Po trzech godzinach lotu poczułam, że za chwilę będziemy lądować. Popatrzyłam przez okno i zobaczyłam czerwoną ziemię. Później, gdy jechałam autobusem z dworca, rozbawił mnie kierowca, który wesoło gwizdał w rytm muzyki lecącej z radia, a jego koleżanka mu wtórowała. Tak powitała mnie Malaga.

W tym mieście czas na zabawę jest zawsze i wszędzie. Ludzie wydają się pozbawieni obowiązków, jakby w ogóle nie mieli problemów. Bez przerwy uśmiechnięci, pomocni, rozmowni. Pogoda im pomaga w wiecznie trwającej imprezie. Jest gorąco i słońce świeci cały rok, oprócz tych 4 dni w roku, podczas których kropi deszcz. A raczej udaje, że kropi. Zabawne jest obserwowanie w taki dzień mieszkańców. Ledwie trzy krople spadną, a wszyscy chodzą po ulicach wyposażeni w parasolki. Widziałam nawet kałużę ogrodzoną palikami. Rozśmieszyła mnie również reakcja koleżanek z Południa, które chciały przełożyć spotkanie ze względu na złą pogodę.

Hiszpania jest śliczna, wszędzie rosną palmy, a na plaży, wśród wielkich kamieni koło molo mieszkają koty. Nie mogę nie wspomnieć o motocyklach, które opanowały całe miasto i idealnie wpisują się w andaluzyjską architekturę. Zimą na ulicach roi się od skuterów, które właściciele bezładnie parkują na chodnikach, między intensywnie pachnącymi drzewkami pomarańczowymi. Wiele osób wybiera taką formę transportu. Pojazdami kierują także kobiety, które jeżdżą na skuterach w obcasach.

Malaga rozśmieszała mnie codziennie przez pół roku. Zawsze uśmiechałam się do siebie przechodząc o 9 rano obok knajpy, w której Hiszpanie pili sobie spokojnie piwo, bawiąc się i dyskutując w najlepsze. W listopadzie, kiedy chciałam zjeść gazpacho (zimną pomidorową zupę) i zamówiłam ją w restauracji, kelner ze zdziwieniem oznajmił, że jest zima i nie podają już tej potrawy. Rozejrzałam się. Siedziałam na plaży wśród ludzi kąpiących się i opalających w strojach kąpielowych, a termometr pokazywał 30 stopni. Chłodnika jednak nie dostałam. W grudniu, gdy byłam chora, wychodziłam na zewnątrz, żeby się rozgrzać. Gdy kupowałam kartę sim, uwagę ekspedientki ode mnie odwrócił wchodzący do lokalu, śliczny mały pies i każdy musiał coś o nim powiedzieć. Na Święta do Polski przyjechałam ze spuchniętą ręką, ponieważ w dniu wyjazdu (21 grudnia) ugryzła mnie osa. Miny znajomych – bezcenne.

Były jednak też chwile grozy, gdy podczas wycieczki na Gibraltar spotkałyśmy małpy. Byłyśmy świadkiem, jak jedna z nich wyskoczyła zza krzaka na dziewczynę stojącą metr od nas. Niefortunnie trzymała ona w rękach zamkniętą paczkę chipsów. Zwierzę, nie zastanawiając się długo, przywłaszczyło sobie przekąskę. Pozornie miłe zwierzątka pokazały, że nie mają przyjaznego charakteru.

Polecam to miasto wszystkim zestresowanym ludziom.


Autorka tekstu i ilustracji: Aleksandra Ochońska (21) – studentka malarstwa, miłośniczka Krakowa, wegetarianka. W wolnych chwilach podróżuje i zwiedza muzea. Kocha rysować, a efekty swojej pracy zamieszcza na Instagramie: @aleksandra.ochonska

Facebook