Niedawno spędziłam kilka dni w Antwerpii, w której jeszcze nigdy nie byłam. Po raz pierwszy w życiu zjadłam belgijskie gofry, odwiedziłam dom Rubensa i przeszłam podwodnym tunelem mierzącym 572 metry długości, który prowadzi na drugą stronę rzeki Skalda. Próbowanie czegoś po raz pierwszy zawsze działa na mnie ożywczo. Poszerza horyzonty, potrafi zainspirować. Chociaż bywa także stresujące, jeśli wiąże się z wyjściem poza swoją sferę komfortu. Im więcej różności skosztujemy, tym więcej wiemy o sobie – co nam pasuje, co nie, a obie te informacje są równie cenne. Są takie aktywności, które stereotypowo kojarzą się bardziej z „męskim światem”. A w nich także może tkwić potencjał na odkrycie czegoś, co stanie się nową ukochaną rozrywką. Oto pięć moich „nietypowych” pierwszych razów:

1. Wziąć szpachelkę w swoje ręce  

W momentach, kiedy pożądałam odmiany, jakiegoś poruszenia w życiu – często robiłam coś z włosami (ot kobieca klasyka) i główkowałam, co zmienić w swoim pokoju. Moje zamiłowanie do remontów ma swoje źródło w lekturze z lat dziecięcych – Dzieci z Bullerbyn. W powieści Lindgren główna bohaterka, Lisa, dostaje na 7. urodziny własny pokój. Opis starannego przenoszenia doń lalek oraz innych rzeczy osobistych, delektowania się nowością, mocno zapadł mi w pamięć jako coś, co musi być cudownym przeżyciem. Trzy lata temu potrzebowałam radykalnej zmiany w swoim własnym pokoju. Zapragnęłam przemalować ściany na inny kolor, zatynkować dziury po gwoździach, na których nie wisiały już żadne obrazki, odświeżyć malowane szafki naścienne. I zrobiłam to, sama, własnymi rękami. Oczywiście trwało to pięć razy dłużej niż gdyby zajęła się tym ekipa remontowa i zaowocowało dodatkową, nieplanowaną dziurą w ścianie wielkości melona, ale satysfakcji, że (mimo wszystko) udało mi się to zrobić samodzielnie, nie da się opisać.

2. RAMy, procesory i elektroniczne wybory

W ostatnie wakacje stanęłam przed przyjemną koniecznością zakupu nowego komputera. Ponieważ programy do montażu filmów, których używam, wymagają dobrego sprzętu, chciałam mieć pewność, że mój nowy laptop będzie nie do zdarcia i wszystkiemu podoła. Stwierdziłam więc, że nie chcę zdawać się jedynie na kompetencje obsługi w sklepie z elektroniką i pierwszy raz dokonam w pełni świadomego zakupu. Z sentymentem wspomniałam informatyka, z którym randkowałam, po czym zacisnęłam zęby i zagłębiłam się w fora i youtube’owe filmiki o sprzęcie, jakiego używają filmowcy. Sama możliwość użycia w rozmowie ze sprzedawcą określeń takich jak procesor czy liczba rdzeni sprawiła, że poczułam się co najmniej jak bohater serialu Mr. Robot.

3. Pograj!  

Dobry komputer przydaje się również do innej istotnej czynności, a mianowicie grania w gry. Kiedy byłam mała, grałam w Raymana i z wypiekami na twarzy przechodziłam liczne poziomy świata pełnego zielonych pnączy, po których skocznie przemieszczał się główny bohater. Grywałam także w Rollercoaster Tycoon, budując wesołe miasteczka marzeń z imponującymi kolejkami górskimi (należało zatrudniać odpowiednią liczbę sprzątaczy, aby usuwali efekty mdłości, które ogarniały klientów korzystających z tych atrakcji) i wieloma budkami z popcornem. W czasach gimnazjalnych granie w gry komputerowe stało się domeną chłopców. Dziewczyny trochę się podśmiewały z takiego spędzania czasu – chyba, że chodziło o The Sims, jednak ten zachwyt mnie ominął. Aranżowanie wnętrz, a z tym głównie kojarzy mi się owa gra, interesuje mnie tylko w realu. Za to na studiach przyjaciel polecił mi Life is Strange, które pokochałam. Wkrótce potem pierwszy raz kupiłam grę komputerową sama dla siebie – był nią Thief, bo spodobała mi się grafika i chciałam poskakać po dachach. Co prawda ja i zręcznościówki to nie do końca zgrany duet, więc nawet nie przeszłam jej do końca, ale od tego czasu odkryłam wiele innych ciekawych gier. A także swoją niszę: ciekawią mnie zwłaszcza te poruszające tematykę zdrowia psychicznego. Na razie moją ulubioną jest The Cat Lady, której fabuła rozpoczyna się w chwili, gdy główna bohaterka próbuje popełnić samobójstwo.

4. Opleciona słowami  

W gimnazjum koledzy z klasy słuchali Hemp Gru. Rapu, który był dla mnie czymś tak odległym i nieciekawym, że uciekałam od niego jak najdalej. Jednak moje zamiłowanie do słów sprawiło, że w którymś momencie zaczęłam się wsłuchiwać w różne utwory z tego gatunku, chociaż akurat HG nigdy nie weszło do mojej osobistej rap-playlisty. Pierwszym raperem, którego zaczęłam namiętnie słuchać, był Peja. Kawałki z płyty Najlepszą obroną jest atak były hojnie okraszone wulgaryzmami, więc słuchaniu ich towarzyszyła przyjemność, jaką daje zajadanie się zakazanym owocem (nasączonym nieprzyzwoitościami!). Z czasem zaczęłam odkrywać całe przestworza bardziej poetyckich odcieni rapu i hip hopu, jak chociażby utwory Fisza, którego piosenkę Czerwona sukienka omawialiśmy na studiach podczas zajęć z poetyki. Aktualnie słucham także rapu koreańskiego, radośnie wyłapując jedno słowo na sto.

5. Samej w ciemności

Dokładnie pamiętam dzień, w którym poszłam pierwszy raz sama do kina. Dzień wcześniej ostatecznie rozwiały się moje nadzieje na happy end z licealnym crushem. Było mi źle, więc zamiast do szkoły postanowiłam wybrać się na film. Sama, w godzinach porannych, które gwarantowały minimalną liczbę ludzi na sali. Kupiłam bilet na Weronika postanawia umrzeć, bo tytuł doskonale pasował do mojego rozpaczliwego nastroju. Pamiętam, że kiedy wyszłam z seansu, czułam się już o niebo lepiej. Nie tylko za sprawą filmu, ale też ucieczki do innego świata, w którym byłam sama i było mi z tym dobrze. Czerpanie przyjemności z czynności wykonywanych samemu to zresztą jedno z cenniejszych odkryć, których można dokonać.

 

Z próbowaniem nowych rzeczy jest trochę jak ze skuszeniem się na degustację w supermarkecie. Bywa to trochę stresujące, zwłaszcza, jeśli tak jak ja, jest się z lekka aspołecznym. Sama mam obawę, że skoro już wejdę z hostessą w interakcję, to może powinnam od razu kupić od niej dany produkt. Poza tym, jeśli nie posmakuje, to głupio się przyznać. Jednak w rzeczywistości ani nie dowiemy się, czy coś nam smakuje, dopóki nie skosztujemy, ani samo spróbowanie nie jest w żaden sposób zobowiązujące. Można spróbować pierwszy raz i ostatni, ale można też odkryć nowy smak, który przypadnie nam do gustu.

 

autorka: Magdalena Sobolska (25) – absolwentka Instytutu Kultury Polskiej, specjalizacji Kultura Wizualna. W ramach zajęć WF na studiach wybrała taniec na rurze. Fascynatka kultur azjatyckich, serce oddała Korei. Planuje do niej podróż, zasypując swoje biurko coraz większą liczbą fiszek do nauki słówek. Lubi dania ze szpinakiem, sklejać kolaże i dotykać chropowatych ścian. Docelowo: pani reżyser. Instagram to jej ulubione social media (@magdalenasobolska)

 

Facebook