Timeless Treasures to kolekcja inspirowana moją mamą – Alicją Szubiak. To ona nauczyła mnie szacunku do ubrań. Zachowała wiele pięknych ciuchów ze swojej młodości, a teraz chodzę w nich ja. Mają dla mnie ogromną wartość i wierzę, że każde z nich kryje jakąś historię. Nad kolekcją pracowałam w podobny sposób jak moja mama, gdy w latach 80-tych szyła sobie ubrania. Odrysowałam jej ciuchy, aby zrobić wykroje, wyolbrzymiłam niektóre błędy krawieckie zrobione przez mamę i zmieniłam je w piękne detale. Użyłam naturalnych tkanin, z których szyto w czasach PRL-u, a kolory zaczerpnęłam ze starych rodzinnych zdjęć. Chciałabym, aby ta kolekcja przetrwała tak długo jak ubrania mojej mamy.

Alicja Szubiak

     

Jak to było być młodym człowiekiem w czasach PRL-u i jak spędzaliście czas wolny? Opisz proszę taki typowy dziewczyński dzień.

Spotykaliśmy się na podwórku, dzieci w młodszym wieku bawiły się w typowe zabawy podwórkowe. Bawiliśmy się w parku, na trzepaku, w chowanego lub w strzałki (podchody) w mieście. Czasami trzeba było przebiec pół miasta, żeby kogoś znaleźć.

To są zabawy mniejszych dzieci. A co robiliście w wieku 18-20 lat?

Zazwyczaj umawialiśmy się pod kinem i spacerowaliśmy wzdłuż głównej ulicy. W trakcie spaceru zawsze spotykaliśmy różnych znajomych. W wolne dni chodziliśmy na szlaki turystyczne dookoła miasta na Roztoczu.

Opowiedz mi o typowo dziewczyńskich spotkaniach. Czy umawiałyście się na oglądanie seriali i malowanie paznokci?

Seriali się raczej wtedy nie oglądało, bo nie było nic młodzieżowego. Była wtedy tylko Niewolnica Isaura, ale to tylko babcia oglądała. Młodzież oglądała filmy na spotkaniach Dyskusyjnego Klubu Filmowego. Pracował tam taki pan, który sprowadzał różne niezależne filmy, których nie puszczano w normalnym kinie. Były to np. filmy Wajdy, Glińskiego, takie, w których grała Krystyna Janda, innymi słowy, politycznie zaangażowane.

Spotykaliśmy się również prywatnie oraz u jednej pani profesor, która należała do antyrządowej opozycji. Wraz z mężem przynależeli do Solidarności i zapraszali do siebie różnych ludzi, którzy walczyli z komuną.

Jeśli chodzi o typowo dziewczyńskie spotkania to spotykałyśmy się w domach, szyłyśmy razem, wymieniałyśmy się ubraniami, przygotowywałyśmy się na dyskoteki, robiłyśmy sobie nawzajem makijaże. Polskie kosmetyki były wtedy koszmarne, czasami ktoś miał zagraniczne. Krem Nivea to była wtedy oczywiście podstawa, każda z nas go używała.

Włosy kręciłyśmy na piwo, na białko z jajka lub papierowe papiloty. Najbardziej dostępnym barwnikiem do włosów była henna w proszku, więc większość dziewczyn miała rudo-kasztanowo-złociste odcienie. Alternatywą były blondy rozjaśniane wodą utlenioną, która bardzo niszczyła włosy. No i oczywiście trwała ondulacja! Zdarzało się, że kobietom wypadały po tym włosy…

Timeless Treasures fot. Jan Szubiak

Ile miałaś lat, gdy się nauczyłaś szyć?

Zaczęłam szyć w liceum, czyli miałam jakieś 16 lat. Wszystkiego nauczyłam się sama. Odrysowywałam ubrania, które mi się podobały, żeby zrobić wykroje. Wychodziło to z różnym skutkiem, zawsze coś było krzywo, a wykrój nigdy nie wyszedł taki sam jak ciuch. Szyłam też z prostych form, używałam dużo marszczeń i falban. Później wszystko wrzucałam do wielkiego garnka, gotowałam, farbowałam i gotowe!

Skąd brałaś materiały?

To zależy. Czasami przerabiałam ubrania, które przekazywane były w darach z Kościoła, albo ktoś je przywoził z podróży. Po materiały jeździliśmy do sklepów na wsiach, tak zwanych GS-ów. Te sklepy były czasami lepiej zaopatrzone od sklepów w mieście. Zbierało się materiały z różnych sklepów, nie były to jakieś cuda, zwykła surówka, batyst albo bawełna. Z tego się szyło, a potem farbowało. Barwniki do tkanin kupowało się w Warszawie na Bazarze Różyckiego.

Skąd czerpaliście inspiracje?

Głównie z zachodnich gazet, które można było czytać w Salonach Prasowych Empik. Była to taka jakby klubokawiarnia, gazety czytało się na miejscu, można było wypić kawę, zjeść coś słodkiego… Czasami też znajomi przywozili ubrania z zagranicy. Wykroje brałam też z niemieckiej gazety „Freundin”, którą prenumerowała moja teściowa.

Timeless Treasures fot. Jan Szubiak

Jak w takim razie wyglądały wtedy typowe polskie ubrania? Czy były aż tak okropne, że trzeba było szyć sobie samemu ciuchy, żeby dobrze wyglądać?

Te ubrania nie były okropne. Był Hoffland, który niestety nie nadążał z produkcją, bo był tak duży popyt. Żeby dostać coś w Hofflandzie, trzeba było odstać swoje w kolejce.

W mniejszych miastach było gorzej. Ludzie nie mieli dostępu do takich modnych ciuchów. Co prawda można było kupić polskie jeansy Elpo, które oczywiście nie miały takiego koloru jak Wranglery, tylko były błękitne i bardzo sztywne. Miały jakieś okropne zamki i kieszenie, więc już na pierwszy rzut oka wiadomo było, że to nie Wranglery i trzeba je było przerabiać.

Oczywiście jeśli ktoś miał dolary, to mógł kupować w Pewexie.

Gdzie kupowaliście buty? Wyobrażam sobie, że nie było to łatwe…

Czasami udawało się dostać modne buty na rynku wtórnym, bo akurat ktoś gdzieś był i przywiózł. Drugą opcją było stanie w kolejce. Dowiadywaliśmy się, że danego dnia przywiozą do sklepu buty cielaki i staliśmy. Miałam takie zimowe buty na słoninie, kupiłam je w Warszawie. Zawsze przemakały i było mi w nich bardzo zimno!

Pierwsze prawdziwe Adidasy tata przywiózł mi z Libii. To był hit! Niestety byłam wtedy za mała, żeby w nich chodzić, bo były na koturnie, a jak dorosłam, to gdzieś przepadły.

Jakie ubrania były najbardziej pożądane?

Jeansy, kurtki jeansowe i T-shirty. Mnie bardzo inspirowała moda hippie, czyli wszelkiego rodzaju bawełniane koszule, sukienki, skórzane torby.

Robiłyśmy też sobie z dziewczynami biżuterię z modeliny, z koralików albo nawet z patyków i muszelek. No i makramy. Mój były chłopak plótł makramy.

Timeless Treasures fot. Jan Szubiak

 

Skoro wszyscy sami sobie szyliście ubrania, robiliście dodatki, to wydaje mi się, że każdy wyglądał inaczej? Czy nie?

Nie, mimo to kopiowaliśmy swoje pomysły. Ktoś sobie coś uszył pierwszy i zaraz inne dziewczyny miały to samo.

Czyli niezależnie od czasów w jakich żyjemy, naśladujemy innych. Opowiedz mi coś jeszcze!

Bardzo popularna była wtedy wełna. Jeździliśmy po taką bardzo ostrą szarą lub czarną wełnę do Zakopanego. Robiłam z niej swetry na drutach. Potwornie drapały, ale nie było nic innego, a w nich było ciepło. Jak robiłam spódnice, to do wełny dodawałam sznurek, albo zwykłą cienką nitkę do szycia. Dzięki temu dzianina się tak nie rozciągała i zachowywała ładny kształt.

No i jeszcze wracając do tematu spotkań ze znajomymi, to spotykaliśmy się na słuchanie Listy Przebojów Trójki. Jak grała lista to była impreza i tańce. Mieliśmy wtedy okazję posłuchać dobrej muzyki, która pochodziła z Radia Luxembourg, albo z innych źródeł, z których Marek Niedźwiecki miał muzykę. Miło wspominam te spotkania przy Liście.

Autorka projektu: Iga Szubiak (24) – nie może się doczekać, aż skończy studia i będzie niezależna. Często zmienia uczelnie i miejsce zamieszkania, obecnie prawie robi licencjat z projektowania ubioru w Berlinie. Czasami pokazuje swoje projekty na Instagramie. Psia mama.

Zdjęcia: Jan Szubiak

Modelki: Natalia i Magda

Projekt i stylizacja: Iga Szubiak

Wywiad z: Alicją Szubiak

Facebook