Wbrew powszechnemu trendowi dorosłość osiągnęłam, a raczej zaczęłam się do niej zbliżać, z ośmioletnim opóźnieniem, kiedy skończyłam 26 lat. Większość pełnoletniego życia upłynęła mi na zdobywaniu dobrych ocen, stypendiów i pochwał ludzi, których nie mogłam nawet winić za to, że tak naprawdę mnie nie znali – bo sama wiedziałam o sobie niewiele więcej niż oni. Zimny prysznic po ukończeniu studiów, szybkim jak na panujące w moim otoczeniu trendy ślubie i jeszcze szybszym rozstaniu nie zaowocował wcale nagłym, głębokim postanowieniem, że muszę diametralnie zmienić swoje życie. Byłam jednak mocno przerażona i coraz słabiej szło mi ignorowanie sygnałów alarmowych wysyłanych przez moje ciało, takich jak uczucie duszności i ucisku w klatce piersiowej, spięcia mięśni czy bóle żołądka, których przyczyny nie mogli znaleźć lekarze żadnej specjalizacji, i które najczęściej dało się połączyć ze szczególnie stresującymi momentami w moim życiu.

Na szczęście prawdziwe przemiany zaczynają wkradać się do naszego życia, jeżeli tylko minimalnie otworzymy głowę i zaczniemy, nawet nieświadomie, wysyłać nieśmiałe sygnały, że się budzimy. Pewnie gdybym nie natknęła się w tamtym momencie na termin „mindfulness”, to i tak w życiu intuicyjnie zaczęłabym stosować się do podobnych zasad. Dlatego chcę od razu podkreślić, że tekst ten nie wpisuje się ściśle w nurt praktyki „uważności”, a jedynie czerpie z niego to, co pomogło mnie, i mam nadzieję, okaże się przydatne również dla części z Was.

Angielski termin może wprowadzać w błąd, jako że bycie „mindful” oznacza stan koncentracji umysłu. Dlatego ja preferuję określenie „presence”, czyli po prostu obecność  – tu i teraz. Po prostu? Wydaje się banalne, ale kiedy zaczęłam zwracać uwagę na to, gdzie tak naprawdę jestem podczas pozornie medytacyjnych czynności takich jak spacer, wysiłek fizyczny czy nawet moment chwilę po przebudzeniu (zakładając, że nie jestem akurat spóźniona), zdałam sobie sprawę, jak bardzo moje myśli wymykają się wszelkim próbom ich okiełznania. Myłam zęby, ale w głowie już byłam w pracy albo na zajęciach, prowadząc wyimaginowane potyczki słowne z wykładowcą, koleżanką czy przełożonym, albo podczas biegania zatykałam uszy słuchawkami i, nie zwracając kompletnie uwagi na  otoczenie, rozpamiętywałam momenty kojarzące mi się z daną piosenką. Nie warto się jednak załamywać – pierwszym i podstawowym krokiem uważniejszego życia jest właśnie akceptacja zastanej sytuacji. Okej, nie jesteśmy kolejnym wcieleniem Buddy i rzadko kiedy w pełni doświadczamy danej chwili. Nie karćmy się za to! Zauważenie tego to co najmniej połowa sukcesu.

Kolejnym krokiem było dla mnie uświadomienie sobie, że wbrew temu, co zostało mi – często w dobrej wierze – wpojone, moje myśli to wytwór mojego umysłu, pożywka dla ego, a ja nie muszę się z nim utożsamiać. Brzmi skomplikowanie, ale zdecydowanie łatwiej to poczuć niż objąć rozumem. Za każdym razem, gdy mój umysł standardowo podsuwał mi kolejne problemy, potencjalne konflikty i powody do strachu – pod prysznicem, kiedy odwiedzałam rodziców czy podczas jazdy komunikacją miejską – starałam się oddzielić siebie od takich myśli. Ego żywi się lękiem, konfliktem, zawiścią, a nawet emocjami pozornie pozytywnymi, takimi jak silne podekscytowanie czy oczekiwanie. W takich momentach starałam się wrócić do obecnej chwili, stosując metody pozwalające mi poczuć się głębiej zakotwiczoną we własnym ciele – głębokie, spokojne wdechy i długie wydechy, zmiana perspektywy (np. spojrzenie za okno, jeżeli akurat patrzymy w ekran lub książkę), skupienie się na tym, jak stopy opierają się o podłoże. Pozwala to spojrzeć na własne myśli z dystansu i dostrzec  to, co stanowi prawdziwą esencję danej chwili.

Jeżeli myśli będą wracać niczym natrętne muchy (a będą!), to nie złośćmy się na siebie, zaakceptujmy to. Moment, w którym udało mi się dostrzec, że nadchodzą, przyjąć ten fakt i zamiast zagłębiać się w nie, obserwować, jak przepływają niczym obłoki na niebie, był (przynajmniej dla mnie) czysto medytacyjnym doświadczeniem, które mogę zastosować niemal w każdej sytuacji. Prawdziwa obecność polega na spokojnej obserwacji, a nie ocenianiu wszystkiego, co się ze mną dzieje, medytacja zaś to bycie obecną mimo powracających myśli. Dlatego nie warto się zrażać – niemyślenie podczas medytacji jest mitem, który wielu ludzi, szczególnie początkujących, zniechęca do regularnej praktyki, ponieważ w praktyce możemy jedynie zbliżać się do stanu nie-myślenia i spokojnie do niego powracać, kiedy damy kolejny raz ponieść się myślom.

Czy regularna medytacja w zaciszu własnego pokoju ma w takim razie w ogóle sens, skoro mindfulness można, a wręcz należy stosować jak najczęściej, aż stanie się stałym elementem naszej codzienności? Oczywiście czasami medytacja przychodzi naturalnie, kiedy uda nam się całkowicie zatracić w jakiejś prozaicznej czynności, np. podczas biegu, rysowania czy obserwowania fal rozbijających się o brzeg. Niecodziennie jednak dane mi jest siedzieć na plaży, a osobiście zauważam duże zalety mniej lub bardziej systematycznej medytacji w uporządkowanych warunkach, np. siedząc lub klęcząc, wpatrując się w płomień świecy – lub oczywiście w innej pasującej Wam pozycji. Tak też jest dobrze, pod warunkiem, że Wam to pasuje. Taka praktyka działa niczym trening, który wzmacnia wewnętrzne „mięśnie” mojej świadomości i pomaga mi w bardziej stresujących, nieprzyjemnych sytuacjach. Natomiast tak samo jak w przypadku aktywności fizycznej, staram się robić to w miarę regularnie, ale nie zadręczać się, jeżeli danego dnia absolutnie nie mam na to siły lub ochoty. Takie przesadnie rygorystyczne podejście stoi moim zdaniem w sprzeczności z filozofią uważności, która opiera się przecież na wsłuchiwaniu się w sygnały wysyłane przez nasze ciało.

Podejście, o którym piszę, wpisuje się w szerzej pojętą potrzebę wolności, leżącej u podstaw dobrego życia. Z tej perspektywy było mi łatwiej zrozumieć, na czym polega rozdział myśli, np. lęków, w które sama się wpędzam, tworzenia w głowie negatywnych scenariuszy czy oceniania innych, ode mnie samej. Chodzi o to, żebym (tak jak ze wszystkimi rzeczami, od których można się uzależnić), to ja miała ego, a nie ego mnie. Umysł jest bezcennym darem, którym możemy posługiwać się do kreatywnego działania, ale często zapominamy go wyłączyć i wpadamy w nawyk nałogowego myślenia. Nie znaczy to, że mamy nie wybiegać myślami w przyszłość, nie planować, żyć z dnia na dzień. Nauczmy się jednak odróżniać czas zegarowy, niezbędny do normalnego funkcjonowania w społeczeństwie i ogarniania naszego życia, od czasu psychicznego, odciągającego nas od bycia tu i teraz. Chodzimy po świecie z niestrudzonym krytykiem na ramieniu, który niezmordowanie sączy nam do ucha oceny, oceny i jeszcze raz oceny. To samo dotyczy nieustannego szumu informacyjnego, na który jesteśmy coraz bardziej narażeni. Telefon i mail stanowią jedną z głównych przeszkód na drodze do spokojnej obecności w czasie rzeczywistym. Niech smartfon będzie naszym narzędziem, wspaniałym „ułatwiaczem”, ale nie przymusem. Tak jak każdy nawyk, te jednak również da się zmienić.

Przy odrobinie wiary i wysiłku, obecna chwila może okazać się bardziej atrakcyjna niż wieczne czekanie na coś – na weekend, na wielką podróż czy wielką miłość. Uwaga! Uważność może prowadzić do ponownego „romansu ze światem” – spokojnego zachwytu nad otoczeniem i sobą, którego doświadczają zwykle dzieci od 9 miesiąca do 1,5 roku życia, rozsmakowania się w codzienności i lekkiego zdziwienia rzeczami, których w innym stanie nawet byśmy nie dostrzegli.

 

autorka tekstu: Lena Hasiuk (27) – aspirująca tłumaczka przysięgła języka hiszpańskiego, a w lepsze dni być może również angielskiego i włoskiego. Spełnia swoje marzenie z dzieciństwa o byciu pisarką, hobbystycznie tłumacząc literaturę. Od niedawna zainteresowana tematyką mindfulness, psychologii i duchowości niezwiązanej z żadną konkretną religią.

autorka ilustracji: Aleksandra Matwiejczyk (18) większą część życia przesypia, a jak nie śpi, to namiętnie rysuje owłosione postaci. Niefortunnie dla otaczających ją ludzi uważa, że opowiada dobre żarty. Szokuje niejedzeniem warzyw. Oto jej blog i instagram.

 

 

Facebook