Jestem w ciągłym ruchu. Jeśli akurat się nie ruszam, to pewnie gadam. I jak gadam to też macham rękami na wszystkie strony, tak już mam. Sprawdzam telefon co chwilę, wiercę się na krześle, a w nocy przewracam się z boku na bok setki razy. Ruch przychodzi mi naturalnie, lubię różne jego formy. Więc mogłabym tu napisać o czymś, co umiem. W końcu i tańczę kontakt improwizację, i kręcę hula hop, i biegam, i jeżdżę na rowerze, i praktykuję asany, zaczęłam kurs instruktora jogi, więc dużą część tygodnia spędzam na macie. Ale zamiast poklepać się po ramieniu, spróbuję napisać o tym, czego nie umiem. A nie umiem się, do cholery, po prostu nie ruszać.

Jestem na wiecznym bezdechu, fizycznym i mentalnym. Wpadłam w pułapkę wydajności i chwila bez działania kłuje mnie w środku. Po pracy pędzę na jogę lub taniec, wieczorem siadam do projektów na freelansie lub rysuję. W praktyce jogi największym wyzwaniem jest dla mnie pozycja, która nie ma nic wspólnego z wyciskaniem z siebie siódmych potów. To savasana, pozycja “martwego ciała”, czyli LEŻENIE po prostu. Poddanie się, bycie w bezruchu, najtrudniejsza z asan. Wtedy najmocniej czuję, że zapędziłam się w kozi róg, gdzie panuje hałas i rozgardiasz. Wszystko we mnie woła: dziewczyno, wyłącz podcasty, odłóż telefon, zatrzymaj się i uspokój na chwilę. Więc próbuję. Małymi krokami.

Mały krok nr 1.
Codziennie rano siadam do medytacji. Na siedem minut. S I E D E M minut, to jest przecież nic, ale i tak odbywam najpierw ze sobą rozmowę, że warto, że dobrze, że no już usiądź, co ci szkodzi. “Medytacja to stan bez ambicji”, powtarzam sobie słowa mojego nauczyciela przed, w trakcie i po. Bo przecież zazwyczaj to się “nie udaje”, nie jestem w stanie skupić się na oddechu, myślami jestem już w kuchni przy śniadaniu, w pracy lub w jakimś dziwnie specyficznym wspomnieniu z przedszkola. Siedem minut spędzam więc głównie na obserwowaniu tego hałasu i nieruszaniu się (nieważne jak bardzo swędzi nos).

Mały krok nr 2.
Idę do parku na spacer, bez słuchawek, bez telefonu. Oczywiście po wewnętrznej debacie, gdzie roztrząsane są wszystkie za i przeciw bycia w ciszy. Samej sobie przedstawiam najlepszy argument, że zawsze po czuję się spokojniejsza i bardziej obecna.

Mały krok nr 3.
Nakładam sobie limit na social media i na ten przeklęty telefon ogólnie. Od 23 to 9 rano staram się być offline i nie zaczynam już dnia od ekranu. Przyznanie się tu na głos, że mam z tym problem traktuję jako część postanowienia poprawy.

Dziwny to świat, w którym po prostu BYCIE, bez dodatkowych bodźców, jest czymś tak trudnym do osiągnięcia. W końcu zatrzymanie się, cisza i odrzucenie ambicji to odwrotność tego, co jest wartościowane w szkole, pracy, społeczeństwie. Więc jak mi idzie? Różnie, szczerze mówiąc. Ale kilka razy w ciągu dnia mówię sobie czule: wdech, wydech, zatrzymaj się, zamknij oczy i pobądź przez chwilę. I to już coś.

__________________________________

Autorka ilustracji i tekstu: Weronika –  skończyła 30 lat więc wydaje jej się, że pozjadała wszystkie rozumy. Mieszka w Amsterdamie, rysuje, projektuje, chodzi do parku.
www.instagram.com/weronikamarianna

Facebook