Szczerze mówiąc, kiedy przeczytałam krótki opis tego filmu pomyślałam – „kolejny ckliwy, każący mi się wzruszać co dziesięć minut film o raku?”. Nie zrozumcie mnie źle, nie umniejszam tematowi chorób, po prostu nie przepadam za najczęstszymi sposobami ich obrazowania – a mianowicie takimi, które przy pomocy niedrogich, melodramatycznych trików desperacko chcą mnie ściskać za gardło i chwytać za duszę. Zerknęłam jednak na Elizę Scanlen przyglądającą mi się z plakatu Babyteeth i coś w jej melancholijno-zawadiackich oczach podszepnęło mi, żeby nie spodziewać się po tym filmie odgrzewanej sztampy (coś miało rację).

Babyteeth opowiada historię nastoletniej Milli, która w wieku 15 lat doświadcza nawrotu raka. Dziewczyna już w pierwszej scenie filmu poznaje 23-letniego Mosesa, którego określić można jako ucieleśnienie popkulturowego archetypu bad boy’a – wydzierany i wyszczekany, nadużywający czego się da, a przy tym w chłopięcy sposób czarujący. Absolutnie olśniona nowo poznanym znajomym Milla szybko przedstawia go swoim rodzicom – tacie Henry’emu (psychiatrze) i mamie Annie (kiedyś rozchwytywanej muzyczce). Para jest mocno skonfundowana, by nie powiedzieć przerażona, tym, kogo ich córka wybrała na obiekt swojej młodzieńczej fascynacji. Ostatecznie jednak uczucia te nie przeszkadzają im w zaproponowaniu chłopakowi… zamieszkania z nimi na stałe.

Film pozwala nam zajrzeć do rzeczywistości, w której witalność młodości przeplata się z postępującym słabnięciem ciała. Kontrast to w zasadzie prosty, acz w tym przypadku zdecydowanie nienudny. Inteligentne poczucie humoru, neonowo-pastelowa estetyka rodem z Instagrama i bezpretensjonalna gra aktorów sprawiają, że Babyteeth pomimo tego, że jest filmem poruszającym tematykę najcięższego kalibru, ogląda się z niespodziewaną lekkością. Milla mimo widma wiszącej nad nią choroby nie ulega bierności i nie godzi się na odizolowanie od świata „zdrowych” (cudzysłów musiał się tu pojawić, bo wraz z biegiem akcji i bliższym poznaniem bohaterów, zaczynamy zastanawiać się, czym właściwie jest „bycie zdrowym”, ten kolejny ze społecznych konstruktów, którym nie wiadomo do końca kogo z pełną trafnością można by określić). Protagonistka przeżywa pierwszą miłość, kłóci się z rodzicami, przejmuje inicjatywę, śmieje się, wścieka, tańczy i stawia na swoim, a my musimy skonfrontować się z tym, że zachowania Milli z początku odbierane mogą być przez nas jako kontrowersyjne – nie jesteśmy w końcu przyzwyczajone do tak dynamicznego obrazu młodej, poważnie chorej dziewczyny, która nie godzi się na to, by rak był wyznacznikiem nie tylko jej codzienności, ale i tożsamości.

Twórczynie filmu zdają się stawiać przed widzkami pytania o to, czego spodziewałyśmy się po filmie poruszającym problem nowotworu i czy istnieje w ogóle jakiś uniwersalny sposób, w jaki powinni postępować (i być prezentowanymi) ludzie stykający się z chorobą. W Babyteeth nie znajdziemy jednak jednoznacznych odpowiedzi. Braknie tu też taniego patosu czy nachalnie wzruszających momentów, w których czułybyśmy, że wypada uronić łzę. Wszystko to sprawia, że choć film zdecydowanie krąży wokół tematu terminalnego chorowania, to dla mnie tak naprawdę jest on opowieścią nie tyle o byciu w bliskości ze śmiercią, co o wkraczaniu w życie – i to w tym paradoksie, czyniącym Millę przede wszystkim bohaterką historii o dorastaniu, nie zaś o raku, tkwi wywrotowa siła oraz niezaprzeczalny urok tego obrazu.


Autorka tekstu: Magda Falińska (27) – fanka Madonny, Michała Witkowskiego i ogórków kiszonych. Pisze o (pop)kulturze a w wolnym czasie najchętniej maluje mityczne stwory lub pije kawkę z przyjaciółmi.
Instagram: @magfalinska

Dystrybutorem filmu jest Best Film.

Zdjęcia: materiały dystrybutora