Czerwona róża – oklepany i już „nieco” kiczowaty symbol miłości. Ale jest też biała róża – lekko skryta, subtelna i delikatna. Symbol miłości lesbijskiej, wywodzący się z poezji legendarnej Greczynki Safony, która żyła i tworzyła w VI w.p.n.e.

Imię Safona nie pochodzi z Greki. Tak jak nazwa wyspy Lesbos, na której mieszkała. Pochodzi z Azji Mniejszej. A zatem Safona mogła mieć semickie korzenie. Podobno była kobietą o niskim wzroście, ciemnej cerze i włosach tak czarnych, że aż mieniły się granatem, co zdaje się potwierdzać tę teorię. Podobno, ponieważ wiele jest niepewności, jeśli chodzi o to, jak wyglądała. Obrazy przedstawiają wiele sprzeczności. Nie ma za to wątpliwości, co do tego, jak wybitną była ona poetką.

Lesbos cieszyła się sławą wyspy poetów, a Safona była wśród nich jedną z najwspanialszych i najbardziej podziwianych. Platon nazwał Safonę dziesiątą muzą. Niestety zaledwie szczątki jej twórczości przetrwały do dziś. Najstarsze źródła to papirusy z III i II w.p.n.e. Już ten dystans czasowy sprawia, że istnieje prawdopodobieństwo pewnych zniekształceń względem pierwotnej wersji utworów. Czy oryginały spisane przez Safonę wszystkie zaginęły? Nie, a to dlatego, że tak naprawdę nigdy ich nie było.

Chociaż wizerunki Safony nierzadko przedstawiają ją z piórem i papirusem, jest to niezgodne z prawdą historyczną. Tworzyła w czasach kultury oralnej, a kultura pisma stawiała wtedy zaledwie pierwsze kroki. Jej twórczość to w istocie wiersze-pieśni. Pieśni, które powstawały na zasadzie improwizacji. Poetka czerpała z tradycyjnych rytmów, struktur słownych oraz melodii. Grała przy tym na harfie i innych instrumentach (wiele z nich sama skonstruowała!). Brzmienie i melodia, były równie ważne, co słowa. Mistrzyni Safona wyćwiczyła własną tonację, która nazwana została miksolidyjską. Podobno idealnie komponowała się z tragedią i cierpieniem, którymi to często przepełnione były jej utwory.

Pieśni Safony tak oczarowywały publiczność, że mimo trudu nauki, jakiego wymagało zapamiętanie ich razem z wymyślną intonacją, wielu podejmowało próbę. To dzięki nim zaczęto owe utwory zapisywać – lecz dopiero (niedługo) po śmierci Safony. Jej twórczość spisywano i powielano, była bowiem autorką tak popularną i cenioną, że prawie każdy bogaty starożytny kolekcjoner chciał mieć jej dzieła w swojej bibliotece.

Powróćmy jednak do samego aktu tworzenia poezji. W kulturze archaicznej pieśni były przeżyciem wspólnotowym. Słuchacze byli jednocześnie uczestnikami zdarzenia, jakim stawało się śpiewanie pieśni. Angażowali się poprzez taniec, jawne wyrażanie emocji, a także kontynuowanie pieśni własną improwizacją. Rodzaj podejmowanej tematyki zależał od danej publiczności oraz rytuału, obrzędu, któremu towarzyszyła poezja. Pieśni Safony najczęściej były wygłaszane dla thiasos, czyli najbliższego kręgu dziewcząt skupionych wokół niej. Thiasos było formą szkoły, pensji, którą prowadziła Greczynka. Matronowała im Afrodyta.

Dziewczęta w tej małej społeczności często łączyły związki miłosne (bynajmniej nie platoniczne). Wiele z nich oficjalnie spajano więzami zaślubin, którym towarzyszyły oczywiście specjalne ceremonialne pieśni. Wszystkie te pieśni miłosne, które śpiewała Safona, jak i jej uczennice, miały zresztą „prosty” cel – uwiedzenie słuchającej, którą były zainteresowane. A w tych pieśniach stałym motywem były białe róże. Róża u Safony stawała się zarówno emanacją poezji, jak i metaforą ukochanej. Biała róża, która podobno wyłoniła się z piany, tak jak Afrodyta. Jej uczennice przejmowały od niej ten motyw, wychodził on daleko poza ich zamknięty krąg.

Erotyczny charakter związków między uczennicami Safony (oraz samej Safony z uczennicami), które miały miejsce w thiasos, nie był ówcześnie ani szokujący, ani gorszący dla społeczności na wyspie czy poza nią. Traktowany był z równą aprobatą, co homoseksualizm męski. Safona była zresztą kapłanką Afrodyty, co oznacza, że pełniła ważną rolę w politycznym życiu państwa i była powszechnie szanowana.

Ponieważ sława i poezja Safony oddziaływała przez kolejne wieki, kwitła też dalej jej biała róża. Po ten znak, niczym emblemat tajnego stowarzyszenia, sięgały między innymi: rosyjska poetka Sofia Parnok, brytyjska pisarka i feministka Jeanette Winterson, a także polskie autorki takie jak Anna Kowalska, Maria Dąbrowska i Narcyza Żmichowska. Na romantycznym obrazie Jamesa Santa „Thorn amidst the Roses” jedna z dziewcząt wyjmuje drugiej z dłoni nic innego jak właśnie cierń róży. Bohaterka obrazu „Two ladies on a sofa” autorstwa Luisa Ricarda Falera ma wpiętą w strój różę (choć jej biel jest dyskusyjna), a jej współtowarzyszka uwodzicielsko gra dla niej na gitarze.

Sięgnęłam po powieść „Biała Róża” Narcyzy Żmichowskiej, napisaną w 1861 roku. Dzieli się ona na dwie części. Pierwsza z nich ma formę epistolarną. Główną bohaterką jest Kazimiera – entuzjastka Greki i książek, wykształcona młoda kobieta w krótkich włosach. Nie bywa na balach, ale przyjaciółce Feluni, rozmiłowanej w tańcach i plotkach, udaje się ją jednak namówić na zabawę. Właśnie na balu Kazimiera zauważa dziedziczkę przecudownej urody – „Wszystkie postronne myśli z głowy uleciały, jak gdyby słońce zeszło nad ciemnościami; ale bo też ja nawet wyobrażenia nie miałam o możliwości tak doskonale pięknej istoty”. Istocie tej za główną ozdobę stroju służy biała róża wpięta we włosy, od której zyskuje swój przydomek. Ich poznanie ubrane zostało w słowa pełne uroku, aż udzielają się motyle w brzuchu. Między kobietami dochodzi do nieporozumienia, które wzięło się z półsłówek i nieśmiałości, a wszystko to rozgrywa się na stronach książki z lekkością, chociaż nie brakuje napięcia i silnych emocji. Nie trudno dostrzec nawiązania do Safony, a mimo to nic nie zostaje wypowiedziane wprost, esencja schowana jest za woalem konwenansów. Gdy Kazia rozmawia z Felunią o spotkaniu i niemiłym dla niej zajściu, mówi:

„- (…) Gdybym była mężczyzną…
– Wyzwałabyś ją na pojedynek…
– Wcale nie, tylko zdawałoby mi się, żem w niej zakochana szalenie.”

W chwili największej emocjonalnej bliskości między dziewczynami Kazimiera decyduje się spytać o zdanie na temat Białej Róży swojego brata. Ten negatywnie ocenia Białą Różę i kontakt dwóch pań urywa się. Druga część powieści to chwila z życia Białej Róży, po latach. Te dwie części mocno się od siebie różnią, zarówno formalnie, jak i w kwestii ładunku emocjonalnego. Spojrzenie na Białą Różę zmienia się, jej głos zostaje przytłumiony i zdaje się, że staje się bohaterką negatywną. Kontrast jest tym większy, że w pierwszej części doskonale nakreślony zostaje mechanizm przemocy psychicznej i wpajania wzorców społecznych młodej dziewczynie. Dla mnie ta bohaterka jest postacią tragiczną, mimo skaz charakteru. Bo jest osobą przegraną. Swoich uczuć nie może nie tylko wyrazić, ale nawet nie jest w stanie pozwolić sobie na skierowanie ich gdziekolwiek indziej niż na (niezadowalających jej) mężczyzn w jej otoczeniu. Może ów pesymizm unoszący się nad „Białą różą” Żmichowskiej oddaje też klimat społeczny otaczający autorkę, która sama stoczyła nie jedną walkę.

Safona jest uważana za legendarną prekursorkę miłości między kobietami, chociaż oczywiście nie była pierwszą homoseksualistką. Za to dzięki jej sławie nie tylko wyklarowało się określenie „lesbijka”, ale też ten rodzaj miłości został rozsławiony. Przypomina też o czasach, gdy było to wszystko czymś zupełnie normalnym (czyli takim, jakim jest). Dopiero później historycy zaczęli nadpisywać tę historię, nadawać negatywne cechy Safonie lub opisywać jej domniemane związki z mężczyznami. Chociaż nadużyciem byłoby stwierdzenie, że papirusy z zapisem pieśni Safony zostały wyłącznie celowo zniszczone – wiemy, że pewną część z nich spotkał taki los, właśnie ze względu na orientację poetki.

Byłam ostatnio na wystawie Karola Radziszewskiego w Centrum Sztuki Współczesnej U-jazdowski „Potęga sekretów”. W jednej z sal wystawowych przedstawione było też obwoźne archiwum artysty, które funkcjonuje od 2005 roku, pod nazwą Queer Archives Institute. Pomyślałam o tym, jak bogato udokumentowany jest męski homoseksualizm. W sztuce, literaturze. Kobiece historie i tutaj są cichsze, wyparte, często nienazwane. Przykryte szeroką nazwą „przyjaźni”, bo przecież kobiety, wedle stereotypu, zawsze są ze sobą emocjonalnie bardzo blisko. To traktowanie z przymrużeniem oka jest również jednym z wymiarów patriarchatu. Marzy mi się wejście do ogrodu-archiwum, które pełne byłoby najróżniejszych Białych Róż. Śpiewanych, malowanych, zapisywanych i sfilmowanych. Czuję, że powoli staje się to możliwe.


Autorka tekstu i ilustracji: Magdalena Sobolska (27) – artystka wizualna, absolwentka Instytutu Kultury Polskiej, specjalizacji Kultura Wizualna. Chce wyrosnąć na reżyserkę-innowatorkę. Instagram to jej ulubione social media (@magdalenasobolska).

Facebook