Mam 25 lat a na myśl o szkolnym WF-ie nadal czuję, jakby skręcały mi się wnętrzności. Ręka machinalnie sięga do torby w celu znalezienia byle jakiej kartki, na której mogłabym nabazgrać zdanie-ratunek: „proszę o zwolnienie mojej córki Magdy z zajęć wychowania fizycznego w dniu X” i opatrzyć je koślawie podrobionym podpisem mamy.

Z jednej strony bawi mnie ten mój lęk bo, umówmy się, to, że na sali gimnastycznej podczas wybierania do drużyn czułam się raczej jak uczestniczka teleturnieju „Najsłabsze ogniwo”, nie jest najgorszym co mogło mnie w szkole spotkać. Fakt, że z zadziwiającym magnetyzmem przyciągałam do siebie piłki, gdy graliśmy w zbijaka też nie brzmi jak przesadnie poważny problem z dzieciństwa. Głupio takie wspomnienia określić mianem traumy. Czasami zastanawiam się tylko, czy rodzinna anegdotka o małej niezgrabajdzie Madzi, której po wyuczeniu się na blachę oznak astmy powysiłkowej udało się przekonać lekarza pierwszego kontaktu do wystawienia rocznego zwolnienia z zajęć sportowych, jest oby na pewno taka śmieszna?

O ironio, do sportu przekonały mnie w końcu obowiązkowe zajęcia ruchowe na studiach. Okazało się, że można wybrać ćwiczenia, które najbardziej nam pasują. Zapisałam się na stretching, myśląc, że przez półtorej godziny będę sobie odpoczywać w siadzie skrzyżnym, mruczeć „ommm” i głęboko oddychać przeponą. Jakież było moje zdziwienie, kiedy podczas zajęć nie tylko dowiedziałam się, że mam przeróżne mięśnie, o których istnienie nigdy bym się nie podejrzewała, a do tego (szok i niedowierzanie!) jestem naprawdę świetna w rozciąganiu. Sportowcem ani fit zapaleńcem raczej nigdy nie zostanę, niemniej jednak szczerze przyznam, że ruch polubiłam. Z miesiąca na miesiąc zaczęłam na nowo ufać swojemu ciału i próbować różnych solowych form aktywności.

Mimo wszystko, kiedy dziś wychodzę pobiegać, ten felerny Wuef nadal czasem siada mi na ramieniu i „troskliwie” doradza, żebym dała sobie spokój z jakimkolwiek nadprogramowym wysiłkiem.

Dopytuje, czy nie wystarczająco dobrze pamiętam, jak było mi wstyd, kiedy na parę sekund omdlałam w gimnazjum podczas biegania dookoła górki, a wuefistka głośno przy wszystkich skomentowała, że może rzeczywiście trzeba mi było pozwolić biegać mniej okrążeń, skoro mam bolesny okres?

Zdaję sobie sprawę z tego, że nie tylko mnie źle prowadzony zajęcia z wychowania fizycznego zrobiły mentalne kuku. Negatywne emocje związane z WF miewają zarówno osoby z niższą niż przeciętna koordynacją ruchową jak i te, które od dziecka trenowały przeróżne sporty. Ciekawa doświadczeń innych, zapytałam kilku dziewczyn, jak one wspominają przedmiot, który mi spędzał (no dobra, nadal spędza) sen z powiek.

Magdalena:

WF odkąd pamiętam kojarzy mi się ze stresem. Nie chodzi wcale o to, że byłam leniwa i po prostu mi się nie chciało, ale o to, że ja i reszta niejeżdżących na zawody sportowe dziewczyn i chłopaków byliśmy „motywowani” niemotywującymi tekstami lub po prostu nauczyciele mieli z nas niezły ubaw, kiedy nie mogliśmy czegoś zrobić. Dobrze, ale od początku. Pamiętam, jak w podstawówce zawsze miałam serce na ramieniu na początku roku szkolnego kiedy zastanawiałam się, z kim będę miała WF. No i miałam z pewnym jegomościem z januszowym wąsami oraz nadwagą, który sprawdzał biel naszych koszulek i naśmiewał się na początku lekcji, jak ktoś mylił strony lewą z prawą i rysował na ręce, gdzie jest lewa a gdzie prawa i zabraniał zmywać tego oznaczenia. Ogólnie to było granie w piłkę i nie muszę chyba dodawać, że zostawałam wybierana do drużyn zawsze na końcu. Później w gimnazjum było jeszcze gorzej, bo moja klasa jako jedyna, nie wiedzieć czemu, miała WF z chłopcami. I tu serio była masakra, bo my jako poczwarki, czyli dorastający młodzi ludzie mieliśmy ze sobą problem. Pewnego razu, było to w pierwszej klasie gimnazjum, nasz nauczyciel postanowił iść z nami do lasu zagrać w podchody. Miał niezły ubaw, bo wymyślił sobie, że będziemy grać w te podchody w parach i zasada będzie taka, że kto się puści za ręce ten będzie musiał za karę biegać. Oczywiście musieliśmy biegać w parach chłopak-dziewczyna.

Pamiętam też, że właśnie w gimnazjum miałam alergiczne zapalenie skóry i w związku z tym nie mogłam przez jakiś czas się pocić, a co za tym idzie – ćwiczyć na WF. Brakowało mi wtedy jednej oceny do świadectwa z czerwonym paskiem. Mój nauczyciel od WF o tym wiedział, więc zrobił specjalnie lekcję, gdzie wyczytywany był regulamin zajęć z wychowania fizycznego, w którym niby było napisane, że jeśli ktoś ma zwolnienie, to nie może otrzymać oceny dobrej. Nie było to anonimowe, wiadomo było, że chodzi o mnie.

Ćwiczyć zaczęłam dopiero po kilku dobrych latach od zakończenia mojej edukacji w szkole. Tak sama dla siebie, ale jednak na początku mojego chodzenia na siłownię gdzieś we mnie zostawał wstyd, którego nabawiłam się właśnie podczas wielu lat uczęszczania na „zdrowy przedmiot”, jakim było wychowanie fizyczne w polskiej szkole.

Odkrycie, że można czerpać przyjemność z ćwiczeń było dla mnie czymś naprawdę dziwnym.

Aga

Zdecydowanie lepiej wspominam zajęcia z WF-u prowadzone w liceum niż na wcześniejszych etapach edukacji. Cieszyło mnie, że mam zajęcia z kobietą, która rozumiała, że samopoczucie nie zawsze pozwala na wykonywanie wszystkich ćwiczeń, ale mimo wszystko motywowała nas do różnych aktywności nawet w gorsze dni. Większość zajęć to były gry zespołowe, które niestety nie należą do moich ulubionych (przynajmniej nie wszystkie), ale mieliśmy też zajęcia z fitnessu, zumbę i gimnastykę.

Gdyby to jak wygląda WF, zależało ode mnie, dałabym więcej głosu uczniom, jeśli chodzi o wybór aktywności. Nie każdy lubi grać w koszykówkę na wszystkich zajęciach, co nie znaczy, że nie lubi sportu.

Obecnie nie uprawiam regularnie jednego rodzaju sportu, raczej skaczę od zajęć do zajęć i ciągle poszukuję czegoś, co mnie zatrzyma na dłużej. Bardzo lubię tańczyć i zazwyczaj chodzę na zajęcia taneczne, ale jestem otwarta na różne formy aktywności.

Gabi

Zajęcia z WF-u wspominam dobrze, ale to chyba dlatego, że zawsze byłam jedną z najlepszych. W tym nie ma przechwalania się, ale wskazanie na to, co dla wielu dzieci determinuje i determinowało wspomnienia z tego przedmiotu.

WF w szkole to była przede wszystkim rywalizacja, więc jeśli nie byłaś dobra z WF-u, to nie miałeś łatwo wśród rówieśników. WF-em mogłeś sobie zdobyć uznanie, albo też wręcz przeciwnie – być pośmiewiskiem.

Z perspektywy czasu widzę, że ta rywalizacja i stres nie tylko były zupełnie niepotrzebne, ale także mogły być dla niektórych krzywdzące. Czy nie wystarczyła rywalizacja związana z innymi przedmiotami w szkole?

Po ukończeniu szkoły średniej kilka lat ćwiczyłam na siłowni i biegałam, ale siłownia okazała się być dodatkowym źródłem stresu, a biegania zabronił mi mój ortopeda.  Obecnie jedynym „sportem”, który praktykuję jest joga Iyengara (choć joga jest bardziej elementem stylu życia niż sportem). Właśnie joga Iyengara, a nie po prostu joga. To dzięki niej uniknęłam operacji, nauczyłam się słuchać swojego ciała, a przede wszystkim doświadczyłam, że przebudowywanie i budowanie swojego ciała powinno być traktowane wyłącznie indywidualnie. Praktyka jogi jest praktyką indywidualną. Gdy przychodzimy do studia, w sesji jogi uczestniczą osoby na różnych poziomach zaawansowania. Pomimo to, kolejne asany (pozycje w jodze) są wykonywane przez wszystkie osoby, z odpowiednimi modyfikacjami w zależności od poziomu. Jesteśmy razem w jednym pomieszczeniu, na jednej sesji, jednak na osobnych matach. Joga jest swego rodzaju medytacją w ruchu, toteż wzrok powinien być spokojny, skupiony, skierowany w jeden punkt. Nie ma tu miejsca na zerkanie na innych i ocenianie lub poczucie mniejszości. To jest nasza własna podróż i spotkanie z samym sobą.

Szkoda, że na WF-ie nie było miejsca na tego typu podejście do ciała i dbanie o nie. Jeśli mogłabym zmienić jedną rzecz w szkolnym WF-ie, to na pewno wprowadziłabym zajęcia z jogi (bo przecież trwające minutę ćwiczenia z rozciągania są po prostu śmieszne!). Nie tylko zaowocowałoby to dobrą kondycją fizyczną dzieci, ale też zmieniłoby ich postrzeganie sportu.

Sylwana

Od podstawówki dobrze grałam w siatkówkę, mimo bardzo niskiego wzrostu. Miałam silną rękę i dobry wyskok. W liceum, na samym początku pierwszej klasy pojawiła się możliwość wzięcia udziału w eliminacjach do reprezentacji szkoły. Poszłam do mojej wuefistki z zamiarem zapisania się. Ona mnie wyśmiała i powiedziała, że z moim wzrostem mogę reprezentacji co najwyżej piłki podawać.

W zajęciach z WF-u zmieniłabym wszystko: od podejścia nauczycielek/li przez szatnie (na takie, w których można po zajęciach wziąć prysznic), po program, który rozwija umiejętności i talenty uczennic, a nie je tłamsi i poniża. Zawsze rozgraniczałam WF od sportu. WF był czymś nie do uniknięcia – jak matematyka, na której nauczyciel mówi „wyglądacie jak gówna w lesie” z powodu braku jednakowych strojów sportowych. Poza szkołą trenowałam gimnastykę artystyczną (w wieku przedszkolnym), pływanie (od wieku przedszkolnego do końca nauczania początkowego), jazdę konną (całą podstawówkę) i taniec (liceum).

W ogóle nie kojarzyłam WF-u ze sportem, a z czymś przykrym, upokarzającym, poniżającym.

_______________________________

Autorka tekstu: Magda Falińska (25) – uzależniona od hummusu studentka kulturoznawstwa. Interesuje się filmem, popkulturą, zwiedzeniem najdziwniejszych zakamarków internetu i wszystkim, co dotyczy szeroko pojętego tematu gender. Edukatorka seksualna Grupy Ponton.

Autorka ilustracji: Maja Ratuszniak – Dumnie nazywa się studentką grafiki. Wiecznie spóźniona i zestresowana, nie zawsze skutecznie próbuje słuchać siebie. Niczego nie kocha tak jak kotów i snu. Cały czas, którego nie przeznacza na sen, wypełnia rysunkami, żeby w końcu wydać książeczkę ilustrowaną. Zmagania można podglądać na Instagramie @maja_ratuszniak

Facebook