W 2022 roku zamieszkałam na południu Portugalii, w regionie Algarve, przenosząc się tam po dwóch latach spędzonych w Francji. Doświadczenie emigracji, choć dobrowolne, zaczęło wówczas powoli tracić dla mnie powłoczkę ekscytującej nowości i czasem przypominało zmaganie z nawracającym bólem zęba.

Intuicyjnie szukałam ludzi, którzy także doświadczyli wyjazdu do obcego kraju i rozpoczynania życia niejako na nowo. Tak też pojawiło się dwoje bohaterów tego tekstu, którzy na przestrzeni miesięcy stali się moją nową rodziną. Źródłem tekstu i towarzyszących mu zdjęć jest więc ciekawość doświadczeń emigracyjnych innych ludzi, którzy z różnych powodów budowali swoje życia z dala od rodzinnego kraju.

Los emigracyjny, wielomiarowy, jest też niemalże immanentnym składnikiem ludzkiej egzystencji – dzisiejsi emigranci dzielą go z wieloma pokoleniami emigrujących przed nimi ludzi. Czasem odmienia życie na lepsze, czasem bywa trudny i bolesny. Pomimo swej różnorodności, jest jednak doświadczeniem, które łączy ludzi na wskroś kultur z których pochodzą.

Wychodząc od doświadczeń osobistych, poprzez rozmowy z bohaterami tekstu oraz fotografię, próbuję przekroczyć własną perspektywę w twórczym działaniu i otwarciu na świat takim, jakim doświadcza go druga osoba.

***

Śnieżyca zatrzymała ich w Tours na trzy noce. Zaparkowali ford escort z przyczepą na parkingu przed pierwszym napotkanym hotelem na obrzeżach miasta. Z auta, wprost w szalejącą zamieć, wysiadała szczupła, energiczna blondynka i młody, wysoki chłopak i pognali do recepcji hotelu. Była druga połowa lutego 1985 roku, kiedy Geertruida, zwana Trudy i Jan Willem opuścili Haarlem. Trudy, aby dołączyć do partnera, Jan Willem, aby towarzyszyć ciotce w podróży i zobaczyć trochę świata – miała to być dla niego przygoda trwająca kilka miesięcy. Trzydzieści dziewięć lat później obydwoje chronią się w cieniu przed upałem południowej Portugalii.

Partner Trudy, Joke, od kilku miesięcy mieszkał w wiosce Almádena, położonej niedaleko niedużego wówczas miasta Lagos w Algarve, najbardziej południowym regionie kraju. Ktoś poradził im, aby do Portugalii jechać przez Hiszpanię, kierując się do Sewilli, skąd było już blisko do granicy – dzięki temu omijali będące w nienajlepszym stanie portugalskie drogi. Granicę między dwoma krajami wyznacza rzeka Guadiana. Dziś na rzece jest most, który umożliwia swobodny ruch samochodowy, w latach 80. aby wjechać do Portugalii należało przeprawić się na drugi brzeg barką. Ford escort z przyczepą ledwo zmieściły się na pokładzie i Jan Willem z obawą obserwował koła auta wystające poza barkę. Przyczepa miała bowiem wielką wartość dla młodego Holendra. Nie tylko przewoziła cenną lodówkę i maszynę do szycia Singer należącą do matki Trudy, lecz miała być jego domem w trakcie kilkumiesięcznego pobytu w Algarve. Szczęśliwie dotarli na drugi brzeg Guadiany i kontynuowali swoją podróż prowadząca wzdłuż portugalskiego wybrzeża drogą krajową N125. W miejscowości Odiáxere asfaltowa droga urywała się i ostatnie kilometry, aż do Almádeny, pokonali jadąc drogą szutrową.

Jan Willem pamięta malutkie miejscowości, wąskie gruntowe drogi, puste (o każdej porze roku) plaże i wspaniały zapach oceanu. Zdumiewali go niscy ludzie, starsze kobiety odziane na czarno, skromna oferta lokalnego sklepiku, jedyny telefon w okolicy dostępny na poczcie prowadzonej przez stare małżeństwo. Wszystko tak bardzo różniło się od rodzinnego Haarlem. Społeczność obcokrajowców, choć istniała, była stosunkowo niewielka. Almádena, gdzie żyli, była małą wioską. Życie towarzyskie skupiało w jedynej kawiarni i wokół telefonu na poczcie. Joke pracował na budowach, Trudy zamierzała oferować usługi krawieckie na przywiezionym Singerze. Po pewnym czasie poznała przedsiębiorczą Angielkę, która piekła ciasta i szukała osoby chętnej by zająć się ich dystrybucją. I tak Trudy zaczęła swoim Renault 4L dostarczać ciasta od Albufeiry po Sagres. Jan Willem mieszkał w przyczepie obok domu ciotki i dorabiał wykonując drobne prace. Po kilku miesiącach wrócił do Holandii, gdzie zostawił dziewczynę. Na miejscu okazało się, że uczucie Ingrid osłabło i chłopak nie miał już zbyt wielu powodów by zostać w Haarlem. Wrócił więc do Almádeny.

Dla Trudy Algarve szybko stało się domem. Wspólnie z Jokiem zaczęli budowę własnego domu, sprzedaż ciast szła dobrze, a Joke nadal świadczył rozmaite usługi budowlane. Gdy po roku Trudy sprzedała swój dom w Haarlem, wiedziała, że decyzja o emigracji jest na zawsze. Związali swoje życie z Algarve i Trudy nie chciała już tego zmienić. W Holandii pracowała jako nauczycielka przedmiotów kreatywnych i choć lubiła swoją pracę, pragnęła zmiany i nie pociągała jej wizja pracy w szkole do emerytury. Po powrocie do Almádeny Jan Willem kontynuował pracę jako złota rączka, a potem zatrudnił się w warsztacie samochodowym. Mógł wyprowadzić się z przyczepy i zamieszkał w maleńkim domku, będącym jedną izbą z przeciekającym dachem. Mijały miesiące i Jan Willem poznał Soledad, portugalską dziewczynę o blond włosach, którą wkrótce poślubił. Wszystko wskazywało więc, że i dla niego południe Portugalii stanie domem.

Trudy i Jan Willem, jak i pozostali obcokrajowcy, którzy przybyli do Algarve na długo przed turystycznym boomem, stali się świadkami radykalnej przemiany tej uboższej i nieco zapomnianej wówczas części kraju. Rosnąca popularność regionu spowodowała chaotyczny rozwój usług i infrastruktury turystycznej. Poprawiła sytuację materialną mieszkańców tworząc nowe obszary zatrudnienia, zarazem jednak dynamiczny i poddany niewielkiej kontroli charakter zmian zachodzących w Algarve od lat 60. dokonał erozji autentycznego charakteru południowego krańca Portugalii. Najbardziej liczną grupą obcokrajowców mieszkającą na stałe lub posiadającą nieruchomości są obywatel Wysp Brytyjskich. Czasami, jak przyznaje Jan Willem, czuje się tu jak w małej Anglii. Choć rozwój regionu przyniósł wiele dobrego jego mieszkańcom, ma on także swą ciemną stronę. Równolegle zachodzi proces zanikania specyficznego dla Algarve stylu życia stanowiącego o wyjątkowości tej części kraju.

Po kilku latach małżeństwa, na początku lat 90. Jan Willem wspólnie z żoną zdecydowali się wyjechać na pewien czas do Holandii. Tam, zgodnie z technicznym wykształceniem, znalazł pracę w miejskiej firmie zapewniającej wodę w Amsterdamie i okolicach. Biegle władał językiem portugalskim zaczęto więc wysyłać go w roli tłumacza do Mozambiku, gdzie Holandia współpracowała z lokalnymi władzami przy wdrażaniu nowoczesnych systemów zarządzania wodą. Po kilku latach spędzonych w Holandii i Mozambiku, zdecydowali się wrócić do Algarve.

Na początku lat 90., Trudy i Joke postanowili założyć szkołę dla dzieci osiadłych w okolicy Brytyjczyków. Początkowo, prowadzili kursy we własnym domu, jednak zapotrzebowanie rosło, otworzyli więc międzynarodową szkołę w opuszczonym budynku szkolnym w czasów Salazara. Prowadzili ją wspólnie do 2012 roku, zmagając się wytrwale z portugalską biurokracją i przeprowadzając się aż ośmiokrotnie. Kolejne pokolenia uczniów zdawały końcowe egzaminy w ośrodku egzaminacyjnym w Faro, a Trudy z dumą wspomina ich świetnie wyniki. Wielu z nich nadal spotyka i cieszy się, że zostali w okolicy.

Druga połowa lat 90. przyniosła nieoczekiwane zmiany w życiu Jana Willema. Pewnego dnia odwiedziła go dwójka przyjaciół z czasów szkolnych. Złożyli mu propozycję, aby dołączył do nich w pracy nad stroną internetową, która na początku nowego tysiąclecia okazała się wielkim sukcesem, stając się ulubioną stroną startową Holendrów, zmieniając tym samym życie trójki przyjaciół. W tamtym czasie Jan Willem mieszkał już w okolicy Bensafrim. Na skalistym wzgórzu, górującym nad niewielką miejscowością, kupił z żoną swój pierwszy dom. Był to zrujnowany kamienny budynek z przyległościami na pustej, skalistej ziemi o rdzawym kolorze. Dziś, trzydzieści lat później, dom otaczają drzewa, krzewy, palmy i kaktusy oferując cenny cień i chłód. Dawniej było tu bardzo cicho. Gdy wiał wiatr z południa można było usłyszeć pociąg wjeżdżający do oddalonego o 8 kilometrów miasta Lagos. Przez kolejne dekady na wzgórzu sporo się zmieniło. W 2003 roku ukończono budowę autostrady Via Infante de Sagres biegnąca z Lagos do granicy z Hiszpanią, która kończy się w Bensafrim. Na wzgórzu jest też kilkoro sąsiadów więcej, nadal jednak jest to miejsce spokojne i ciche, zielona wyspa pełna ptaków i cykad głośnych w upalne dni. Mieszkają tu lisy i zające, czasem w dalszym kącie ogrodu pojawi się półdziki kot polujący na myszy. Cztery lata temu Jan Willem stracił żonę, która ofiarowała mu nowy język i kraj. Wiele się zmieniło od tego czasu i choć ostatnio opuścił go także pies, który żył z nimi blisko 20 lat, Jan Willem zaczyna mieć nowe plany i życie zdaje się nadal traktować go przychylnie.

Po śmierci partnera, Trudy zdecydowała się przenieść do większej miejscowości i zamieszkała w Budens. Lubi swój nowy dom, z dużymi oknami na patio pełne roślin oraz antresolą, gdzie czyta i odpoczywa. Razem z nią, w domu mieszkają Edith, Roma i Pimpinella, trzy psy, które na przestrzeni ostatnich lat, jeden po drugim, trafiły pod opiekę Trudy. Trudy nigdy nie żałowała decyzji o emigracji, dla niej życie toczy się tu i teraz. Lata spędzone w Portugalii pozwalają jej patrzeć na kraj tak, jak patrzy się na dziecko, które dorasta i zmienia się na przestrzeni czasu. Jest źródłem inspiracji, dumy, ale i troski. Obydwoje są osadzeni w języku. To odróżnia ich od obcokrajowców osiadających w Algarve w późniejszych latach, którzy bardzo często nie znają języka portugalskiego. Bogata oferta usług w języku angielskim pozwala tu żyć bez znajomości języka, kultury i zwyczajów kraju. Jak zauważa Jan Willem, czterdzieści lat temu angielski był językiem marginalnym, prawie nikt się nim posługiwał. Teraz, szczególnie w miejscowościach popularnych wśród emigrantów, jest to język dominujący. Dla obojga to ludzie są powodem, dla którego nigdy nie opuścili tego miejsca. Dziś dzień Trudy wypełnia praca charytatywna, przyjaciele i opieka nad psami. Jan Willem zakochał się w Soledad i kilkumiesięczna przygoda zmieniła się w historię jego życia. W Portugalii mieszka dłużej niż w Holandii. Kim się więc czuje? Zawszę będę Holendrem, odpowiada, ale zarazem myślę, mówię, śnię po portugalsku. To mój język. Chociaż, przyznaje, dla ludzi, których spotykam po raz pierwszy, jestem estrangeiro ze względu na mój wygląd. Ci, którzy mnie znają, traktują mnie jak Portugalczyka. Poza tym, nie sądzę, aby narodowość miała aż takie znaczenie. Latami wchłaniali portugalską kulturę, język, klimat, pejzaż. Cztery dekady spędzone w Portugalii to misternie utkana sieć powiązań, gdzie każdy element umiejscawia ich oboje i zakorzenia. Dla siebie nawzajem są rodziną, taką która łączą więzy krwi. Dla innych stali się rodziną wraz z upływem czasu, podążając z jednego kraju w inny, jak miliony przed nimi.

(Sierpień 2024)


Tekst i zdjęcie: Natalia Pakuła — absolwentka intermediów (Uniwersytet Artystyczny w Poznaniu) i filozofii (Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu). Zajmuje się fotografią, robi także kolaże, od czasu do czasu składa też książki i czasopisma. Żyje pomiędzy dwoma krajami — Polską i Portugalią.
Strona: www.nataliapakula.com
Instagram: @pakula_natalia
Behance: @nataliapakula

Zdjęcie główne: Taras zbudowany przez partnera Trudy, w ogrodzie przy ich dawnym domu, Barão de São Miguel

Wszystkie zdjęcia © Natalia Pakuła