Był taki czas w moim życiu, w którym bardzo dobrze wiedziałam, czego chcę i po prostu po to sięgałam. Z mojej obecnej perspektywy wydaje się to niezwykłe. Czy to ruch ku dorosłości pozbawił mnie pewności siebie i nakazał obawiać się skutków dokonywanych wyborów?

Lata 2010 i 2011 zdecydowanie należały do tamtej ery. Kiedy we wrześniu 2011 wyprowadziłam się do Bułgarii nie planowałam i nie marzyłam o zwiedzeniu Bałkanów – po prostu wiedziałam, że to zrobię.

Autorka tekstu i jej przyjaciółka Agni łapią stopa do Belgradu, jesień 2010 (autowyzwalacz).

Czas jesienny i wczesnozimowy przeznaczyłam na weekendowe i autostopowe odkrywanie Bułgarii w towarzystwie Agni – estońskiej przyjaciółki. Jej pobyt kończył się tuż przed przerwą semestralną, więc niestety nie mogła mi towarzyszyć w autostopowej, zimowej wyprawie przez Bałkany. Autostopowej. ponieważ byłam na studiach i moje konto zasilało jedynie stypendium Unii Europejskiej i kieszonkowe od rodziców. zimowej, ponieważ studia były wymagające i nie chciałam tracić szkolnych dni, skoro zimowa sesja zdana w terminie zostawiała mi do dyspozycji 3 wolne tygodnie.

Poszukiwania potencjalnego kompana/kompanki rozpoczęło się niezbyt szczęśliwie. Zamiast towarzysza podróży znalazłam… Stalkera. Nie zasługuje on na miejsce w tym tekście.

Czas się kurczył. Byłam skłonna poddać się i spędzić luty z podwójnym D: „w domu, na dupie”. Jako aktywna członkini Couch Surfingu, wciąż gościłam u siebie podróżników i przyjezdnych. Mając ustawiony najbardziej entuzjastyczny status dotyczący kwestii przyjmowania gości(ń) – w tamtym czasie było to, zdaje się „Yes! Defiinitely!” I wiele pozytywnych opinii zarówno goszczących jak i gospodarzy z różnych miejsc, moja skrzynka wciąż zapełniała się prośbami o możliwość noclegu.

Znudzona i zrezygnowana odświeżałam wszystkie grupy, na których zamieściłam ogłoszenia „POSZUKUJĘ KOMPANA/KOMPANKI DO PODRÓŻY STOPEM PO BAŁKANACH W LUTYM!”. Bez rezultatu.

Aż tu nagle, pewnej soboty spędzanej u znajomych w Płowdiwie, podczas rutynowego sprawdzania poczty, dostrzegłam zapytanie noclegowe od Luke’a – Amerykanina wracającego ze Wschodu, przez Południe, na Zachód. Chciał zatrzymać się w Sofii na weekend, jego następnym przystankiem miała być Słowenia, skąd samolotem przez Londyn miał wrócić do Stanów. Dostrzegłam w tamtej wiadomości nikłą nadzieję na odbycie mojej podróży marzeń. Zapytałam go, ile ma czasu do samolotu i czy nie ma ochoty pojechać ze mną stopem przez Bałkany. Miał czas, miał i ochotę. Tym sposobem poznałam mojego przyszłego kompana transbałkańskiej zimowej wyprawy.

Decyzja ta była ryzykowna ze względów charakterologicznych – taka osoba, jak Luke – mająca wiele doświadczenia Couch Surfingowego, a co za tym idzie – wiele opinii na swoim profilu, była osobą pewną pod względem bezpieczeństwa, ale nie wiadomo było, czy nasze charakterki sobie podpasują. Pod tym względem była to wielka niewiadoma – aż do momentu spotkania. Bardzo szybko okazało się, że nie do końca sobie odpowiadamy. Moja przezorność i dbałość o pewne detale (jak np. godzina wyjścia z domu, sprawdzenie pogody i ew. sprawdzenie, czy w miejscu XYZ będziemy mieli gdzie spać) sprawiła, że nazywał mnie „Babuszką” i kazał mi „relaaaaax”. Jego upicie się domową rakiją podczas autostopowej podróży ze środkowej Bośni do Zagrzebia nie było zbyt odpowiedzialne, stwarzało potencjalne zagrożenie i wymusiło na nas zmianę planów. Nie, to nie jest historia o tym, jak poznałam najlepszego przyjaciela i wyśmienitego kompana przygód. To historia, że ruch, nawet w niezbyt na dany moment udanym towarzystwie, może być jedną z najważniejszych życiowych przygód i coś, co dzisiaj nazwałabym górnolotnie „szlifem charakteru” – na twardy, tnący szkło diament. Przygoda nie przebiegała zgodnie z planami i nie była tak kolorowo-cukierkowa, jak wiele podróżniczych historii, w których pamięć o kłótniach, niebezpieczeństwach, nieporadności blednie w zestawieniu z poczuciem przeżycia czegoś niezwykłego. Jednakże mimo wielu gorzkich i trudnych chwil, była to dla mnie ważna, kształtująca światopo(d)gląd , szczęśliwa podróż. Okazja do rozwijania fotograficznej wrażliwości i charakterologicznej nieustępliwości.

Granica bułgarsko-macedońska, luty 2011 r., aparat cyfrowy

Te dwa tygodnie w ruchu to tak wiele przygód, kłopotów, napotkanych ludzi, pięknych i dziwacznych miejsc… Pełny ich opis byłby jak wielkie książkowe rozdziały. Postanowiłam zatem przedstawić wizję stworzoną głównie przez mój aparatu analogowego marki Praktica na kliszy kolorowej 35 mm. Prześwietlenia w rogu są spowodowane rozszczelnieniem aparatu. Wadą, której postanowiłam nie naprawiać. Stanowią one swoisty podpis przy każdym moim zdjęciu. Łapiąc niektóre chwile wspomagałam się małym aparatem cyfrowym marki Nikon.

Ruch ku Macedonii

Nie wszędzie udało nam się dotrzeć autostopem, jak pierwotnie zakładaliśmy. Już na samym początku, na trasie Sofia – Skopje, skorzystaliśmy z usług Państwowych Bułgarskich Kolei. W sobotę byliśmy na imprezie, w niedzielę zaspaliśmy. Autostop – zwłaszcza mając przed sobą tak długą (300 km) i raczej chłodną i górzystą, trasę – powinno się łapać rano. W końcu nigdy nie wiadomo, kiedy auto bądź inny pojazd mechaniczny zatrzyma się i wyrazi chęć podwózki i ile kilometrów będzie można przejechać. Czasami plan trzeba odłożyć na bok i kierować się bezpieczeństwem.

W drogę do Serbii

Kto najchętniej zatrzymuje się, by przygarnąć autostopowiczki/ów? Kierowcy TIR-ów. Na krótszych trasach podróżują samotnie, mają w kabinie dużo miejsca a w głowie wiele historii do opowiedzenia. Bezpieczeństwo? Balansowanie na granicy, która w mojej historii nigdy nie została przekroczona.

Nigdy nie zapomnę kierowcy, który wiózł nas z granicy macedońsko-serbskiej do samego Belgradu. Nie tylko świetnie znał angielski, ale i literaturę krajów postjugosłowiańskich. Wiele godzin rozmawiałam z nim o książce „Derwisz i śmierć” Mešy Selimovicia.

Belgrad powitał nas śniegiem i mrozem, który za nic nie chciał odpuścić, nawet, kiedy my chcieliśmy już Serbię opuścić.

Košavą mrozi i chłosta

Od początku podróży pogoda nie należała do najłatwiejszych. Kulminacyjny punkt zimna osiągneła dopiero w Serbii. Košava to południowo-wschodni lodowaty, porywisty wiatr, który przynosi zamiecie śnieżne i taki chłód, który w kościach pozostaje na długo po rozgrzaniu miękkich tkanek ciała. Potrafi załamać pogodę. Gdy już na horyzoncie zaczęła pojawiać się wiosna, a za oknem wyło tak, jakby kryło się za nim całe przedszkole łkających dzieci. Košava uderzyła od razu po naszym przyjeździe do Belgradu i nawet po kilku dniach nie chciała odpuścić. Całe szczęście, że wybiliśmy sobie z głowy autostop na trasie Belgrad – Sarajewo. Warunków pogodowych byliśmy świadomi, ale było w nas dużo buty. Z czego nie zdawaliśmy sobie sprawy, to z prawdziwych bezdroży, jakie czekają na podróżne po przekroczeniu granicy na Sawie między Slavonskim a Bosnanskim Brodem. Łapanie stopa w takich warunkach byłoby samobójstwem

Moje Sarajewo

Z pośród wszystkich odwiedzanych przez nas miejsc Sarajewo było dla mnie tym najbardziej wyczekanym i wyśnionym. Mijają lata, mój afekt względem stolicy Bośni i Hercegowiny tylko się wzmocnił – zdążyłam w niej nawet na chwilę zamieszkać.

Łyżwy ’84

1984 r. Sarajewo było gospodarzem Olimpiady Zimowej. Kompleks olimpijski stoi, niszczeje, ale i przyciąga. Jeżdżenie na (niezbyt ostrych) łyżwach jest jednym z moich ulubionych sarajewskich wspomnień.

Sarajewo, BiH, Luty 2011

Ludzie

W zamieszkiwanym przez nas hostelu poznaliśmy Australijczyka Reece’a. Obustronna sympatia sprawiła, że przez te kilka dni byliśmy niemalże nierozłączni.

Sarajewo, BiH, Luty 2011

Luke pewnego dnia postanowił skorzystać z innego spadku Olimpiady ’84 i wybrał się na cały dzień na stok. Wrócił z nową koleżanką – cudowną Larą, której historia ucieczki z oblężonego Sarajewa mrozi krew w żyłach, choć sama Lara jest uosobieniem radości i pogody ducha.

BiH, Luty 2011
BiH, Luty 2011

 Post-jugo, ale w euro

Naszą podróż zamykał kraj bałkańsko-niebałkański – Słowenia. Zdecydowanie najdroższy na trasie, ale o miastach doskonałych do samodzielnej eksploracji krętymi uliczkami

Lublana pachniała marihuaną. Maribor był miastem równym i sztywnym, tak idealnie zadbanym, jakby był skansenem. W Ptuji szaleliśmy ostatniego dnia karnawału jedząc krofy i popijające je spritzerem.

To tu nasze drogi rozdzieliły się. Ja wracałam samotnie i już bezpośrednim autobusem do Sofii, Luke – do USA.

________________________________________

Autorka zdjęć i tekstu: Sylwana Henryka Dimtchev (ur. 1989 r.) – feministka, absolwentka filologii bułgarskiej na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Miłośniczka Iranu, niestrudzona tropicielka herstorii, poszukiwaczka i eksploratorka islamskich duchowości. Od 2016 r. prowadzi bloga Zwykły Zeszyt, by słowem i zdjęciem dekonstruować kulturowe i rasowe stereotypy. Od 2017 r. prowadzi kanał na YT „Zwykły Vlog”, który stanowi filmowy zapis jej podróży. W wolnych chwilach najbardziej ceni sobie bycie ciocią.
Blog: www.zwyklyzeszyt.pl
YT: Zwykły Vlog

Facebook