Jeżeli tytuł wywołuje u Was konsternację („Jak to? Jak można nie lubić jeść?”), prawdopodobnie należycie do grona osób, które mają dobrą i zrównoważoną relację z jedzeniem. Fakt ten uderza mnie szczególnie, odkąd zaobserwowałam, że wyrazem prawdziwie zdrowego podejścia do jedzenia jest brak chęci przejadania się nawet wtedy, kiedy coś komuś wyjątkowo smakuje – lub nierobienie tragedii z tego, że czasem zdarzy nam się zjeść za dużo.

Przez większą część mojego życia nie lubiłam jedzenia. Wiosna często zaskakiwała mnie w trakcie złej fazy, kiedy psychicznie „nie byłam gotowa na ładną pogodę”. Od czasu późnej podstawówki – po tym, jak kolega kolejny raz zrobił przytyk do mojego apetytu i schudłam 10 kg w 2 miesiące, przy okazji opanowując na pamięć tabele kaloryczności większości produktów – aż do niedawna jedzenie wywoływało we mnie skrajne emocje: strach, ekstazę, rozpacz. Nawet kiedy jadłam coś pysznego, miałam wyrzuty sumienia, czułam, że będę musiała to „odpokutować”. Paradoksalnie, mimo że cały czas teoretycznie dążyłam do maksymalnego ograniczania liczby spożywanych kalorii, poświęcałam jedzeniu większość swojego czasu. Moje myśli krążyły albo wokół tego, co zjeść, albo wokół tego, czego zjeść nie mogę – w zależności od fazy, w której się akurat znajdowałam, a można je z grubsza podzielić na okresy głodzenia się i kompulsywnego objadania się. Choć moja waga niekoniecznie wskazywała na anoreksję, to psychicznie tak właśnie się czułam.

Jak to się stało, że z radosnego dziecka kochającego zarówno jedzenie, jak i sport oraz przebywanie na świeżym powietrzu, z nastolatki o otwartym umyśle i wszechstronnych zainteresowaniach z odwagą patrzącej w przyszłość i snującej śmiałe marzenia, stałam się smutną, zmęczoną niedożywieniem na zmianę z przejedzeniem, zafiksowaną na punkcie swojej wagi osobą? Kiedy swoją wartość zaczęłam mierzyć nie osiągnięciami, z których mogłam być dumna, tylko liczbą na wadze, sprawdzaną codziennie rano ze strachem i nadzieją? Od którego momentu moje wspomnienia zdominowało to, ile ważyłam w danym roku i ile osób zauważyło, że schudłam? Gdzie zgubiłam świadomość ciała i miłość do siebie samej? Skąd wzięło się przekonanie, że zasługuję na dobre rzeczy tylko wtedy, gdy jestem chuda? Od kiedy przestałam rozbierać się czy dotykać, nawet będąc sama, i zaczęłam unikać luster, jak tylko przytyłam kilka kilo?

Ekstremalne odchudzanie jest łatwe za pierwszym razem. Komplementy sypiące się po kilku tygodniach czy miesiącach głodzenia się, kiedy zaczynają być widoczne pierwsze efekty, spadające z bioder spodnie i zmiana rozmiaru w przymierzalni mile łechcą ego i poprawiają samoocenę. Jednak organizm jest mądrzejszy od nas i zaczyna walczyć o życie. Często to wtedy pojawia się pierwszy napad przejadania się. Nie lubię określenia „obżarstwo”, które sprawia, że przypadłość zwana kompulsywnym objadaniem się , o której istnieniu dowiedziałam się bardzo późno i która często jest mylona z bulimią, wydaje nam się czymś jeszcze bardziej wstydliwym i odrażającym. Potem zaczyna się błędne koło napadów psychicznego, nienasyconego głodu  i etapów  postu, stanowiącego swoistą pokutę za grzechy poprzedniego wieczoru, nocy czy całego weekendu. Jednak nasze dobre samopoczucie i zdrowy wygląd to wynik działania o wiele bardziej skomplikowanego niż prosty bilans kaloryczny. Nie wystarczy odjąć stamtąd, gdzie wcześniej dodało się za dużo. Kiedy działania opisane powyżej zaczynają  być normą, stajemy się chronicznie przemęczeni, zestresowani z powodu permanentnego strachu o to, że przytyjemy, nasza cera staje się szara, „zyskujemy” dodatkowe kilogramy, a nawet zaczynamy cierpieć na depresję.

Wcale nie jest mi łatwo o tym pisać. Przez lata ukrywałam ten problem nawet przed większością najbliższych znajomych, których być może czasem jedynie dziwiły wahania mojej wagi. Dlaczego więc postanowiłam podzielić się moim doświadczeniem na łamach Szajn? Ponieważ pamiętam, jak ciężko było mi radzić sobie samej z tym gigantycznym w moich oczach problemem, który większości osób wydałby się zapewne śmieszny i stanowiłby jedynie przejaw braku silnej woli i samodyscypliny. Pamiętam również olbrzymią ulgę i radość, gdy trafiłam na pierwszego bloga dotyczącego zaburzeń odżywiania (w tym przypadku bulimii) – „Wilczo głodna”. Poczułam, że nie jestem nienormalna, jedyna na świecie z moim problemem, gorsza czy obrzydliwa. Co więcej, zrozumiałam, że moi najbliżsi, których próby pomocy motywowane były oczywiście dobrymi chęciami, ale z wątpliwym skutkiem, nie rozumieli złożoności problemu. Nie ma co się zresztą dziwić, gdyż wiedza o psychicznym aspekcie zaburzeń odżywiania jest w Polsce nadal „w powijakach”. Na szczęście dzięki ludziom takim jak Ania z „Wilczo głodnej”, jak również nagraniom osób, które wyszły z ED, a nawet artykułom takim jak ten, świadomość ta zaczyna się zmieniać.

Zmieniać zaczęło się również moje postrzeganie przyczyn kompulsywnego jedzenia. Czy istnieją w ogóle jakieś inne przyczyny oprócz tych oczywistych, czyli presji idealnego, smukłego wyglądu, która na szczęście powoli zaczyna być równoważona przez trend body-positivity? W większości przypadków mitem jest pogląd, według którego zaburzenia odżywiania to wynik traum z dzieciństwa, wołanie o pomoc czy, w przypadku anoreksji, jedyny sposób na uzyskanie jakiegokolwiek poczucia kontroli. Nie twierdzę oczywiście, że takie przypadki nie istnieją, jednak zbyt mało mówi się o tym, że problemy z jedzeniem to rodzaj uzależnienia działającego na zasadzie prostego łańcucha reakcji zachodzących w organizmie. Jak każde uzależnienie, stanowią one formę ucieczki od odpowiedzialności za swoje życie, związki z innymi osobami, dojrzałość emocjonalną, finansową i zawodową. Życie przecieka nam przez palce, a my zaprzątamy swoje myśli jedynie wagą, jedzeniem, dietami i wyglądem. Zaburzenia odżywiania często łączą się zresztą z innymi uzależnieniami, jeszcze bardziej ułatwiającymi „puszczenie hamulców” i podtrzymywanie stanu sztucznej euforii, takimi jak papierosy, alkohol czy inne używki. Anorektyczki i osoby z innymi zaburzeniami odżywiania niejednokrotnie traktują imprezy jako rodzaj dyspensy, podczas której w stanie ogólnego rozluźnienia i odurzenia nie muszą przez chwilę trzymać diety ani liczyć kalorii i jednej nocy potrafią pochłonąć ogromne ilości jedzenia. Nie muszę chyba dodawać, że kac moralny następnego dnia jest o wiele bardziej dotkliwy niż fizyczne skutki zatrucia organizmu. Osoby z takimi zaburzeniami często z czasem zaczynają szukać okazji i inicjować sytuacje, w których bez wyrzutów sumienia będą mogły najeść się „na zapas” – co oczywiście samo w sobie jest oksymoronem – napędzając tym samym błędne koło, z którego wydaje się nie być ucieczki.

Jak w takim razie wyjść z zaburzeń odżywiania, nie popadając jednocześnie w perfekcjonizm lub inny „zastępczy” nałóg? W trakcie mojej drogi zaczęłam inaczej patrzeć na uzależnienia i na to, jak (pozornie) ułatwiają nam życie i pomagają radzić sobie ze stresem. Obiektywnie zły nawyk był moim dalekim od ideału sposób na zadbanie o siebie najlepiej, jak w danym momencie potrafiłam. Stopniowo zaczęłam patrzeć głębiej na to, co kryło się pod tą wierzchnią warstwą pozwalającą zapomnieć o prawdziwych problemach. Wydaje mi się, że dzięki takiemu podejściu – a nie żelaznej samodyscyplinie i konsekwencji, o których często słyszymy – udało mi się na dobre pozbyć się przyczyny, a nie zewnętrznych objawów, które łatwo zastąpić innymi, nawet pozornie niezwiązanymi z poprzednimi, takimi jak toksyczne relacje z ludźmi, praco- czy zakupoholizm. Oczywiście zdarzały mi się potknięcia, ale nawet w gorszych momentach skupiałam się na zaakceptowaniu obecnej sytuacji i całościowym, niespiesznym dbaniu o swoje ciało i wnętrze oraz na pokochaniu siebie. Kiedy przestałam koncentrować się wyłącznie na wyjściu z kompulsywnego objadania się, a zaczęłam zdrowiej się odżywiać, ruszać i medytować, ono samo ode mnie odpadło. Wraz ze zwiększeniem obecności tu i teraz oraz świadomości własnego ciała i emocji, niezdrowe jedzenie w nadmiernych ilościach straciło swoją atrakcyjność. Nauczyłam się lepiej słuchać siebie i odróżniać swoje potrzeby w danym momencie od kompulsywnych i nieskutecznych na dłuższą metę sposobów na radzenie sobie z nierozwiązanymi kwestiami w życiu. Osiągnęłam większą równowagę, spokojną radość z każdego poranka, poprawę w relacjach ze sobą i z innymi oraz oczywiście lepsze samopoczucie – bez rozgraniczania na fizyczne i psychiczne, ponieważ według mnie są to dwa nierozerwalne aspekty tej samej kwestii.

W Nowym Roku życzę wszystkim, którzy tego potrzebują, żeby nauczyli się dbać o siebie jak o dziecko – czasem kapryśne, ale całkowicie zasługujące na naszą miłość i troskę. Życzę również uśmiechu do pięknych nieznajomych dowolnej płci (nawet tych szczuplejszych od nas!), w kwestii jedzenia natomiast być może mniejszej jego ilości, ale za to doceniania i skupiania się na każdym kęsie i smaku <3

 

autorka tekstu: Lena Hasiuk (28) – aspirująca tłumaczka przysięgła języka hiszpańskiego, a w lepsze dni być może również angielskiego i włoskiego. Spełnia swoje marzenie z dzieciństwa o byciu pisarką, hobbystycznie tłumacząc literaturę. Od niedawna zainteresowana tematyką mindfulness, psychologii i duchowości niezwiązanej z żadną konkretną religią.

autorka ilustracji: Iza Dudzik (25) – robi ilustracje, plakaty, identyfikacje i trochę obciachu. Lubi koty i animowane seriale. Zwłaszcza te z antropomorficznymi zwierzętami, które zmagają się z problemami natury emocjonalnej.
Jej prace można znaleźć na http://izadudzik.pl/https://www.behance.net/dewizka oraz najczęściej na Instagramie @iza.dudzik

Facebook