Czterdzieści pięć stopni nachylenia jachtu względem tafli wody to kąt krytyczny, przy którym następuje ryzyko wywrócenia jachtu poprzez przeciążenie balastu mieczem. Ja bałam się tych czterdziestu pięciu stopni jak ognia, gdy inni tylko do nich dążyli. Oto historia o tym, jak w cztery lata przestała mnie przerażać ta liczba, bo nauczyłam się nad nią panować.

Zostałam wysłana na obóz żeglarski gdy miałam trzynaście lat i jeszcze ciepłe świadectwo ukończenia szkoły podstawowej. To były krótkie, ale piękne dwa tygodnie. Wywiozłam stamtąd kilka sznurków, wspomnienia i szalejący po moim sercu maleńki fragment wiatru, o którym wtedy nie miałam jeszcze pojęcia.

Ten fragmencik przywiał mnie na Mazury rok później. Trafiłam na duży, luksusowy jacht ze zdecydowanie mniej luksusową załogą. Nie lubiłam ich i pewnie bym nie wytrzymała, gdyby nie kapitan, który był dziwny, słuchał beznadziejnej muzyki, opowiadał zadziwiające historie i uczył mnie żeglować. I pozwalał nocami wymykać się z jachtu, wiedząc, że u nas bym się dusiła. Wychodziłam więc i piłam mocną kawę, grałam w karty i głośno śpiewałam. Spałam po pięć godzin na dobę, ale nie byłam zmęczona, może dzięki tej kawie. Dlatego gdy pływaliśmy po dziesięć godzin dziennie, upierałam się, by jak najdłużej stać przy sterze, choć trochę się bałam. Nie znałam kursów względem wiatru, nie umiałam korzystać z talii grota i znałam tylko dwa manewry. Mimo to kilka godzin dziennie stałam przy sterze, słuchając coraz mniej wiarygodnych opowieści kapitana. Czasem siedziałam na dziobie, słuchając muzyki i po prostu patrząc na wodę. Czasem kładłam się na burcie i trzymając się relingu, spałam w słońcu. Czasem siedziałam w zejściówce, moim ulubionym miejscu na jachcie i zafascynowana słuchałam kapitana.

To wszystko składało się na pierwsze w moim życiu, mgliste poczucie wolności. Woda. Żagle. Wiatr.

Z żywiołem i błędami spotkałam się kolejny rok później.

Podczas wymykania się z jachtu poznałam kilka fajnych osób, które miały więcej szczęścia jeśli chodzi o dobór załogi. Więc w tym kolejnym roku postanowiłam, że nie zawierzę przypadkowi i  w zgłoszeniach podaliśmy nawzajem swoje nazwiska. Było nas tylko czworo, plus nasz dziwny sternik, więc dorzucono nam jeszcze dwójkę, którzy idealnie wpasowali się w nasz klimat, poczucie humoru i swobodę.

Już drugiego dnia odłączyliśmy się od obozu, bo zepsuł nam się silnik i jakiś dobry człowiek musiał przeholować nasz jacht przez kanał. Śmialiśmy się z tego i nawet podobało nam się to, że byliśmy niezależni. Że mogliśmy siedzieć do późna w nocy, nie musieliśmy chodzić na zbiórki, nikt oprócz naszego sternika nas nie pilnował. Z dziewczynami robiłyśmy fitness na trawie, z chłopakami opowiadaliśmy sobie naprawdę okrutne żarty. Chłopcy wszyscy naraz jedli spaghetti z jednej patelni, jeden z nich całą noc spał na dziobie, a ja oglądałam z innym głupie polskie komedie. Na największej głośności.

To było już drugie doświadczenie wolności. Szczęścia.

Następnego dnia spięliśmy się, żeby dogonić resztę obozu, gdy wreszcie naprawiono nam silnik. Padał deszcz, gdy przepływaliśmy przez kanał. Na pokładzie byłam ja i dwóch chłopców. Deszcz padał gęsto, przenikał przez ubrania i rozpuszczał nasze mapy, ale nie schodziliśmy pod pokład, nie chcieliśmy ciepła. Chcieliśmy wody. Wiatru.

Śliski ster, zimne ręce i deszcz.

Zobaczyłam plecy chłopaków.

I most.

Gdy poczułam jak jakaś siła odrzuca mnie w tył i usłyszałam huk, pożałowałam, że nie zobaczyłam mostu wcześniej.

Gdy sternik wyskoczył na pokład z wiązanką przekleństw na ustach, nic nie powiedziałam. Nie odezwałam się też pięć minut później. Ani godzinę później. Ani dwie. Cały czas miałam przed oczami dziewczyny, które jeszcze niedługo przed wypadkiem siedziały na tym dziobie. Nie mogłam przestać wyobrażać sobie, co by się stało, gdyby stamtąd nie zeszły.

Nikt nie dowiedział się wtedy, że to byłam ja, bo jeden z chłopców wziął winę na siebie. Jednak przez następne dwa lata odmawiałam dotykania steru.

Nawet kiedy ta sytuacja stała się rolling joke’em w naszej szkole żeglarstwa, nadal nie mogłam się przełamać. Pływałam i widziałam jak moi przyjaciele sterują, świetnie się bawią i głośno się śmieją, gdy jacht zbliża się do granicznych czterdziestu pięciu stopni. W takich chwilach zaciskałam zęby, żeby nie krzyknąć.

Nasz sternik zmuszał mnie do przepływania przez mosty, żebym pokonała strach i powiedział innym, żeby robili to samo, przez co trzy lata, co roku, zawsze ja sterowałam na kanałach. Nadal pływałam samym środkiem i nadal nie chciałam sterować na otwartym jeziorze, gdy były postawione żagle. Bałam się, że czterdzieści pięć stopni nadejdzie tak szybko, jak tamten most.

Jednak w zeszłym roku zdecydowałam, że zdam patent żeglarski. Zebrałam starą ekipę, napisałam na zgłoszeniu nazwisko naszego sternika i pojechałam.

Pomijając nazwę, która bardzo mocno nawiązywała do incydentu z mostem, jacht się sypał. Dosłownie, każdego dnia odkrywaliśmy jego nową wadę. Dodatkowo był modelem, który przechyla się mocniej niż inne.

Gdy już zaczęłam sterować, co chwila robiłam coś źle. Co chwila stwarzałam zagrożenie, co chwila brakowało mi siły, żeby pociągnąć za jakąś linę, co chwila o czymś zapominałam, a sternik krzyczał na mnie, bo powinnam to wiedzieć. Powinnam to umieć. Tyle lat przecież żegluję. Chciałam się poddać.

Przecież się nie nadaję.

Ale pewnego dnia tak się wkurzyłam na te jego krzyki, że postanowiłam siedzieć za sterem tak długo, aż się nauczę. Cztery godziny, non stop, w słońcu. W słońcu, w wietrze, w wodzie.

Pamiętam jak inne jachty urządziły sobie bitwę wodną. Pływali wokół siebie i oblewali się wodą z wiader, garnków, butelek i dosłownie wszystkiego, co mogło pomieścić w sobie wodę. Nasz sternik powiedział, że my się uczymy, więc nie ma opcji, żebyśmy się dołączyli. Na radiu co chwila słyszeliśmy apele o wsparcie i deklaracje wojenne. Ale nie to nie. Płynęliśmy dalej, ucząc się. Po chwili jednak usłyszałam ciche “Dasz radę tam na silniku?”. Uśmiechnęłam się. “Jasne!”. Nawet odpaliłam go sama, choć na ogół tego nie robiłam, bo nie do końca wiedziałam jak. Ani przez chwilę się nie zawahałam, choć ręce mi się trzęsły. Chciałam brać udział w bitwie. Dopłynęłam i gdy oddałam ster oblałam jednego z młodszych sterników całym garnkiem wody.

Poczucie wolności. Szczęścia. Kontroli nad żywiołem i kilkoma deskami skleconymi we wspaniałe urządzenie.

Od tamtej pory moim celem było sterowanie jak oni. Przerzucania bomu między burtami ręcznie. Stanie przy sterze, by obiema rękami trzymać talię grota. Chciałam mieć panowanie. Bawić się tym, nie bać.

Tydzień później padał tak paskudny deszcz i wiał tak potężny wiatr, że trzy dni staliśmy w porcie. Gdy wreszcie wypłynęliśmy, wszystkie trzy warstwy ubrań, które miałam na sobie, przemokły i suszyły się tydzień. Było strasznie i pływaliśmy w kapokach, nie chciałam ruszyć steru. Ale jak usiadłam, idealnie wykonałam manewr.

Zdałam ten patent i przestałam bać się czterdziestu pięciu stopni. Pływanie, gdy słońce świeci mi w oczy gdy zachodzi, przy załodze leżącej ze śmiechu, wiatr na twarzy i prędkość są tą definicją wolności i ruchu, której nie chcę zmieniać. Od pięciu lat wracam co roku.

Nie wyobrażam sobie nie wrócić. Nie wyobrażam sobie nie wrócić, bo to wiatr poruszył moje serce, ciało i umysł.

__________________________________

autorka tekstu: Gabi (17) licealistka, amatorsko pisząca, malująca ręcznie koszulki fangirl, chodząca na każdy superbohaterski film dwa razy.

autorka ilustracji: Ola Rebi Rebizant (25) ilustratorka pokojowa, malarka na czymkolwiek, adopcyjna matka psa parówczaka, który dobrze zjeść i długo pospać. Dla rodziny i znajomych „mistrzyni tarty cytrynowej”, dla innych „ta w dresie”, dla bibliotekarza na uczelni „czytelniczka słowników”. Zodiakalna Panna, miłośniczka dotykania materiałów i otulania się ciepłymi kocami.

Instagram: @tapczan_rebi
Facebook: Tapczan Rebi

 

Facebook