Nowy dzień, powinnam się cieszyć, wytworzyć uśmiech z różowych partii twarzy. „W pracy należy się uśmiechać. Odstraszasz klientów.” – usłyszę kiedyś. Będę sprzedawać wtedy drogą bieliznę w luksusowym butiku. Po kilku dniach zostanę zwolniona.

Że coś jest nie tak, czuję już, siedząc na sali kinowej największego kina w małym, homofobicznym mieście. Fotele są szare i ponure jak w PKP Intercity, a poczucie niezręczności rozrasta się do poziomu, przekraczającego standardową pojemność mojego ciała. Potem siedzę na krawężniku przed centrum handlowym i próbuję się rozwarstwić, jak w końcowej scenie Substancji – najbardziej feministycznego filmu roku 2024, jak głoszą mainstreamowe media.

Jestem pojemnikiem – osiemdziesiąt procent wody w mózgu, siedemdziesiąt pięć procent wody w sercu, siedemdziesiąt procent wody w skórze. Dzbanek filtrujący wodę Dafi. Poruszanie się na krawędzi tkanek materialnych jest w obecnych czasach niezwykle ryzykowne i podatne na reinterpretacje. Myślę o stanie psychicznym Luce Irigaray. Chciałabym zapytać ją o strategie trwania. Luce nie może być kamieniem. Musi dużo czuć. Podobnie jak ja: poprzez wrażliwe tkanki łączyć te światy, te poczucia mniejszościowych uwikłań, stanów niełatwych do kategoryzacji.

Rok temu trwała dyskusja o Patricku Califie. Tłum prężnie wyrażał swoją antyesencjalistyczną perspektywę. „To było paradoksalne” – mówi A. „Hormony nie transformują poczucia ciała. Są małymi molekułami, które tylko pływają we krwi i doczepiają się czasami do konkretnych miejsc. One nie mogą zbyt wiele, to wykracza poza ich charakter. Chemia, chemia, tak tylko wkładają nam do głowy media i ten cały kapitalizm. Że niby to wszystko wywołuje takie zmiany. Bodziec, reakcja, molekuły, receptory”. Wszystko dzieje się tu – A. podnosi szybko rękę i wskazuje palcem, z paznokciem pomalowanym czarnym lakierem niehybrydowym, na swoją głowę lekko powyżej prawej skroni. Osoby zebrane w sali odwracają się i kierują swój wzrok w stronę A. A. ubrany jest w ciemny sweter, a jego szyja pokryta jest czerwonymi elementami odstającymi od kolorytu jasnej skóry. Ma na sobie jeansy wide leg oversize i sneakersy Adidas Samba. Jego ciemne, równo przystrzyżone włosy pokryte są dobrej jakości pastą do włosów, zakupioną w sklepie Fale Loki Koki. Jego wygląd tylko podkreśla charakter jego materialno-psychicznej aparycji.

Cały zeszły rok odkładam codziennie na bok tendencje do regularnego myślenia o rozpuszczalności. Nie jest mi dobrze, ciało boli, ale mniej niż zazwyczaj. Zdaje się, że jestem bardziej ekstrawertycznie wysunięta. Myślę o tych momentach. Zwykle przychodzą niespodziewanie, a ja nagle staję się zupełnie inna. Zmieniam osobowość. Boję się tego.

Wpisuję w wyszukiwarkę hasło „osobowość wieloraka”, żeby przypomnieć sobie szczegółową ideę, stojącą za takim rodzajem psychopatologicznej kategoryzacji. Z kolei kiedy wpiszę „borderline” – objawy nie będą się szczególnie różnić od PTSD, ChAD-u, AFAB- ASD-u. Wszystko zależne jest od holistycznego spojrzenia, nie tylko efektów konkretnych zachowań czy „poczucia się w świecie”, lecz również warunków bytowych, bezpieczeństwa, zmysłowej wrażliwość i otwartości tkankowej.

O czym to jest? Przecież wiadomo, znamy się nie od dziś. Nie będę tutaj mówić o tym, że wszystko jest w porządku, że wierzę w zachodnią medycynę i wszelakie klasyfikacje psychopatologiczne. Możliwe, że przez właśnie takie słowa kompletnie skreślam się z rynku pracy. Już nikt nie będzie mnie chciał zatrudnić, a ja wyląduję, tak jak kiedyś – w sieciowej kawiarni, myjąc brudne naczynia bez rękawiczek. „Dostaję alergii” – tak wtedy myślę i umawiam się na Znanym Lekarzu do dermatologa. Najtańszy specjalista przyjmuje na Kryspinowie za sto pięćdziesiąt złotych. Lepsze lokalizacje wymagają wyższych cen, dlatego dermatolog na Grzegórzeckiej kosztuje już dwieście pięćdziesiąt, a na Karmelickiej trzysta. Dotarcie komunikacją miejską na Kryspinów pochłonie z mojego budżetu około dwanaście złotych, biorąc pod uwagę drogę powrotną, lecz najpewniej skończy się to silnym wypaleniem psychicznym, co otworzy ewentualność wywrotowego powrotu.

Nie raz już miałam w życiu taką sytuację, że moje plany musiały ulegać znacznym i nieprzewidywalnym transformacjom. To prawdziwa niespodzianka, nigdy nie wiadomo jak i kiedy wybuchnie przesyt. Wszystko dzieje się nagle, zupełnie tak jakby gromadzona przez cały dzień presja przestawała się mieścić. Wszystko się wtedy wylewa. Te pory skórne, ciągle one, one świdrują w zagęszczeniach transporterów akwaporynowych i nagle pękam, zupełnie jak Neo Bustamante w końcowej części performansu Sans Gravity. To nie są drobne myśli, to są poważne wybory. Overthinking jest cechą charakterystyczną układów nerwowych osób neuroatypowych.

Przypominam sobie, że ponownie stoję pod prysznicem. Bóle promieniują wzdłuż moich kończyn. Brak bólu jest stanem wyjątkowym, a odwrotność jest rzadkością. Zimą wygląda to szczególnie nieciekawie, bo dostęp do słońca jest ograniczony, a sugestie lekarza, związane z zakupieniem lampy UV, są przeze mnie regularnie lekceważone. Nie jestem złą pacjentką, choć czasami spóźniam się na wizyty. Nie sądzę jednak, że to jakkolwiek przesądza o tym, czy jestem zła czy dobra. Ponadto, zwykle jestem kulturalna i grzecznie słucham, trzymam ręce złożone na kolanach i staram się regulować pozycję – nie ruszam kończynami, na twarzy mam lekki, lecz niesztuczny uśmiech i łagodne spojrzenie. O głos nie muszę dbać, ponoć nadaje się do podcastów oraz wystąpień publicznych. Na wizyty wkładam swoje ciało w idealny kostium socjalizacyjny: choć mam krótkie włosy, czuję jak gumki frotki naprężają pasma na mojej głowie, a nogi pokrywają białe rajstopy.

Powróćmy do kwestii lampy. Otóż lampy nie kupię, bo jej cena przekracza moje możliwości finansowe. „To pojedynczy zakup, a starczy na lata” – mówi moja lekarka, a ja podejrzewam, że weszła w kontrakt z firmą Braun, bo to właśnie ją nieustannie reklamuje od dwóch lat, w sposób zdecydowanie ambasadorski.

Włosy. Nałożyć szampon. Mam dobry szampon. Szampon w kostce. Zamawiam go co dwa miesiące z firmy produkującej ekologiczne kosmetyki. Parabeny, emulgatory, konserwanty, stabilizatory. U dermatologa usłyszałam, że to atopowe zapalenie skóry. Toksyny najpewniej nie zatrzymały się na poziomie tkanki podskórnej dłoni, lecz przemieściły się z udziałem układu krwionośnego oraz limfatycznego do wyższych partii, gdzie zaczęły wywoływać stany zapalne na powierzchni twarzy. Dostałam receptę na łagodną emulsję do ciała dla skóry wysoce-wrażliwej oraz retinolowy krem, stosowany w przypadku trądziku.

Moja skóra jest zbudowana z porów posiadających nadmierne zagęszczenie transporterów akwaporynowych. Odstające ciało. To zawsze tak wyglądało: trzydzieści minut pod prysznicem, a każdy ruch boli. Nogi w ciemnych włosach. Tępa maszynka leży w brodziku w kolorze pożółkłej bieli. Cilit Bang nie domywa asamblażu z natury ożywionej i nieożywionej.

„Nie lubię dialogów” – myślę. „Nikt nie będzie cię czytał” – myślę. „Nie osadzasz ciał w czasoprzestrzeni, nie nadajesz imion, nie budujesz fabuły. Zawsze odstajesz, kreujesz się na dziwną queerówkę, choć mogłabyś inaczej. Sama z siebie robisz ofiarę” – powiedział B. „Ja byłem dla ciebie taki dobry, chroniłem cię przed złym człowiekiem” – dodał C. Patrzę na nich, ruchy sakadowe gałek ocznych. Tak jasno, promienie wnikają, nocyceptory uruchamiają swoje działanie. Tak jasno, już myślę o zakupieniu biletu do Norwegii. „Skyscanner. Skorzystaj z naszej oferty”. Dziewięćdziesiąt dziewięć złoty i jestem w innym świecie. Nie mogę powiedzieć, że wróciłam szczęśliwsza. Moje zewnętrze nie dawało do pewnego momentu żadnych specyficznych znaków. To nie film z morałem, to scena otwarta. Lustro pozostawało niezachwiane i inicjowało powstanie takiego samego obrazu, o każdej porze dnia i nocy. Nie odpowiadam na pytania: dlaczego i co mi z tego.

„Nie czucie się” człowiekiem sprawia, że ukonstytuowane formy wypowiedzi przestają istnieć. Z poziomu wiedzy, usytuowanej poprzez jednopłaszczyznowy okulocentryzm, można wykreować całkiem dobry, uformowany pod strategie przetrwania konkretnych jednostek, świat.

„Nie chcę stać się kobietą” – powiedziałam kiedyś. Mój niebinarny sposób funkcjonowania nigdy nie dotyczył jedynie konstruktów płciowych, lecz wszystkich tożsamości świata cechujących się płynnością rozlewającą się poza formę. Nasze ciała składają się z bakterii, grzybów i protistów, których genomy, jak zaznaczyła Donna Haraway w When Species Meet, wypełniają nasze komórki w dziewięćdziesięciu procentach. Mamy w sobie tak naprawdę niewiele tego, co nazywamy nami. Nasze ciała rozpraszają się w hybrydycznych przestrzeniach, zostawiają martwe komórki naskórka na fotelach w Starbucksie, a potem przenoszone są na płaszczach, kurtkach i designerskich spodniach osób biorących udział w wycieczkach szkolnych.

„Nie chcę stać się kobietą” – powiedziałam kiedyś. Siedziałam wtedy na lekko przybrudzonej staromodnej wersalce w niewielkim gabinecie, mieszczącym ludzi o wypracowanym już statusie społeczno-ekonomicznym. Moje ciało było wtedy małe i cienkie, moja skóra straciła żywość, a hemoglobina nie mogła pełnić swojej funkcji, ponieważ Fe2+ fizycznie nie istniało w tym – mimo wszystko, skoncentrowanym i ujmowanym przez pryzmat jednego formalnie zamkniętego organizmu – ciele. Niedobory płynów i substancji odżywczych uzupełniano wówczas poprzez regularne stosowanie kroplówek o poszerzonym składzie. Każda z osób o wypracowanym już statusie społeczno-ekonomicznym pragnęła mojego szybkiego powrotu do formy sprzed. Każda z nich dotykała mnie szorstkimi dłońmi interpretacji. Każda z nich wykonywała swoje zadania. „Nie możesz im nic zarzucić” – usłyszę kiedyś. „Ci ludzie chcieli ci pomóc, przecież twój stan, zobacz, przecież twój stan (pauza), to było nielekkie (pauza), prawie się rozwarstwiłaś”. To był rok 2011, miałam wtedy jedenaście lat, a niebinarność w polskich systemach interpretacji DSM i ICD była wówczas jeszcze zamazana białym, stężałym płynem korektora, który w atmosferze braku kontaktu z powietrzem, utrzymywał się w stanie płynnej (queerowej) tożsamości.

Porównywanie queerowego ciała do sztucznej i szkodzącej zdrowiu mieszanki korektorowej, powierzchniowo może wydawać się nienajlepszym pomysłem, jednak zastosowana powyżej metafora odnosi się, przede wszystkim, do stanów skupienia, wysokiej i niskiej entropii oraz stosunku do form tożsamości nieukonstytuowanej przez binarne kryteria. Kiedy język niemetaforyczny nie działa już w żadnym ujęciu (proszę mi uwierzyć, próbowałam podchodzić do tematu z różnych perspektyw, mówiłam z użyciem słów jaśniejszych, z użyciem słów trudniejszych, stosując formę gładkiego przepływu dyskusyjnego, a także często narażając się na niekorzystne zachowania grup stojących za dualistycznymi kryteriami), to zaczyna się wychodzić poza realność i wkraczać w ujęcia posthumanistyczne.

„Nie rozumiem tego” – mówi D. „Ten cały posthumanizm, on jest jakiś taki obcy, te twoje teksty odchodzą od tkanki tu i teraz, są jakby zanurzone w czymś niejasnym i to wychodzenie ciała poza ludzkie, to nie wiem, nie obraź się, ale to jest jakieś niezgrabne, jakieś takie właściwie kosmiczne i nurtowo zagłębiające się za bardzo w science fiction. Ten brak fabuły, myślę, że to już nie na dzisiejsze czasy”. Siedzą wtedy przy winie. On pije czerwone wino półsłodkie, ona pije białe wino półwytrawne. W pomieszczeniu panuje półmrok, temperatura utrzymuje się na stabilnym poziomie, lecz zdecydowanie niskim. On i ona mają na sobie okrycie wierzchnie. To zima. Usiedli w ogródku, cóż, to pewien rodzaj odwagi. Tak, na pewno. Niby ogrzewają się przy gazowym promienniku, ale najpewniej działa za słabo. Po paru minutach ona zaczyna drżeć, on przez całe spotkanie kaszle i łyka co godzinę tabletki na ból gardła. Zarażają się nawzajem, ale mimo to, ciągle otwierają usta, ciągle formułują nowe i nieistniejące pomiędzy nimi wcześniej układy zależności. „Zgadzam się z tobą D” – odpowiada ona. „Afabularność jest ciężka, ale ta strzępowość tekstu nie jest przypadkowa”. Siedzą tak przez kilka godzin. „Treść to jedna rzecz” – dodaje ona pod koniec. „Ale eksperymentalny, peryperformatywny układ potrafi wykreować prawdziwy kształt rewolucyjny”.

Będę ponosić konsekwencje, już je ponoszę, choć staram się uśmiechać i nie ujawniać tego, że od pewnego czasu żyję w stanie niekompatybilności. Muszę skontaktować się z Luce Irigaray, dowiedzieć się – to już nie są żarty – jak ona przetrwała i jak nadal udaje jej się trwać.


Tekst: suri stawicka (she/her/they/them) – aktywistka i artystka interdyscyplinarna skupiająca się na aspektach queerowych, ekofeministycznych oraz neuropsychocielesnych. Jej głównymi mediami przekazu artystycznego są proza poetycka, strumień świadomości oraz fotografia. Ig: @queer_based

Korekta: Amelia Kamińska.

Ilustracje: Magda Kotlarek – kocha pieski, bycie offline, tworzenie czegoś namacalnego, długie spacery i las. Na co dzień pracuje zdalnie w agencji brandingowej, ale najbardziej lubi odciąć się od cyfrowego świata i dłubać w linorycie. Wraz z kumpelką–wspólniczką prowadzi też warsztaty z linorytu, gdzie dzieli się swoją pasją. Instagram Magdy.