Trzeciego października ubiegłego roku Polki wyszły na ulicę w ramach Ogólnopolskiego Strajku Kobiet i tak się złożyło, że byłam jedną z nich. Tylko jak ja się tam w ogóle znalazłam?

Nie od zawsze interesowałam się losem kobiet, a gdy już decydowałam się zgłębić temat, to o wiele bardziej skupiałam się na ogóle świata niż na sytuacji w Polsce. Informacja o samym strajku dotarła do mnie pocztą pantoflową. Z początku nie byłam do niego przekonana, więc nawet nie rozważałam pojawienia się na nim. Jednak któregoś dnia uznałam, że zainteresuję się sprawą. Potrzebowałam tylko kilku minut czytania, aby zrozumieć, jak poważna jest sytuacja. Tyle wystarczyło, bym w dniu protestu o czwartej po południu stała pod ratuszem razem z moją przyjaciółką i z niecierpliwością oczekiwała rozpoczęcia przemarszu. Daleko przed nami do mikrofonu przemawiała jakaś kobieta. Mówiła o tym, dlaczego tu jesteśmy, czego chcemy i co chcą nam odebrać — wolny wybór i możliwość decydowania o naszym życiu. Zmiany, jakie proponował Instytut Na Rzecz Kultury Prawnej Ordo Iuris miały nie tylko doprowadzić do całkowitego zakazu aborcji, ale także do ustanowienia kar dla kobiet i lekarzy, którzy nieumyślnie przyczynią się śmierci płodu.

Zgromadzeni trzymali nad  głowami tabliczki opatrzone hasłami przepełnionymi nie tyle złością, ile smutkiem, i transparenty, które za zgromadzone tam wtedy kobiety opowiadały ich historie. Rozbrzmiał marsz pogrzebowy, po czym ruszyliśmy. Wielka czarna fala przesuwała się w stronę starego miasta, a ja spoglądałam na twarze moich nauczycieli i znajomych, które co rusz odnajdywałam w tłumie.

Gdy w końcu stanęliśmy na głównym placu i ponownie zaczęłam słuchać przemówień, poczułam coś, czego nie odczuwałam nigdy dotąd — nieopisaną wręcz jedność ze wszystkimi ludźmi, którzy byli tam razem ze mną. Oczywiście nie mogło się obejść bez grupy tzw. obrońców życia, którzy stali po prawej stronie z ogromnymi banerami zawierającymi obraźliwe slogany i zdjęcia, od których każdy odwracał wzrok. Zastanawiałam się, czy ci ludzie wiedzą, co popierają, ale nie to się wtedy liczyło. Nagle zdałam sobie sprawę z tego, gdzie właściwie jestem, w czym biorę udział, jakie hasła krytykujące nową ustawę i polski rząd wykrzykuję. W tym momencie czułam się częścią czegoś większego i niesamowicie ważnego. Czułam, że rozumiem otaczające mnie osoby i że wszyscy jesteśmy tu z kobietami i dla kobiet, solidaryzując się z nimi i okazując im wsparcie.

To był jeden z tych momentów, w których miałam wrażenie, że po raz pierwszy otworzyłam oczy, że nareszcie naprawdę żyję.

Moja obecność, mój krzyk wybijały się z tłumu, były słyszalne i miały znaczenie. Nie umiem tego porównać z niczym innym, pierwszy raz doznałam czegoś takiego, a tęsknota za tym uczuciem zagnieździła się w moim umyśle i od tamtego momentu zaznacza swą obecność co jakiś czas. Wtedy właśnie żyłam, pokazywałam to całą sobą, zjednoczoną z babkami w całej Polsce, które tak jak ja głośno mówiły o tym, co im się należy. Chciałam być taka już zawsze.

Nie ma chyba na świecie osoby, która potrafiłaby zgodzić się ze wszystkim. Życie wymaga ciągłych kompromisów i każdego dnia dostrzegamy ogromny kontrast między tym, jak chcemy, aby wyglądało, a tym, jak faktycznie wygląda. Już jako małe dzieci zaczynamy buntować się przeciwko otaczającemu nas światu i wyrażamy swoje niezadowolenie krzykiem lub płaczem. Gdy dorastamy, staramy się ukryć tę frustrację, ale czasem sprawa okazuje się zbyt poważna, by spychać ją na dalszy plan. Wtedy trzeba działać jak najszybciej. Ja tak właśnie zrozumiałam czarny protest — jako działanie podjęte wskutek niezadowolenia z sytuacji. Jako krzyk i płacz na większą skalę. Ten protest był dla mnie pierwszym, ale na pewno nie ostatnim takim przełomowym wydarzeniem. Do dziś, gdy oglądam zdjęcia z niego, odczuwam te same emocje, co tamtego dnia — wzruszenie i ogromną radość spowodowane tym, że mogłam być jego częścią — i uważam takie pierwsze razy za niezbędne w naszym życiu. Dzień, w którym z jakiegoś powodu znalazłam się pośród tego krzyczącego tłumu, zapamiętam jeszcze na długo.

autorka tekstu: Alicja Żurawska (18) – wielokrotnie próbująca swych sił we vlogo i blogosferze wielbicielka kultury, sztuki i języka angielskiego. Otwarta i ciekawa świata ekstrawertyczka. W przyszłości planuje podróżować i skupić się na swojej największej miłości — pisaniu.

autorka ilustracji: Weronika Siwiec (28) – miota się nieustannie, od roku robi to w Amsterdamie. Jest po trochu architektką, graficzką i ilustratorką. Kiedy jest jej źle – rysuje i pisze, kiedy jest jej dobrze – rysuje i nie pisze. Mówi za szybko i chyba za dużo, wzruszają ją do łez różowe chmury i chodzenie boso po trawie.

 

Facebook