W tym roku ruch oznaczał dla mnie przede wszystkim podróże. Spędziłam go głównie na Bałkanach – w tych znanych miejscach jak wybrzeże Chorwacji i tych nadal nieodkrytych jak góry w Kosowie. Jeździłam autobusami, pociągami i autostopem. Być może nie ma nic łatwiejszego niż spakować plecak, zerknąć na mapę i stanąć na poboczu drogi z kciukiem wyciągniętym w górę. Jednak właśnie podróżując autostopem, uświadomiłam sobie, że nasza zachodnioeuropejska, romantyczna koncepcja wędrówki przez świat z plecakiem jest ogromnym przywilejem.

W drodze do Mostaru spotkałam parę francuskich autostopowiczów. Nieproszeni, zaczęli udzielać mi porad, jak nielegalnie wejść na teren parku narodowego po zmroku i bez płacenia, a następnie urządzić tam obozowisko i spędzić noc w hamaku. Dla nich brzmiało to jak niesamowita przygoda, a we mnie każde ich słowo budziło niesmak. Im więcej mówili, tym bardziej zdawałam sobie sprawę z tego, jak głupio się zachowali i zaczęłam zastanawiać się, czy sama robię równie niemądre rzeczy, zupełnie nie będąc tego świadomą? Wejście do parku narodowego w Bośni kosztowało nie więcej niż paczka papierosów we Francji (które napotkana para namiętnie paliła podczas rozmowy). Dlaczego więc miałabym nie zapłacić?

Wtedy pomyślałam też o A. Kilka dni wcześniej próbowałyśmy wspólnie dostać się do Sarajewa. Miałyśmy szczęście – po kilku minutach stania przy autostradzie w Lubljanie zatrzymał się samochód, który zmierzał prosto do Bośni i Hercegowiny. Po prawie trzystu kilometrach jazdy uśmiechnięty kierowca wysadził nas przed granicą i zapewnił, że poczeka po drugiej stronie. Z bijącym sercem podeszłyśmy do budki z flagą Chorwacji. Wszystko było w porządku – na mój czerwony paszport strażnicy nawet nie spojrzeli. Granatowy paszport A. wzbudził trochę wątpliwości, ale ogromna naklejka „wiza Schengen” na pierwszej stronie pozwoliła nam pójść dalej.

Bośniacki strażnik graniczny, podobnie jak Chorwaci, nie zaszczycił moich dokumentów ani chwilą uwagi. Natomiast kiedy A. wręczyła mu swoje, ciężko westchnął i pokręcił głową z dezaprobatą. Wtedy już wiedziałyśmy, że to koniec naszej wspólnej przygody.

Po kilkunastu minutach spędzonych na granicy, podczas których policjanci z obu stron usiłowali znaleźć sposób, żeby umożliwić A. podróż do Sarajewa („Przecież ma wizę do strefy Schengen!”), po niezliczonych telefonach do przełożonego („Czy na pewno nie może wjechać? To tylko tranzyt, turystka na maksymalnie trzy dni!”) i tłumaczeniach niezwykle zmartwionych sytuacją pograniczników, cofnięto nas do UE. Chociaż zapewniali, że nikt nie zostanie poinformowany o nielegalnej próbie przekroczenia granicy, a w dokumentach zanotują jedynie, że A. przyjechała zasięgnąć informacji, dobitnie dano nam do zrozumienia – A. jako obywatelka Kosowa nie ma prawa wjechać do Bośni i Hercegowiny. Ani teraz, ani w ogóle, ponieważ Bośnia i Hercegowina nie uznaje niepodległości jej kraju*.

Nie pomoże wiza Schengen, wnioski w ambasadach, podania, łapówki – po prostu nigdy nie może zobaczyć zgiełku Sarajewa i stromych zboczy gór wokół Mostaru.

Takiej bezsilności nie czułam nigdy w życiu. A. też czuła się bezradna. Po miesiącach wyczekiwania na swoją kolej w ambasadzie, żmudnym zbieraniu dokumentów (w tym oświadczeń o nieposiadaniu krewnych za granicą) i pieniędzy na koncie bankowym (każdy kraj ma wymagane sumy, które trzeba posiadać, żeby otrzymać wizę), musiała zakończyć swoją przygodę, jeszcze zanim ją zaczęła. Taka jest rzeczywistość młodych ludzi z Kosowa. Czasem latami walczą o wizę i nawet jeśli skompletują wszystkie papiery, ich podanie nadal może być odrzucone bez konkretnego powodu – po prostu dlatego, że urzędnikom nie spodobał się ich ton głosu albo sposób bycia. Zdarza się, że wnioskując o wizę na miesiąc, zostaje przyznana tylko taka trzydniowa. Paradoksalnie, im trudniej jest dostać pozwolenie na wyjazd, tym więcej ludzi wyjeżdża. Kiedy raz dostają szansę, wiedzą, że może już się nie powtórzyć – dlatego wielu nigdy nie wraca z zagranicznych wypadów.

Dzisiaj, kiedy myślę o podróżach, dostrzegam przede wszystkim, jak wielkim są przywilejem.

Czerwony unijny paszport, który daje mi możliwość przekraczania większości granic bez żadnych problemów, dla wielu osób jest marzeniem nie do spełnienia. A przecież dzielą nas tylko arbitralne linie na mapie. Czy świat oglądany z chorwackiej budki strażnika różni się od tego widzianego z bośniackiej? Trawa jest tak samo zielona, a słońce tak samo gorące – szkoda, że niektórzy nigdy nie dostaną szansy, aby przekonać się o tym na własnej skórze.

***

*Według oficjalnych informacji na stronie Ambasady Bośni i Hercegowiny w Skopje istnieje możliwość otrzymania wizy wjazdowej dla obywateli Kosowa, jeśli wniosek jest poparty stosownym dokumentem zapraszającym (najlepiej od instytucji państwowych BiH, placówek dyplomatycznych lub organizacji pozarządowych działających na jej terenie). W praktyce jednak, bośniacka straż graniczna poinformowała nas, że otrzymanie takiej wizy jest niemożliwe. Nie udało mi się też dotrzeć do żadnego Kosowara, któremu udało się dostać wizę do BiH.

__________________________________

Autorka tekstu: Joanna Urbańska (23) – pasjonatka języków obcych, hebraistka, początkująca antropolożka kultury. Fascynuje ją przeciętność, promienie słońca i muzyka tradycyjna (ostatnio grecka). Kiedy dorośnie chciałaby hodować kozę i uprawiać ogródek warzywny.

Autorka ilustracji: Aleksandra Degórska – jest dziennikarką muzyczną, która nie tylko pisze o muzyce, ale też inspiruje się nią przy tworzeniu własnoręcznych kolaży. Wystarczy stary magazyn, papier, klej i nożyczki, by stała się magia. Jej prace zostały docenione m.in. przez zespoły Depeche Mode czy A-ha, które udostępniły kolaże na swoich oficjalnych fanpage’ach na Facebooku. Część z nich można było podziwiać m.in na Targach Plakatu 2017, wystawach w Warszawie i Moskwie czy na łamach magazynów Glow Magazine, Mother Mag czy Lounge.
Instagram – @alexdegorska_collageart
Facebook – @AlexDegorskaCollageArt
Behance – @alexdegors250b

 

Facebook