„babcia umarła”

Patrzę na blady ekran. I teraz co? Przecinek czy kropka? Czy po „babcia umarła” następuje kolejne zdanie, podrzędne, ale wciąż złożone? Oferujące może trochę ukojenia? Czy jednak kropka, koniec? Ale czy kropka nie jest zbyt określona, skończona, definitywna? W końcu nie wiemy, co dokładnie następuje po „zmarła”, może coś jest, może nie ma nic. Ale czy możemy stawiać tą ostateczną, defintywną kropkę, skoro nie wiemy na pewno ? Nie, kropka jest chyba zbyt mocna, przekreśla szansę na to, że po „zmarła” jednak coś jest. To może jakieś wyjaśnienie? Jakieś poważne „ponieważ”, potoczne „bo” czy archaiczne „gdyż”. W końcu „umarła” jest tak niepojęte, że domaga się jakiegoś chociażby wyjaśnienia. Tylko wyjaśnienia brak, zaimek pozostałby więc sam sobie, wisząc w przestrzeni, niczym nie dokończony, skazany na wieczną tułaczkę. Nie, tego zrobić mu nie mogę. No to może dwukropek? Dwie małe kropki, jedna siedząca nad drugą, które otworzyłyby drogę do tych wszystkich walających się po głowie uczuć i myśli. Mogłyby wtedy wylać się przez otwarte drzwi i być może załagodzić trochę tę okrutność „umarła”. Chociaż czy takie rozmywanie sensu, wytłumianie i rozmywanie ostateczności tego zdania w morzu innych, nie jest trochę naiwne? Czy cokolwiek następującego potem może istotnie nieść ukojenie dla odbiorcy, czy jest tylko kojeniem piszącego? Myślnik? Ta mała pozioma kreska, oszczędzająca trud, czas i tusz? Silna, lecz nie nazbyt definitywna, neutralna i otwierająca nowe możliwości. Tylko jakie możliwości stwarza „babcia umarła”? Tak naprawdę, co tu dodać?

Kasuję wiadomość. Nic nie napiszę dopóki nie wiem co następuje po „babcia umarła”

***

Siedzimy u cioci i wujka na tarasie i omawiamy szczegóły. Śmierć jest tylko końcem dla umierającego, dla pozostałych rozpoczyna długą listę rzeczy do zrobienia, dokumentów do odebrania, papierów do podpisania, wożenia, odbierania i planowania. Na pomoc przychodzą jednak wyspecjalizowane w formalnościach śmierci firmy i urzędy, które za drobną opłata, uniosą ten ciężar z barków najbliższych

– Zakład pogrzebowy ostatnia chwila. W celu zapewnienia najwyższej jakości usług rozmowa może być nagrywana. Aranżacja pochówku wciśnij jeden, transport zwłok wciśnij dwa, inne informacje pogrzebowe wciśnij trzy.

Problem nieuchronności śmierci sprowadzony do wyboru kilku przycisków.

Organizacja pogrzebu jeden.

Przeżywanie żałoby dwa.

Kryzys egzystencjalny trzy.

Akceptacja nieuchronności śmierci cztery.

– Tam na regale w gabinecie na regale jest folder z napisem pogrzeb – mówi nagle wujek – tam jest wszystko już krok po kroku opisane, pożyczcie sobie.

Jeszcze lepiej.

***

Jedziemy samochodem. Czuję, jak folder zawierający wszystkie formalności śmierci ciąży mi na kolanach. Jesteśmy cicho, przygniotła nas chyba ta biurokracja. W porównaniu z nią człowiek to marny proch. Zza zakrętu wypada nagle ciężarówka, mama gwałtownie hamuje, a ona mija nas z hukiem. Chwila nieuwagi – i my też zwłoki.

zwło – ki

zwło – ki

gra mi w głowie przez resztę drogi.

***

Siedzimy przy stole, a przed nami parują dwa talerze z jajkami na szparagach. Wyglądają przepysznie – wiejskie jaja, pierwsze wiosenne szparagi, słodziutkie pomidorki i wszystko to oprószone pieprzem i solą. A pachnie tak, że aż się w głowie kręci. I zamiast poskubać tylko co nieco, poprzesuwać na talerzu, aby wreszcie westchnąć i wyrzucić do kosza, pochłaniamy nasze porcje w kilka sekund, mlaskając i wzdychając z zachwytu. I do tego wszystkiego jeszcze ładna pogoda za oknem. Białe słońce oświetla pierwsze pąki i zieloną trawę, lekki wietrzyk roznosi upajający zapach mokrej ziemi i budzącego się życia. Koszmar. Tak bardzo chciałabym, żeby lało, żebym nie miała apetytu, żeby wszystko było źle, bo wtedy nie czułabym się taka winna, że babcia nawet w ziemi jeszcze nie leży, a ja już łapię się na odczuwaniu radości. Na chwilę tracę czujność i już czuję, jak śniadanie i kawa przyjemnie budzą moją głowę, a zapach wiosny przywodzi miłe wspomnienia.

Jestem zła na życie, że tak uporczywie wpycha się w śmierć. Nie daje odpocząć, zmyślić się, zasmucić, zatopić się w smutku, tylko każe oddychać i jeść i uśmiechać się i myśleć o przyszłości i, co najgorsze, cieszyć się, że się żyje. Jakie to okropne.

***

Na zewnątrz zapada zmrok. To już jutro. Siedzimy wszyscy razem, rodzina zjechała się do nas, żeby rano wyruszyć razem na cmentarz. Jemy lody, a one odrobinę koją nasz żal.

– Wyliżę ci teraz pucharek i będziesz miała jak czysty – mówi mama do cioci. – Więcej już nie mam, bo wszystkie wytłukłam, a takie ładne! Przedostatni wykończyłam miesiąc temu, jak byłam sama w domu i mnie tak naszło na lody i tak mi smakowały, że aż łyżeczką dziurę wydłubałam! I tak mi było szkoda!

-No ładne te pucharki, też by mi było szkoda.

– A tam pucharka, lodów! Już więcej nie miałam, a bałam się jeść z tym szkłem!

Śmiejemy się po raz pierwszy od. Nie zbyt głośno, bo i anegdota niezbyt zabawna, ale dobrze poruszać dawno nieużywane mięśnie. Jest dziwnie, ale dobrze.

***

Po pogrzebie wracamy razem do domu. Jak na stypę przystało, jest i jedzenie i alkohol. Siadamy, znowu cisza. Nikt nie ma nastroju. Póki babci nie widzieliśmy, mogliśmy udawać, że ona nadal żyje, tylko gdzieś tam, nie z nami. Trumna była otwarta, więc odebrała nam tą iluzję. Wiedzieliśmy i babcię i zamknięte wieko i zasypany grób. Już nie możemy dłużej udawać. Nie ma już nic do powiedzenia, więc siedzimy w ciszy, którą przerywa nagle huk spadających klocków. To moja półtoraroczna kuzynka rozwaliła pieczołowicie budowaną wieżę, potrąciła ją ręką i teraz z niedowierzaniem patrzy na pozostałości jej ciężkiej pracy. Biorę ją na ręce i karmię gerberkiem, co jakiś czas sama podjadając. Jej wesołe krzyki ożywiają nas i po chwili jemy i pijemy. Z resztą przygotowany obiad jest tak pyszny, że trudno się oprzeć.

Wieczorem siadam i ponownie biorę do ręki telefon. Już wiem, co po

„babcia zmarła”

spacja, pauza, nic. Pustka, która zostawia przestrzeń na smutek, ból, cierpienie, bliskość, refleksję i kojenie. Chwila oddechu, chwila przerwy od życia. Uśmiecham się i wysyłam.


Autorka tekstu: Judyta Słomian (24) – mieszka trochę w Berlinie, trochę w Poznaniu, a trochę we własnej wyobraźni. Studiowała kilka różnych rzeczy, skończyć udało jej się medioznawstwo i komunikację. Obecnie pracuje dla festiwalu filmowego, a w wolnym czasie robi zdjęcia, pisze, kręci filmy i chodzi na protesty.

Autorka ilustracji: Iga – rysuje odkąd mogła tylko porządnie dnie chwycić ołówek w dłoń i od tamtej pory są nierozłącznymi przyjaciółmi. Nie potrafi wysiedzieć w miejscu, wyjechała z Krakowa, gdzie się wychowywała i obecnie uczy się na wrocławskiej Akademii Sztuk Pięknych. W planach już ma kolejne miejsce, gdzie spędzi czas na ilustrowaniu. W wolnym czasie eksperymentuje z wegańską kuchnią i leniwie czyta książki.