Ponad dwa miesiące później odsłuchuję moją notkę z dyktafonu, nagraną w impulsie, by lepiej móc zrozumieć samą siebie. Słyszę swój własny słaby i łamiący się głos, i wyjątkowo nie czuję odrazy. O dziwo automatyczną reakcją na to nie jest pełen wstydu płacz. Moje własne słowa, przeplatające się z naprawdę długimi pauzami, zaczynają brzmieć całkiem melodyjnie. Rozumiem, o co mi chodzi, a jednocześnie mam do siebie wiele uwag – to chyba oznaka rozwoju, prawda?

 Zaczynam nagranie od informacji, że rozpoczęłam nowe leczenie, a mianowicie po bardzo nieudanym epizodzie z Bioxetinem (lek na depresję i zaburzenia lękowe) przypisano mi nowy o wiele trudniejszy do wymówienia Escitalopram. Skomplikowana nazwa dawała poczucie pewnej wyjątkowości, miała sugerować ludziom z zewnątrz, że nie są w stanie zrozumieć moich zmagań. Płynnie mogę powiedzieć to tylko ja i wtajemniczeni. Miałam duże nadzieje wobec jego działań, jednak rejestrując mój pamiętnik, mówię tylko, że mnie usypia: 

Dochodzę do wniosku, że coraz trudniej jest mi uwierzyć w to, że cokolwiek może mi pomóc.

Słysząc to po czasie, będąc dumnie prawie trzeci miesiąc na tych samych lekach (zresztą z pozytywnym skutkiem), mam ochotę przewrócić oczami na to, jak niecierpliwa byłam po tygodniu, ale wtedy ja z lutego kontynuuje swoją myśl: 

Mam wrażenie, że wszystkie rozwiązania zawodzą mnie na tej samej linii. Poszukuję komfortu w astrologii, może ta pełnia odmieni moje życie, w końcu tak mi obiecują. Poszukuję komfortu w tworzeniu swojej daily routine.
Siedzę bezmyślnie, przeglądając 26 rutyn sławnych ludzi i myślę sobie, że nie jestem w stanie osiągnąć takiego życia. Ciągle brakuje mi pieniędzy i obwiniam się, że nie potrafię znaleźć szczęścia bez tak dużego udziału konsumpcjonizmu. Czy gdybym mogła codziennie chodzić na drogie śniadanie i popijać matchę za 17 zł, czy wtedy byłabym szczęśliwsza?

I tu pozwolę sobie urwać. Oczywiste jest to, że byłoby mi lepiej. Mając odpowiednie środki możesz kreować dokładnie taką personę, jakiej pragniesz. Nie chodzi o konkretne rzeczy, które chcesz posiadać – chodzi tylko o to, jaki lifestyle one budują. Chcesz kojarzyć się z samotnym chodzeniem po kawiarniach i pisaniem tam wierszy bądź siedzeniem tam z otwartym nieruszonym plikiem na studia, więc ustawiasz laptopa tak, by wyglądał jak najlepiej w kadrze na story. Wszystko super, ale najpierw musisz zapłacić za swój pobyt. Gdy przypadkowo bierzesz 3 przyjaciółki na miasto, żebyście wyglądały jak Carrie, Miranda, Charlotte i Samantha z Seksu w wielkim mieście, też musisz wydać dodatkowe pieniądze na eleganckiego drinka, zamiast pić z nimi w mieszkaniu najtańsze piwo z Żabki. To wszystko zrozumiałe, każdy z nas kreuje swój własny wizerunek pasujący do obecnych trendów. Ja też tego pragnęłam. Jednak zderzenie z rzeczywistością sprawiło, że musiałam przyjrzeć się sobie w tej postaci, którą jestem teraz, i zastanowić się, jak mogę uszczęśliwić ją na własnych warunkach:

Nie potrafię się zaangażować. Wszystko staje się osłoną. To, że mam depresję, staje się osłoną, która pozwala mi nic nie robić. Nie potrafię znaleźć sobie stałego zajęcia. Nie potrafię znaleźć sobie stałego celu. Nie wiem, czy funkcjonuję dla siebie, czy już tylko dla innych. Wtedy chyba czuję się najszczęśliwsza – kiedy wiem, że mogę przyczynić się dla dobra osób, które odniosą większy sukces niż ja. 

Zabolały mnie moje własne słowa. Brzmiały tak, jakbym wypowiadała to co należy, a to nie co czuję. Jakby ktoś jeszcze tego słuchał i miał mnie ocenić. Na samym nagraniu aktualnie płaczę. Wiedziałam, że dalsza część to wywód o tym, jak faktycznie nie czuję się szczęśliwa i jak brakuje mi własnych ambicji. Myślę, że to fragment, który słucha się najgorzej, bo jest wciąż najbardziej aktualny. Nadal poszukuję ścieżek, które będą interesujące, a przede wszystkim moje własne. Tak często próbowałam być innymi osobami. Jednak nawet wtedy, kiedy wiedziałam, że coś jest możliwe do osiągnięcia, nie próbowałam. Miałam wrażenie, że być może rzeczywiście jest, ale dla innych, nie dla mnie. Nigdzie nie czułam się w stu procentach komfortowo: 

Nigdy nie chciałam żyć życiem, w którym będzie definiować mnie konkretna kariera. 

To prawda i tym samym osłona. Tak – nie chcę, by ktoś pamiętał mnie poprzez mój zawód, bym stała się jak losowo zapisanym w kontaktach „Markiem Hydraulikiem”, którego ktoś do końca życia będzie kojarzyć właśnie w ten sposób. Jednak chciałabym móc podzielić się ze światem moją perspektywą i moimi zamiłowaniami. Ciągle się przed tym bronię i świadomie chowam to, co potrafię do szuflady. W efekcie nie mam nawet wystarczająco rzeczy, które mogłyby mnie definiować. Czego się właściwie boję?! 

Jestem skazana na życie w świecie, w którym nie wystarcza, że jestem dobrą osobą. 

Po pewnym czasie to też przestaje mi wystarczać. Daję szansę sobie z nagrania, by podejść do tematu z nowo nabytą otwartością. Nie chcę się na nią złościć. Jestem raczej jak matka, która ostatecznie miała rację, że trzeba było założyć czapkę na mróz. Spoglądam na siebie z pewną wyższością (i czułością jednocześnie), aby później powiedzieć: „Widzisz, twoje leki zadziałały i powoli odkrywasz to, kim naprawdę chcesz być”. Nie tyle podjęłam dialog, ile przeprowadziłam korektę. Mam nadzieję, że z podobnymi uczuciami wrócę do tego tekstu. 


Tekst: Martyna Ptak (21) – kochająca wszystko, co żywe, miłośniczka kina i (prawie, bo nie skończyła jeszcze licencjatu) filmoznawczyni, cecha szczególna: niesamowicie wrażliwa – jest lipcowym rakiem. 

Ilustracje: Dorota Małachowska – Na co dzień prześwietla i rezonuje z ludźmi w szpitalu, a po godzinach spełnia się w ukochanej ilustracji i animacji. Tworzy krzykliwe, barwne twory, stwory i wzory, od leniwych ślimaczków z kawą, przez śliwki robaczywki, wściekłe złamane serca i orki z Majorki, oswajając to co widzi na zewnątrz i to co ma wewnątrz. PS Take me back to the 80’s! Instagram: @elektrografa

Korekta: Iga Dudzińska