zrobiłam solowy spektakl w 2013 roku „Śmierć 24 klatki na sekundę albo zrób mi tak jak w prawdziwym filmie”. W tamtym momencie bardzo chciałam zrobić spektakl feministyczny, więc kiedy aplikowałam na stypendium w poznańskim Browarze, bardzo to podkreślałam. Wiedziałam, że chcę pracować z filmem. Długo obserwowałam, jak przedstawiane jest kobiece ciało przez męskich reżyserów, a jak opowiadają o nim kobiece reżyserki. Zebrałam takie klisze z kina od lat pięćdziesiątych. Postać, którą stworzyłam w spektaklu, miała być bardzo piękna. Nie piękna na sto procent, piękna na dwieście procent. Napompowałam ten wizerunek normatywnego kobiecego piękna tak, że on w pewnym momencie pęka, bo jest fikcją i w ogóle nie ma racji bytu. Szalenie mnie ciekawi, kto stworzył mit kobiecego ciała i ustalił właściwe kobiece rozmiary, bo takie kobiety nawet jeżeli się zdarzają, to bardzo rzadko. Dlatego zupełnie nie rozumiem, jak mogą być uważane za normę. Paradoks! A do tego wszystkiego ciało musi być jeszcze młode. A my się przecież tak straszliwe szybko starzejemy! Po trzydziestym roku życia zauważyłam, jak wszystko się w moim ciele zmienia, cała fizjologia. I tak to już jest, takie jest życie. Nie rozumiem tego kultu młodości i młodych ciał, bo przecież młodość w perspektywie naszego całego życia jest zaledwie chwilą. A przecież kobiety, tak samo jak mężczyźni, mają prawo do swojej seksualności przez całe życie. Dojrzałe kobiety powinny w końcu zacząć być postrzegane jako atrakcyjne. Niezrozumiałe pozostaje dla mnie, że kobiety w pewnym wieku zostają z niektórych kontekstów po prostu wykluczone. Zwłaszcza z kontekstu seksualnego. Ostatnio pojawiają się nawet seriale jak „House of Cards” , w których można zobaczyć coraz bardziej różnorodne przedstawienia kobiet, w tym starszych i aktywnych seksualnie. Niestety wciąż jest tego za mało. Brakuje w popkulturze takich wizerunków, takich ciał.

A czy w tańcu też brakuje takich ciał?

O, tak! Bez wątpienia! W Polsce w ogóle nie widzi się starszych ciał, a jeśli już, to jest to starsze ciało i nic więcej. Będzie to zapewne spektakl o starszym ciele, o przemijaniu. Kobiece ciało bardziej kojarzone jest ze starzeniem się niż męskie. Jeżeli kobiece ciało się rozbierze, to będzie to nagie kobiece ciało, a spektakl będzie nazwany kobiecym. Bardzo trudno jest uciec od kobiecego ciała na scenie, bo jest ono naznaczone pewnymi sensami. Przede wszystkim naznaczone swoją własną płcią. Nie jest ciałem ludzkim, ciałem „po prostu”, jest ciałem, które ma konkretną płeć. Każde pojawienie się kobiecego ciała na scenie może zostać odczytane jako gest polityczny

Pokazujesz swoje prace nie tylko w Niemczech i w Polsce. Czy zauważyłaś, że reakcje na Twoje spektakle różnią się w poszczególnych krajach?

Ja w ogóle dużo pokazuję w tzw. Europie Wschodniej. Z moim solo, o którym wcześniej wspomniałam („Śmierć 24 klatki na sekundę albo zrób mi tak jak w prawdziwym filmie”), przejechałam prawie całą Europę Wschodnią. Ciekawe, że odbiór spektaklu w danym kraju dużo mówił o statusie społecznym kobiet. Pamiętam, że kiedy pokazywałam to solo w Mołdawii, to wywołało wielką burzę. Ludzie na mnie krzyczeli, a po spektaklu czekała na mnie płacząca kobieta, która podziękowała mi za występ. Było to krótko po straszliwym gwałcie w Indiach, kiedy dziewczyna została zaatakowana w autobusie, więc pojawiło się wiele pytań o epatowanie sensualną kobiecością — że mając na sobie obcisłą sukienkę odkrywającą ramiona, niejako sama proszę się o gwałt. Może warto dodać, że ja w tym spektaklu staram się wyglądać pięknie i jedyne, co się w nim dzieje, to dobiegające z mojej szeroko otwartej buzi dziwne dźwięki nijak niepasujące do mojego wyglądu. Staram się skupić na sobie męskie spojrzenie. Jakbym krzyczała do tych mężczyzn na widowni: „Patrz na mnie! Patrz na mnie więcej”. W Rumunii dostałam propozycję pracy, chyba było to pół żartem pół serio. Jeden z mężczyzn podszedł do mnie i powiedział, że moglibyśmy ubić świetny interes. Byłby to ekskluzywny spektakl, który ja grałabym dla grup biznesmenów. Oni by płacili około siedmiuset euro, a ja bym tam tylko stała wydawała te dźwięki, a ślina skapywałaby mi po twarzy, bo to jest bardzo sexy. W Berlinie dostałam natomiast bardzo merytoryczny feedback na temat dramaturgii, czasu i przestrzeni. Na koniec chciałam dodać, że życie w Niemczech, a pochodzenie z kraju, w którym nie było drugiej fali feminizmu, gdzie nasze mamy nie miały szansy wykrzyczeć pewnych rzeczy i spalić staników, zmusza mnie do szukania zupełnie innych narzędzi artystycznych, które można zaaplikować na tutejszy grunt. Ja chcę wykrzyczeć pewne rzeczy, ale tutaj to wszystko zostało już powiedziane, i muszę uważać, żeby mój wrzask nie wypadł patetycznie.

 

Ania Nowak – performerka i choreografka. Ukończyła studia filologiczne na Uniwersytecie Jagiellońskim oraz choreograficzne w HZT w Berlinie.

 

Czy ciało Ani na scenie i ciało Ani w życiu, to to samo ciało?

W ciekawym momencie zadajesz mi to pytanie, bo mój ostatni wyczyn na scenie to była pierwsza z moich prac, w której występowałam jako drag, czyli w przebraniu przypominającym futurystyczną post-drag queen. Był to pierwszy raz, kiedy miałam na sobie kostium, a z reguły jakoś szczególnie się nie przebieram. Wyglądałam dosyć ekscentrycznie. Pamiętam, że pięć minut przed wejściem na scenę fotografka powiedziała do mnie: „O, jaki kostium! Nie ma w nim nic z ciebie”. Pomyślałam sobie: „Ale przecież Ty nic nie wiesz o mnie i o moim życiu i nie wiesz, że ten kostium tak naprawdę ma wiele ze mnie.” Tak że moje ciało na scenie i w życiu to jest zasadniczo to samo ciało, ale to nie jest to samo ciało, które było rok temu, pięć, czy dziesięć lat temu lat temu. Bardzo wyraźnie czuję, zarówno w pracy artystycznej, jak i na co dzień, że moje ciało się zmienia, podlega nastrojom, starzeje się, co ja w wieku moich trzydziestu czterech lat wyraźnie zauważam. A w tańcu i w innych sztukach performatywnych widzi się raczej więcej młodych ciał — przez młode rozumiem ciała we wczesnej dwudziestce. I to są oczywiście te najbardziej rozhisteryzowane ciała, które panicznie boją się dobić do trzydziestki, ciągle lękają się o to, czy dobrze wyglądają, co mnie już nie dotyczy. Moje ciało jest coraz bardziej odważne, ma coraz mniej wstydu i poczucia winy. To ciało, które jest bardziej świadome siebie. W życiu i na scenie.

Czy jest jakiś model kobiecości, który chciałabyś forsować, szczególnie w swoich własnych pracach?

To jest jakiś model kobiecości, który ciągle fluktuuje, który niekoniecznie jest tym mainstreamowym modelem kobiecości. Modelem, który niekoniecznie uchodzi za atrakcyjny w świecie mężczyzn heteroseksualnych i kobiet heteroseksualnych. Mnie samej od strony erotycznej podobają się różne osoby i chciałabym, żeby promowanych było więcej możliwości niż te, które obecnie dominują. Fakt, że dominują, wynika z tego, że w patriarchacie mężczyźni definiują zarówno to, jakie mają być kobiety, jak i to, jacy mają być mężczyźni. Kobiety nie definiują niczego. Oczywiście jest to bardzo uproszczona wizja. Mnie interesowałoby, żeby wszyscy, którzy nie definiują siebie jako mężczyźni, czyli kobiety, transkobiety, transludzie, osoby niewpisujące się w żadną konkretną płeć, miały szansę zyskać większą widoczność i przemknąć do mainstreamu, tak żeby ten binarny podział na atrakcyjność kobiecą i męską został jakoś zainfekowany innym reprezentacjami. Wszystko dlatego, że uważam, że taki binarny podział jest nudny i nie wierzę, że wszystkie kobiety chcą wyglądać tak, jak wyglądają, a poza tym podobają mi się miszmasze genderowe, ambiwalentność. Nie wiem, czy celem tego, co robię, jest promowanie płciowej różnorodności, ale zdecydowanie zwracam na to uwagę.

Chciałam Cię jeszcze zapytać o współpracę z kobietami. Czy fakt, że często z nimi współpracujesz, jest dla Ciebie wyborem politycznym?

Swoje projekty robię prawie wyłącznie z kobietami, czasami mam wsparcie dramaturgiczne od kogoś, kto nie jest kobietą. Oczywiście pracuję z mężczyznami, jeśli zostaję zaproszona do projektu i mnie to zainteresuje. Ja dosyć głośno o tym mówię, że praca z kobietami jest dla mnie wyborem politycznym. Wynika to też z tego, że są pewne rzeczy w reprezentacji męskości, tej typowej heteroseksualnej, które są dla mnie kompletnie nieciekawe, i jak myślę o projektach, zupełnie nie ciągnie mnie w tamtą stronę. Nie wszystkie projekty, które robię, są o „kobiecości” tylko dlatego, że występują w nich kobiety albo pracują nad nimi kobiety. Niewątpliwie chcę pracować z kobietami, żeby dawać im pracę, żeby dawać im zarobić i aby zyskały widoczność. Chociaż choreografia generalnie jest zdominowana przez kobiety, nie oznacza, to że kobiety dominują w niej pod względem zarobków i sukcesu. Niekoniecznie jest mi łatwiej pracować z kobietami, ale spośród wszystkich ludzi wybieram do pracy tych, których lubię, i tak się składa, że zazwyczaj są to kobiety.

fot. Julia Plawgo, dzięki uprzejmości artystki

 

Julia Plawgo – tancerka i choreografka. Właśnie kończy studia w HZT W Berlinie.

 

Czy podczas swojej edukacji zarówno w Polsce, jak i w Niemczech, zauważyłaś różnice w traktowaniu ze względu na płeć?

Tak, oczywiście. W tańcu zawsze jest więcej kobiet. Dziewczyny są większością na zajęciach tanecznych. Wydaje mi się, że przez to, że chłopców było mniej, byli traktowani wyjątkowo. Na przykład w balecie to mężczyzna podnosi kobietę. On jest silniejszy i ma mięśnie. Jak się śmiejemy teraz, jest lewarem. Jednak ten baletowy model, zgodnie z którym to mężczyzna jest bardziej sprawny, jakoś rezonuje w tańcu i może wpędzić dziewczyny w kompleksy. Wydaje mi się, że podczas zajęć, na które chodziłam w Polsce, również w mówieniu o ruchu utrzymywany był binarny podział na to, co jest męskie, a co kobiece. Podobnie jak klasyfikacja na męski i kobiecy ruch. Nawet jeśli oba były proponowane zarówno kobietom, jak i mężczyznom, to samo nazewnictwo było bardzo normatywne i nikt nie podawał go w wątpliwość. Oczywiście pozostaje jeszcze kwestia czystej fizjologii — jeśli ty i mężczyzna zaczęlibyście trenować mięśnie w tym samym momencie, to mięśnie mężczyzny rozwiną się szybciej. Oczywiście w tańcu dawało nam to poczucie nierówności, bo mężczyźni szybciej osiągali efekty. A z drugiej strony, to dziewczyny były zazwyczaj osobami, które wcześniej zaczęły edukację, ale to i tak mężczyźni mają potem większą szansę, żeby się przebić, bo jest ich po prostu mniej i są „towarem” deficytowym. Jeśli chodzi o pracę, to w Berlinie — i pewnie wszędzie — jest tak samo. Mówiła kiedyś o tym Agata Siniarska podczas spotkania w Tanz Fabrik w Berlinie, że w szkole na roku jest osiem kobiet w dziesięcioosobowej grupie, ale później w ogóle nie przekłada się to na przyznawane granty i dostawanie pracy w ogóle.

A czy Ty w swoich solowych pracach próbujesz zerwać z genderową reprezentacją?

Wydaje mi się, że to nie jest moje główne zainteresowanie. Tematy, które wybieram, nie są z tym bezpośrednio związane, ale jest to aura, która unosi się wokół. Sukcesem dla mnie jest to, że nie zadaję sobie pytania „jak moje ciało będzie wyglądało w tym ruchu” albo „jak moje kobiece będzie widziane w tej i tej scenie.” Jest to dla mnie pewien rodzaj emancypacji ciała — nie muszę się zastanawiać nad tym, czy to będzie estetyczne. Nie zastanawiam się, czy spełniam oczekiwania w stosunku do kobiecego ciała ruszającego się na scenie. Koncentruję się w swoich spektaklach na czymś innym niż moje ciało, dlatego ono może być widziane jako „po prostu ciało”, a z drugie strony nie ucieknę od tego, że moje ciało to ciało kobiety. Staram się uciekać od tych okropnych kategorii, których uczy się dziewczęta: „czy to jest ładne?”, „czy to przystoi”, to mnie w ogóle nie interesuje.

wywiad przeprowadziła: Magda Garlińska – dawno temu ukończyła wydział Wiedzy o Teatrze warszawskiej Akademii Teatralnej. Było to tak dawno temu, że nawet nie zauważyła kiedy dobiła do trzydziestki. Mieszka w Berlinie, czasami pisze bloga (https://plujacprawdami.tumblr.com/ ) i doktorat.

 

 

 

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Facebook