Na początku filmu poznajemy dwie główne bohaterki, do których nie sposób nie zapałać sympatią. Garbata, ekscentryczna Lyn i jej nastoletnia, niewinna córka Iona dopiero co przeprowadziły się do nowego miasta. Ubrane są w pastelowe, wzorzyste ciuchy, na których szczególnie często pojawiają się cudaczne kocie motywy. Zwracają się do siebie per „głupolu”, godzinami układają razem puzzle, śpią w jednym łóżku i dzielą się kolorowymi, domowymi wypiekami. Ich świat wydaje się być dziwaczny, ale jednocześnie ciepły i uroczy.

Nastolatka aklimatyzuje się w nowej szkole i poznaje grupę lokalnych mean girls, które sprawiają, że zaczyna dostrzegać nietypowość swojej mamy i marzyć o bardziej „normalnym” życiu. By zaskarbić sobie sympatię rówieśników nieśmiało eksperymentuje z makijażem, alkoholem i chłopakami. Po krótkim czasie przekonuje się, że popularne dziewczyny nie są w rzeczywistości tak słodkie i fajne, jakimi chciała je widzieć, a relacja z nimi okazuje się być nie tylko fałszywa, ale i opłakana w skutkach. Sytuacja Lyn nie wygląda niestety lepiej.

Pogarszająca się kondycja psychiczna kobiety, jej nieprzystający do standardów wygląd oraz postawa „przepraszam, że żyję” skutkują przyczepieniem do niej łatki dziwadła, do którego lepiej się nie zbliżać.

Wraz z biegiem akcji w początkowo sielankową fabułę wkrada się niepokój i agresja, by ostatecznie na dobre rozgościć się w filmie. Przemoc psychiczna, wirtualna, seksualna i fizyczna stają się codziennością głównych bohaterek. Historia prześladowanej przez nastoletnie koleżanki Iony i historia Lyn, którą wielokrotnie upokarzają dojrzałe kobiety, są w pewnym sensie paralelne i dobitnie pokazują, że znęcanie się nad innymi nie jest domeną młodzieży, a wredne dziewczyny na swojej drodze spotkać można również w dorosłym życiu.

Nasilające się drwiny ze strony otoczenia sprawiają, że życie matki i córki coraz bardziej zaczyna przypominać świat widziany w krzywym zwierciadle. Reżyserka Deborah Haywood wplata w realistyczną fabułę baśniowe motywy będące ucieleśnieniem surrealistycznych wizji Iony i Lyn, uciekających przed traumatyczną rzeczywistością w świat fantazji.

Film w metaforyczny, a jednocześnie dosadny sposób pokazuje, jak bardzo wypaczona i chwiejna staje się codzienność osób doświadczających dręczenia.

Igielnik opowiada o dorastaniu, przejmującym osamotnieniu, skomplikowanych relacjach córki z mamą i usilnej potrzebie zdobycia choć odrobiny akceptacji najbliższego środowiska. Ze względu na swoją niezwykłą (miejscami cukierkowo-pastelową, czasami iście gotycką) estetykę oraz co i raz pojawiające się oniryczne, fantazyjne motywy, film ten bez wahania  można nazwać oryginalną, współczesną baśnią. Tym co uwiera i nie daje spokoju na długo po zakończonym seansie Igielnika, jest uczucie, że jego fabuła, pomimo całej swojej bajkowości, jest do bólu realna i niepokojąco znajoma. W jej wątkach, niestety, wiele z nas znajdzie coś autobiograficznego, o czym może dawno chciałyśmy zapomnieć, ale bajki, jak to bajki – wiadomo – działają na podświadomość, a przez to potrafią wywołać na światło dzienne nawet najbardziej niewygodne i najskrzętniej skrywane wspomnienia.

_______________________________

autorka tekstu: Magda Falińska (25) – uzależniona od hummusu studentka kulturoznawstwa. Interesuje się filmem, popkulturą, zwiedzeniem najdziwniejszych zakamarków internetu i wszystkim, co dotyczy szeroko pojętego tematu gender. Edukatorka seksualna Grupy Ponton.

Zdjęcia: materiały prasowe dystrybutora (Spectator).

Facebook