Nazywam się Nicholas Wereszczyński i mieszkam w Anglii od prawie 11 lat – w tym samym mieście, w którym po części wychowywała się moja droga przyjaciółka i autorka tekstu, Croí Townsend-Hurley. Poznaliśmy się mniej więcej 5 lat temu w pierwszej klasie londyńskiego “liceum” (tzw. Sixth Form), gdy miałem 17 lat, a ona 16. Obecnie Croí kończy studia z literatury angielskiej, a ja w dniach wolnych od dorywczej pracy zajmuję się ilustracją.

Zaproponowałem Croí, by napisała artykuł dla Szajn ponieważ uważam ją za osobę bardzo inteligentną, z bogatą wiedzą literacką i historyczną. Z wiedzą o rzeczach, które kształtują społeczeństwo. Często opowiadamy sobie, jak to było dorastać w Polsce czy (w jej przypadku) w Irlandii i za młodu przeprowadzić się do innego państwa. Dzielimy się obyczajami kultur słowiańskich, celtyckich czy karaibskich. Pomimo tego, że nasze korzenie są trochę inne, a nasze rodziny różnią się od siebie, znaleźliśmy wiele podobieństw w naszych doświadczeniach i pewne zrozumienie. Uznałem, że jako osoba z dwoma tożsamościami etnicznymi (i do tego żadna z nich nie jest polska), perspektywa Croí byłaby ciekawa, a nawet bezcenna dla Polek czytających magazyn.

***

W szczycie lata Londyn wrze jak rozgrzany do czerwoności ul. Wyrzuca z siebie małych, rozwścieczonych robotników, których roznosi praca. Na jego ulicach przemoc jest równie powszechna, co widok ludzi uśmiechających się od ucha do ucha. Szczęśliwi bezdomni nie muszą już się chować – ze względu na pogodę łatwiej znaleźć im miejsce na nocleg. Zachłyśnięte wolnością od szkoły dzieci spędzają czas bezmyślnie się gapiąc bez żadnego celu i balansując między udarem słonecznym a histerią. W zasadzie ludzie starają się po prostu przetrwać wśród murów gorącego betonu, zalewając każdy dostępny zielony zakątek swoimi poparzonymi od słońca ciałami.

Przyszłam na świat w trakcie pewnych londyńskich wakacji lat 90., w sercu socjalnego osiedla domków z czerwonej cegły. Trawa brązowiała gdy mama pozwoliła mojemu krzykowi przelać się w przepełnione ludźmi miasto.

Aż do moich ósmych urodzin słońce odbijające się od betonu raziło mnie w oczy, smród zanieczyszczeń smażących się na asfalcie drażnił mój nos, a spojrzenia osób patrzących na moją rodzinę… wprowadzały mnie w otępienie.

Na ósme urodziny dostałam rower. Fioletowy góral pasował do żółtej sukienki i kokardek, które nosiłam. Pełna zapału i zadowolona wyprowadziłam go na kawałek zielonego skweru niedaleko mojego domu. Trawa lśniła w słońcu jak szmaragd. Drzewa rzucały cień na betonowe ściany niczym piękne pajęcze sieci. Dobiegające z oddali dźwięki migawki aparatu mojego dziadka, który robił zdjęcia mi i mojej przyjaciółce jeżdżącej na rowerze, przypominały o jego kojącej obecności. Stał nieopodal z uśmiechem zadowolenia na twarzy.

Nagle dwa ciemne cienie wyrosły przede mną, a gdy rozejrzałam się w poszukiwaniu ich źródła, napotkałam na znajome mi spojrzenia. Moi rodzice nauczyli mnie, żeby uważać na ludzi, którzy przede mną stali.

Górowali nade mną policjant i policjantka. Zamarłam. Mój umysł się zawiesił.

“Czy wiesz, kim jest ten człowiek?”, zapytał policjant. Pokazał ponad moim ramieniem na mojego dziadka, z którego twarzy nie dało się nic odczytać. Stał z aparatem zawieszonym na ramieniu i ręką w kieszeni.

Ze strachu i niepewności niemal pokręciłam głową – taki bezwarunkowy odruch ośmioletniego dziecka starającego uwolnić się od sytuacji, której nigdy nie zrozumie. Ale powstrzymałam się i zaczęłam mówić.

“To mój dziadek.”

Mój głos był słaby i drżący. Twarz policjanta natychmiast złagodniała. Obydwoje kiwnęli głowami, przeprosili mnie i odeszli. Przez jakiś czas nie rozumiałam, co się stało. Nie opowiedziałam o tym nikomu aż do czasu, gdy zostałam nastolatką – i wreszcie w pełni zrozumiałam sama.

Mój dziadek jest wspaniałym człowiekiem, nauczycielem angielskiego od prawie czterdziestu lat, a także ciepłą i kochającą głową naszej rodziny. Przybył do Londynu z Jamajki w latach 50. jako jeden z ostatnich przedstawicieli pokolenia Windrush, gdy miał zaledwie sześć lat. Moja mama urodziła się z jego związku z białą Brytyjką pod koniec lat 60. Dziadek jest cenionym i szanowanym człowiekiem. Nie wygląda podejrzanie.

Z kolei mój tata jest biały, a moja mama jest mieszanej rasy, więc urodziłam się z bardzo jasną skórą. Jestem white passing*. To dlatego, kiedy policjanci natknęli się nas w dniu moich ósmych urodzin, nie wpadli na to, że możemy być rodziną. Wydawało im się, że widzą podejrzanego czarnego mężczyznę z niecnymi zamiarami, robiącego zdjęcia dwóm białym dziewczynkom na rowerze.

Społeczeństwo, bestia o wielu głowach z wpływami i problemami nierozliczonymi w przeszłości, stworzyło formę, w którą się wtłaczam. Moja jasna cera i moje proste włosy oddzieliły mnie od rodziny, ich kręconych włosów i ciemnej cery.

Jestem osierocona. Jestem anomalią. Jestem rasowo niedookreślona.

Przekleństwo lub zaleta – sam sobie zdecyduj. Pomyśl, jak osoba, którą właśnie komentujesz, może się teraz czuć. Kiedy ktoś pyta mnie skąd pochodzę, nie czuję się dobrze. Od czasu incydentu z moim dziadkiem wydarzyło się wiele kolejnych (i gorszych) sytuacji związanych z rasizmem. Niemniej to był pierwszy z tych, o których pamiętam, i który jednoznacznie wpłynął na moją tożsamość.

Musiałam przejść długą drogę, by moja tożsamość znów należała do mnie, ale udało mi się. Tylko ja mogę określić kim jestem. Jestem wnuczką mojego dziadka. Jestem Jamajką. Jestem potomkinią ludzi, którzy sprzeciwiali się terrorowi przez setki lat, a za swoją miłość otrzymywali jedynie nienawiść. Dalej się sprzeciwiają…

*White passing to zwrot odnoszący się do osób, które etnicznie nie są białe, ale mają na tyle jasny kolor skóry i na tyle niejednoznaczne rysy twarzy, że są brane za białe. Osoby, które są white passing, mogą mieć pewne przywileje i być lepiej traktowane przez ludzi, którzy nie znają ich pochodzenia. Mogą jednak być dyskryminowane przez społeczności, z których pochodzą. Jest to bardzo złożony element tożsamości rasowej. Osoby, które są white passing spotykają się czasami z krytyką, gdy np. noszą tradycyjne stroje lub fryzury pochodzące z ich własnej kultury, ponieważ dla osób postronnych ich pochodzenie etniczne nie jest zauważane czy uznawane.

_______________________________

Autorka tekstu: Croí Townsend-Hurley

Współautor tekstu: Nicholas Wereszczyński (21) – Mieszkający w Londynie ilustrator. Interesuje się pogaństwem i okultyzmem, co często się odzwierciedla w jego pracach. Lubi w wolnych chwilach trzymać nosa w muzyce, zoologii, lub na YouTubie.
Link do Facebooka: https://www.facebook.com/nickbreadart/
Instagram: @awornf
Sklep: https://www.etsy.com/shop/BreadGods

Autorka ilustracji: Dobrochna Witczak – studentka kierunku Communication Design poznańskiego School of Form. Animuje, filmuje, ilustruje i maluje. Od dziecka rysuje na potęgę i to z tą dziedziną planuje powiązać życie. Równie długo i mocno fascynuje ją animacja. Jej prace obfitują w dowcip oraz żart, które stanowią trafny komentarz dla rzeczywistości. W wolnych chwilach radość sprawia jej przebywanie ze zwierzętami i jazda na rowerze.
ig: https://www.instagram.com/dochna_/
vimeo: https://vimeo.com/user80537080
behance: https://www.behance.net/dobrwitczac1bf

 

Facebook