Kiedy wpuszczam do swojej głowy słowo „planeta”, prowadzę je linią prostą od wyrazu „ziemia” do „moda”. A potem beznadziejnie odbijam się od jednego do drugiego. Gdybym była tylko po stronie konsumenta, to być może w końcu stanęłabym dumnie w punkcie początkowym i nie ruszyłabym dalej. Niestety studiuję projektowanie mody – „niestety” z pasji. Pozostaje mi więc odbijać się dalej…

Na drugim roku studiów zmierzyłam się ze słowem „sustainability”. Przyznaję, że nie było to moje założenie , tylko zwykła rama narzucona przez prowadzącego dla kolejnego projektu. Oczywiście byłam świadoma zanieczyszczeń przemysłu modowego, w szczególności „fast fashion”. Ale równie oczywistym jest, że jako młoda, ambitna projektantka nie utożsamiałam się z tym, bo JA robię przecież coś innego, jestem artystką, nie działam komercyjnie itp. Gdzieś tam pewnie leży jakaś prawda, ale razem z nią również fakt, że koniec końców wytwarzasz rzeczy, obiekty, instalacje czy inne cuda. Można to nazwać, jak się chce, ale ostatecznie do wytwarzania czegokolwiek potrzebny jest materiał i proces wytwórczy.

No właśnie, materiał. Wszyscy wiemy, że poliester jest zły, nie rozkłada się i ogólne jest be, więc po prostu z niego zrezygnuję. Zaczęłam jednak od konkretnego projektu, pod którym się podpisałam, a do jego „działania” potrzebny jest materiał o innych właściwościach, niż posiadają te naturalne. Trzeba też uszyć pierwsze prototypy, a nie wszystko wygląda dobrze w najtańszej surówce. Przypominam sobie stan swojego konta i przeliczam, ile już zdążyłam wyłożyć na te studia, więc stwierdzam: nie stać mnie na organiczne materiały, żeby uszyć próbki.

Spokojnie, na tym etapie nie mogę się poddać. Skoro nadal chcę napawać się duchem zrównoważonej mody, to po prostu użyję ubrań z second handu. Na próbę, ale też i dla finalnego efektu. Skoro Marine Serre może, to i ja. Ostatecznie nie unikam rytualnego spłukania się finansowo, ponieważ warszawskie lumpeksy to nie łódzkie, ani żadne inne w Polsce, więc na szmaty wydaję krocie. Ale pocieszam ładnie brzmiącym hasłem „zero waste”.

Tak naprawdę waste na maksa. Nie wykorzystuję wszystkiego, bo nie każda szmatka szmatce równa. Jedne są bardziej „fashion” i „cool”, inne mniej, więc czeka je srogie odrzucenie. Niekoniecznie przeze mnie. Ale to nie tak, że gdzieś je oddaję, po prostu wybieram co ładniejsze fragmenty, wycinam je, zszywam i gotowe. Świetnie. 

Znam się na wszystkim, więc zaprojektuję własne nadruki, a potem wykonam je różnymi technikami, jak sublimacja czy klasyczny sitodruk. Każda w jakimś aspekcie jest nieekologiczna, ale już trudno. Jakiś czas temu pogodziłam się z przegraną, więc przymknę oko. Na jedną jedyną plastikową końcówkę do sznurka też. I na zamek, na guzik… 

Ale próbowałam, jasne?

Ten tekst nie jest o pokrzywdzonej studentce projektowania mody, która ma dosyć błahe problemy w życiu. Jest o procesie, który mam nadzieję, że za niedługo każdy z nas będzie przechodził, w różnych aspektach swojego życia. Świadomość zanieczyszczeń, którym winny jest szeroko rozumiany przemysł modowy, nie zmieni faktu, że lubię to co robię . Ale mogę w tym wszystkim chociaż  próbować robić coś inaczej, tak żeby było nawet trochę mniej szkodliwie, jeśli nie w ogóle. I w tym wszystkim mogę też powiedzieć, że jest to trudne z wielorakich powodów, czasem to kwestia dostępności, możliwości zrobienia czegoś, a kiedy indziej własnego lenistwa i ignorancji. Mimo to, jeżeli na końcu mogę stwierdzić, że w jakimś stopniu udało mi się dotknąć „sustainabillity” w swoich projektach, to w sumie fajnie. I jednocześnie okej, że też w ogromnym stopniu mi się to nie udało.


Autorka tekstu: Alicja Kamaj – ma 22 lata i ostatnie dwa spędziła spełniając się na kierunku projektowania mody w warszawskiej Katedrze Mody ASP. Jako kobieta-projektantka i feministka, stara się w modzie znaleźć swój własny środek przekazu oraz na nowo spojrzeć na kobiece, modowe potrzeby. Chętnie wypowiada się w rysunku i kolażu, co można znaleźć na jej Instagramie @very.raw.baby
Instagram modowy (ze zdjęciami opisywanej kolekcji): @monvlice

Autorka ilustracji: Martyna Semkło – studentka Uniwersytetu Warszawskiego, zakochana w sztuce, modzie i podróżach, oraz w poznawaniu ludzi, natury i zwierząt. Ogromna entuzjastka kwiatów i pracy w jednym z warszawskich wydawnictw. Swoimi ilustracjami dzieli się ze światem za pośrednictwem Instagrama: @moda_na_kwiaty

Facebook