Nie pamiętam już, dlaczego zdecydowałam się do nich pójść. Może z nudów, może po to, by oderwać się od myśli, wyrwać od siebie. Wystroiłam się w koszulę, za którą niespecjalnie przepadałam, ale jak się teraz nad tym zastanawiam, to chyba intuicyjnie uznałam, że ten mięsisty materiał i napompowany krój staną się moją zbroją, pokrzepią wątłe, drżące jeszcze od nieprzeżartych emocji ciało.

Nie pamiętam też, po jakim czasie uznałam, że to nie był najlepszy pomysł. Mogę jedynie stwierdzić, że smętna myśl uderzyła mi do głowy jeszcze zanim dotarły tam bąbelki prosecco. Siedziałam i rysowałam opuszkiem palca po stole, udając skupienie. Z nadzieją czekałam, aż ktoś powie coś, co ruszyłoby moje struny, natchnęło, wzruszyło albo po prostu wskazało, że nie tylko ja snuję się nocami po mieszkaniu. Znałam ich przecież, nie każdego, ale większość i raczej z osobna. Z osobna, bo ta zbieranina okazała się mieć dziwny kształt: nierówny i kanciasty. Choć zewnątrz błyszczała, to po dotknięciu przypominała zwilżoną deszczem ziemię. Barwiła palce, próbowała wciągnąć i pożreć.

No więc ta zbitka ludzkich ciał i myśli mówiła. Głos miała dziwny, nieswój, zbyt wysoki, piskliwy. Czasem zanosiła się histerycznym śmiechem, choć czułam, boże jak ja czułam, ten żal pojedynczych tonów, który tkwił tam na dole, gdzieś między obojczykiem a przełykiem. Co jak co, ale słuchaczem jestem dobrym, mam ucho wyczulone, słyszy nawet to, co niesłyszalne, co szepczą i gulgają wnętrzności.

Kakofonia była nie do wytrzymania, choć widowisko pasjonujące. Jedna osoba ze świstem wciągała powietrze i wstrzymywała je na wypadek, gdyby chwilowemu mówcy zabrakło tchu i żeby szybko wtrącić swoje, żeby zmieścić się w szczelinę wdechu. Oni nie chcieli kochać, oni chcieli być kochani. Myślicie, że nie widziałam, jak podczas przemówień bacznym wzrokiem obserwowali, czy potokiem słów wywołali nikły grymas zazdrości albo najdrobniejszy choć szept podziwu. Koloryzowali żartami albo górnolotnymi frazesami swoją codzienność, żeby językiem jak różowa guma balonowa pozaklejać swoje ranki i smuteczki. Czemu nikt nie mówił o tym, jak bardzo tęskni za tą osobą, która przedarła się do ich rdzenia, pazurami rozdrapała ich gorące wtedy serca, wzburzyła tuman rozochoconych motyli w podbrzuszu. Albo o tym, jak ich skręca, kiedy widzą, jak ktoś inny spełnia ich skrzętnie zakopane marzenia, po które nie odważyli się sięgnąć?

Ględzili tak, aż zrobiła się noc. Noc na wpół znużona, na wpół gotowa, by przyjąć ich takimi jakimi są, pełnymi mroku i cieni, które ona zrozumiałaby, bo sama była z nich utkana. Czekała, aż alkohol zmyje te ich gesty, słowa, w które sami nie wierzą, ale oni byli wytrwali. Wyparli się jej, tej nocy, która mogła być niezwykła i jak ćmy lgnęli do światła, wzbijali się w górę, na wyżyny swojej kreatywności, byle już plączącym się językiem jeszcze coś tam wtrącić.

Wychodziłam z pełną głową wypielęgnowanych, wyćwiczonych do granic możliwości opowiastek i nadmuchanych ego, i wzięłam za świadków te kilka gwiazd, które rozświetlały tamtą noc, gdy obiecywałam sobie, że nigdy tam nie wrócę.

I teraz nie wiem, jak mam im wytłumaczyć, że znowu stoję pod tymi drzwiami.


Autorka tekstu: Tatiana Zawrzykraj – lubi czytać to, co napisały Patti Smith, Susan Sontag, Zadie Smith. Inspiruje ją cisza, natura i mądrzy ludzie. Pisze scenariusze i opowiadania, cały czas się uczy.
Instagram: @tzawrzykraj

Autorka ilustracji: Zuza Gadomska – ilustratorka i graficzka pracująca i mieszkająca w Trójmieście. Zaczynała ilustrowaniem architektury, dziś podejmuje już w swoich pracach różne tematy. Czerpie inspiracje głównie z architektury i historii sztuki. Współpracuje od paru lat z galerią Cité Radieuse 318.  Uwielbia Bałtyk zimą. 
www: zuzagadomska.com 
Sklep: zuzagadomska.shoplo.com 
Instagram: @zuza.gadomska 
FB: Zuza Gadomska Ilustracje