Zmarła, kiedy miałam dwadzieścia jeden lat. Mogłam podejrzewać, że jej śmierć się zbliża. Umierała powoli, od dawna, po cichu. Jej palce, które kiedyś wiązały moje buty, nie potrafiły już utrzymać kubka z jaśminową herbatą. Gdy ją przytulałam, nie czułam dobrze znanego mi zapachu wzburzonego morza i fig. Okulary, używane tylko do czytania, od kilku miesięcy leżały zakurzone na kredensie. Na moją obronę muszę jednak zaznaczyć, że wiele rzeczy wciąż trzymało ją po stronie życia. Jej uśmiech pozostawał taki jak wcześniej. Codziennie zakładała na siebie łańcuszek z obrączką. Świetnie pamiętała wszystkie przepisy z młodości. Kultywowała też naszą tradycję oferowania mi tony słodyczy ze swojej „magicznej szafeczki” w salonie. Chyba dlatego jej śmierć aż tak mnie poruszyła.
Pamiętam, jak pierwszy raz po pogrzebie pojechaliśmy do jej mieszkania, a ja usłyszałam ciszę. Nigdy wcześniej nie było tam aż tak cicho. Gdy żył dziadek, pokoje wypełniał ich śmiech i rozmowy. Później ona wypełniała je dźwiękiem tureckich seriali. Nigdy nie zrozumiałam tej miłości, ale pozostało mi ją akceptować, bo sama uwielbiałam przygotowywać dla niej jedzenie w kuchni, gdy w tle rozbrzmiewały te dziwne telenowele. Ten dźwięk oznaczał, że tu była.

Stałam w holu z olbrzymią granatową torbą z Ikei przewieszoną przez ramię. Była wypchana przedmiotami, które wyszukiwarka i moja mama uznały za konieczne do sprawnego opróżnienia mieszkania. Wtedy uświadomiłam sobie, że tak naprawdę nigdy nie było ono ciche. Doskonale pamiętałam każdą z nocy spędzonych u dziadków. Do siódmego roku życia bałam się chrapiącego sąsiada, co powinno stanowić argument w dyskusjach na temat dalszego straszenia śląskich dzieci bebokami. Zawsze wiedziałam, kiedy sąsiadka wracała z zakupów do domu i kiedy sąsiad z góry wychodził na noc do pracy. Dźwięki ich codzienności mieszały się tu z codziennością dziadków.
Teraz, po jej śmierci, mieszkanie nadal wypełniały odgłosy cudzych żyć. Sąsiadka z „dziesiątki” była w trakcie przygotowywania kotletów schabowych, a pan Andrzej z „czternastki” bawił się w najlepsze ze swoim owczarkiem niemieckim. Życie toczyło się wszędzie, tylko nie tutaj. Jak gdyby tylko dla mnie Wandzia z „jedenastki” miała kiedykolwiek jakieś znaczenie.
Pies pana Andrzeja zaczął ujadać dokładnie w tym samym momencie, w którym przez drzwi wejściowe przeszli moi rodzice. Patrząc na wszystkie przyniesione przez nich rzeczy, można było błędnie pomyśleć, że nie szykują się do uprzątnięcia mieszkania, tylko do wojny pozycyjnej. Czy wyobrażali sobie, że nie opuszczą tego miejsca przez następne osiem miesięcy?
Od jej śmierci minęło zaledwie kilka dni, choć równie dobrze mógł to być tydzień czy dwa. Dla nich był to wystarczający czas na pogodzenie się z „naturalną koleją rzeczy”, co dobitnie dał mi do zrozumienia tata, gdy próbowałam nakłonić ich do znalezienia najemcy. Rodzice zgodnie stwierdzili, że w takim wypadku konieczny byłby remont, a potem i tak wynikłyby z tego same problemy. Prędzej czy później coś by się popsuło albo zostało popsute. Nie było sensu zaprzątać sobie tym głowy, szczególnie że każdy z rodziny miał swoje miejsce na ziemi i wydawał się względnie szczęśliwy. Nie widziałam sensu w dalszej walce. Oni zawsze znajdowali się na wygranej pozycji, a ja w akcie buntu mogłabym co najwyżej przestać oddychać, choć nie sądzę, by miało to przynieść pożądany efekt.
Znaleźliśmy się zatem w pustym mieszkaniu, które wypełniały dźwięki życia obcych ludzi, z misją pozbycia się wszystkiego, co świadczyło o tym, że kiedykolwiek tu była.
Musieliśmy podzielić między siebie sześćdziesiąt cztery metry kwadratowe powierzchni mieszkalnej. Trzy pokoje, kuchnię i łazienkę. Najważniejsza ze wszystkich pomieszczeń była sypialnia. Czekała na mnie. Nie byłam w niej od wielu lat, więc czułam się tam nieswojo. W pewnym wieku człowiek zaczyna rozumieć, że sypialnia jest miejscem wyjątkowo intymnym, przeznaczonym dla właścicieli i nikogo więcej. Sypialnia to dom koszmarów, uniesień, smutków i przyjemności. Wszystkiego, czego nie powinny widzieć oczy innych, a szczególnie najbliższych.
Przyszła kolej na opróżnienie szafy babci, której ciężkie dębowe drzwi skrzypiały przy choćby najmniejszym ruchu. Gdy byłam mała, uwielbiałam się w niej chować. Wchodzić między miękkie sukienki i garsonki wiszące na wieszakach. Dawało mi to poczucie bezpieczeństwa, a czasem pozwalało nawet podsłuchiwać rozmowy zza ściany. Przenikające przez nią strzępki słów były zagadką dla mojego kilkuletniego umysłu. Karmiły moją wyobraźnię i pozwalały tworzyć niezliczone historie na temat ich właścicieli. Mogli być wtedy czarodziejami z wielką biblioteką, magicznymi stworami, które nocą zmieniały się w potwory, albo ekscentrycznymi autorami książek dla dzieci. Każdy dźwięk, który dolatywał do mnie przez dębowe drewno, stawał się opowieścią. Teraz, lata później, znowu miałam ochotę to zrobić. Wejść do środka i pozwolić sobie zniknąć między jej ubraniami.
Usiadłam na podłodze przed otwartą szafą. Nie było tam już śladów obecności dziadka – żadnych garniturów, koszul i sentymentu. Patrząc na mamę, która biegała po korytarzu z czarnymi workami i co chwilę krzyczała: „To się już nie przyda. Wrzuć do wora w salonie”, zdałam sobie sprawę, że praktyczność była cechą, która łączyła ją z babcią. Oczywiście, trzymanie sterty ubrań po zmarłym mężu trzynaście lat po jego śmierci jest niedorzeczne. Mimo to sądziłam, że zostawiła po nim cokolwiek. Chociaż jedną pamiątkę. Po raz pierwszy w życiu poczułam wobec niej aż tak silną niechęć i złość.
Wpatrywałam się zawartość szafy licząc, że natrafię na jakikolwiek należący do niego przedmiot. Nie zależało mi na niczym wielkim. Wystarczyłby jego ulubiony krawat czy niebieska koszula, którą zakładał tylko na wyjątkowe okazje. „Dlaczego nic tu nie ma?” mruknęłam do siebie. W odpowiedzi usłyszałam śmiech niosący się po klatce schodowej. Tupot stóp zbiegających z piętra wyżej. Spieszących się nie wiadomo dokąd i nie wiadomo po co. Zupełnie jakby jakaś siła wyższa – niektórzy nazywają ją Bogiem, inni Wszechświatem – próbowała mnie wyśmiać.
Zaczęłam gwałtownie wyjmować ubrania i pakować je do czarnych worków. Niektóre z nich nie były noszone od wielu lat. W innych widywałam ją często, gdy podjeżdżałam pod blok moim zdezelowanym fiatem, żeby zawieźć ją na niedzielną mszę. Wkładałam do środka sukienki, podomki, spódnice, tak że wszystko zlewało się w jednolitą kolorową masę. Nie miałam cierpliwości, żeby składać je w kostkę. Niczym pięcioletnie dziecko chciałam, żeby rodzice żałowali, że mnie tu ze sobą zabrali. Gdybym mogła, położyłabym się na środku podłogi, zaczęła płakać i rzucać w nich wszystkim, co wpadłoby mi w ręce. Na rodzicach nie zrobiłoby to jednak wrażenia.
Stłumione kichnięcie wyrwało mnie z transu. Dziadek w takich momentach nawykowo odpowiadał ścianie: „Na zdrowie”. Lubił zaskakiwać wszystkich ciekawostką o angielskim „bless you” i epidemii dżumy, która miała spopularyzować ten zwrot. „Na zdrowie” – odpowiedziałam cicho ścianie, jednak zamiast „dziękuję” usłyszałam tylko dźwięk włączanego telewizora. Wiadomości, które docierały do mnie w urywkach, nie zapowiadały końca świata.

Tekst: Wiktoria Targosz (autorka biorąca udział w programie mentoringowym Dziewczyny Maszyny).
Ilustracje: Zosia Białas – Ilustratorka i projektantka graficzna ze Śląska, po ASP w Katowicach. Miłośniczka rysowania chwastów i kotów.

