,,Miłość, miłość! Co to jest za stan?” to słowa ludowej piosenki, którą usłyszałam kiedyś na rajdzie górskim. Muzyka porwała nas wszystkich. Razem śpiewaliśmy i uśmiechaliśmy się do siebie – po prostu się cieszyliśmy. Bo czy miłość to nie właśnie radość? Uczucie szczęścia, spełnienia z pewnością znane jest wszystkim, którzy jej doświadczyli. Miłość od pierwszego wejrzenia jest zwykle namiętna, pociągająca, odkrywcza. Inna… Może ciekawsza? To właśnie moja historia.

Spokojnie, nie będzie to kolejne wakacyjne love story. A przynajmniej nie takie, jakiego moglibyście się spodziewać.

Pewnego słonecznego lipcowego dnia zapałałam tym silnym uczuciem do miasta, jego architektury i panującej w nim atmosfery. Poczułam miętę do Rzymu. Ha! Jak to śmiesznie brzmi, zakochać się w mieście. Można? Można i ja jestem tego żywym przykładem.

Na obozie zapisałam się na wycieczkę do Rzymu.  Początkowo nie byłam nią zbytnio podekscytowana, a godzina wyjazdu mnie nie zachwycała. Pierwsza w nocy to na pewno nie szczyt moich marzeń. Mimo to zawsze chciałam odwiedzić to miasto. Wcześniej dużo czytałam na temat Imperium Rzymskiego, więc koniecznie musiałam wybrać się do jego źródeł. Pierwsze kroki w Wiecznym Mieście były bardzo przyjemne. Około godziny siódmej rano ulicami nie pędziły tłumy turystów. Spokojnie podążaliśmy w stronę Watykanu. Jeszcze wtedy nie do końca wiedziałam, czy to jest to, lecz z każdym kolejnym zabytkiem, każdą wąską uliczką, którą przeszłam, moje szczęście rosło.

Bazylikę na placu św. Piotra zwiedziłyśmy bardzo dokładnie. Na tyle, że przez przypadek weszłyśmy do pomieszczenia, gdzie mogli przebywać tylko księża. Mimo że nie dotknęłyśmy wcześniej stóp św. Piotra (co według przesądu miało sprawić, że los się do nas uśmiechnie), dopisało nam szczęście i nikt nas nie zobaczył. Na zewnątrz za to bardzo spodobało mi się miejsce, z którego widać było, jak rzędy kolumn otaczających plac zamieniają się w jeden. Tak bardzo można oszukać ludzkie oko. Podziwiałam precyzję ludzi projektujących i budujących najmniejsze państwo świata.

Jak to czasem w miłości bywa, przyszedł też czas na rozczarowania. Do panteonu nie weszliśmy, bo niedziela, więc odbywała się msza. Dalsza podróż także nie przebiegła gładko – część grupy się zgubiła, co odebrało nam cenny czas (całe 10 minut!) na podziwianie fontanny di Trevi. Jednak nie wszystko stracone… W tym czasie poszłam nabrać do pustej butelki wody. Koło kranów na ścianie wyryto ciekawe zdobienie. Takich miejsc poboru wody jest w mieście dwa i pół tysiąca. Każdy turysta czy mieszkaniec może napić się czystej wody zupełnie za darmo. W tak wysokich temperaturach, jakie panują tam w okresie letnim, jest to duże udogodnienie.

Po lewej znany wszystkim napis S.P.Q.R. (dla chcących wiedzieć więcej:było to godło państwowe, do czasu rozpowszechnienia na to miejsce orła)

Kolejny przystanek – Koloseum. Największy amfiteatr w Europie, a obok niego Łuk Konstantyna oraz Forum Romanum. Na mnie – miłośniczce historii – zrobiły duże wrażenie. Ogromna przestrzeń najstarszego placu miejskiego w Rzymie mnie zachwyciła. Niestety, nie miałam możliwości przejść się jego ścieżkami i zobaczyć wszystko od wewnątrz. Mogłam jedynie wyobrazić sobie jego kolorową architekturę.  Dużo osób często błędnie myśli, że w starożytności budowano w stonowanych barwach, a to nieprawda! Rzeźby malowano, ale z czasem pigment wyblakł. Aktualnie ślady farby można dostrzec jedynie pod światłem ultrafioletowym. W tak charakterystycznym punkcie stolicy nie obyło się bez zdjęć i wielu handlarzy, próbujących na wszelkie sposoby sprzedać zimną wodę (pobieraną z ogólnodostępnych kranów). Jeden nawet uznał, że jesteśmy spoko babki i pytał, czy jesteśmy z Afryki. Z pewnością nie byłyśmy aż tak opalone, co widać na poniższej fotografii.

I wreszcie! Fontanna di Trevi – jedna z najsłynniejszych fontann w Rzymie. Wychodząc z wąskiej uliczki, nagle widzi się ją – ogromną , oszałamiającą w swoim barokowym stylu. Chwila dla fotoreporterów i pora ruszać w dalszą trasę. Nasze żołądki domagające się pożywienia wygrały z umysłem, który chętnie dalej podziwiałby di Trevi.

Po krótkiej chwili znalazłyśmy smakowicie wyglądającą pizzę z pomidorami, świeżą bazylią i serem mozzarella. Po konsumpcji przyszedł czas na zakup pocztówek i ostatni powrót do fontanny. Nie zapomniałyśmy o wrzuceniu do niej monety, ponieważ każdy kto tak zrobi, wróci jeszcze do Wiecznego Miasta. A czy jest coś piękniejszego, niż powrócić do pierwszej miłości i odkryć ją na nowo, poznać jeszcze lepiej? Z całego serca chciałabym wrócić do Rzymu. Przejść się wąskimi uliczkami, które tworzą jego klimat. Wejść do zabytków, których zabrakło czasu zwiedzić. Wszystko to zrobić na spokojnie, własnym rytmem. Za co kocham Rzym? Nie wiem. Za wszystko. Za całokształt. Nie potrafię określić, co skradło moje serce. Może to właśnie to? A może się mylę i nie tak wygląda prawdziwa miłość?

Autorka tekstu i zdjęć: Paulina Adamczyk (16) – miłośniczka historii i podróży, humanistka uwielbiająca czytać książki, fanka serii o Harrym Potterze,w wolnych chwilach pisze autorskie opowiadania i pochłania seriale na Netflixie.

Facebook