Jestem zmęczona, wiecie?

Zmęczona dyskusjami o tym, czy promowanie programowania wśród dziewczynek to nie jest przypadkiem dyskryminacja chłopców. Naprawdę? Znakomita większość programistów to mężczyźni – i nie, bynajmniej nie uważam, że to coś złego. Nasuwa się jednak pytanie, czy jest sens promować coś wśród osób, które i tak mają dużą szansę zainteresować się kodowaniem bez dodatkowej zachęty – dla chłopaków to, że mogą w przyszłości programować, jest oczywiste, bo programistów jest mnóstwo. Programistek – o wiele mniej, więc szanse, że mała Zosia czy Hania pomyśli o związaniu swoją przyszłość z informatyką, są marne.

Ba, za dzieciaka sama bym tak nie pomyślała. Jednocześnie daleko było mi do myślenia, że dziewczyny się do czegoś nie nadają lub czegoś nie powinny robić – kiedy miałam czternaście lat, zakochałam się w Formule 1, odgrażałam się, że będę studiować mechanikę na politechnice i miałam gdzieś, że to takie mało dziewczęce.

No dobrze, mało dziewczęce. No i?

Programowanie nie przeszło mi jednak przez myśl, bo niby dlaczego miałoby przejść? Nie miałam żadnego wzorca i byłam święcie przekonana, że się w tym nie odnajdę – przecież nie znam się na komputerach. W liceum, za namową rodziców, poszłam jednak na rozszerzenie z informatyki i okazało się, że to całe kodowanie jest całkiem fajne i logiczne. W sumie, dlaczego by nie studiować informatyki?

I tym sposobem faktycznie wylądowałam na politechnice.

Jeśli myślicie, że samo spróbowanie programowania wystarczyło, żeby zostać pasjonatką kodu, muszę was rozczarować. Studiowałam, oddawałam projekty w terminie, ale… Niewiele więcej. Okej, nagle miałam więcej (potencjalnych) programistów wśród znajomych, ale nie było to dla mnie motywacją do rozwoju na własną rękę. Ot, przebimbałam sobie pierwszy rok bez większych emocji.

A potem trafiłam do kobiecego zakątka technologicznego świata – sygnowanego marchewkami od Geek Girls Carrots i motywacyjnymi hasłami od IT for SHE – w którym poznałam kilka fantastycznych dziewczyn zajmujących się technologiami i dało mi to większego kopa motywacyjnego, niż bym się spodziewała.

W momencie, w którym to piszę, w głowie nadal siedzi mi rozmowa z kilkoma mężczyznami na jednej z programistycznych grupek na Facebooku. Rozpoczęła się pod postem na temat tego, jak programy dla dziewczyn rujnują branżę IT. Post był oczywiście bardzo słabym baitem – słabym jakościowo, ale nawet takie całkiem nieźle rezonują, o czym świadczy też samo to, że w ogóle dałam się wciągnąć w dyskusję. Kiedy chciałam się wycofać z szacunku dla mojego zdrowia psychicznego, zostałam nazwana „feminazistką bez argumentów”.

Jasne, na pierwszy rzut oka programy typu „Nowe Technologie dla Dziewczyn – stypendium, mentoring i staż,” przyznawane najlepszym studentkom kierunków technicznych przez Fundację Perspektywy i Intela – wydają się niesprawiedliwe. Przez naprawdę długi czas nie wiedziałam, jak się do tego odnosić, ale potem trafiłam na świetny wpis Ady Kosterkiewicz na temat parytetów i wyrównywania szans:

Wyrównywanie szans ma to do siebie, że aby je wyrównać, trzeba najpierw jakiejś grupie odebrać nadmierne przywileje. Czyli zmniejszyć szanse. Tak z 90 procent do 50, bo o to chodzi w równych szansach. I pewnie, że grupa do tej pory marginalizowana może na starcie dostać jakieś fory, ale jeśli to ma być cena za to, że w przyszłości będzie po równo, to ja w to wchodzę. Bo powiedzmy sobie otwarcie, nie żyjemy w świecie równych szans. Ogranicza nas ekonomia, geografia i historia: to, gdzie się urodziliśmy, komu się urodziliśmy i kim się urodziliśmy, gdzie mieszkamy. Płeć też, nawet jeśli wydaje się nam, że jest inaczej.

(Najzabawniejsze jest to, że przeczytałam ten wpis będąc w trakcie dyskusji o tym, jak Nowe Technologie dyskryminują mężczyzn. Dyskusji z, o ironio!, inną dziewczyną.)

Tymczasem ludzie nadal odbierają wszelkie inicjatywy, które zachęcają dziewczynki do programowania – tak, tylko dziewczynki, głównie po to, żeby stworzyć im przyjazne warunki do rozpoczęcia nauki – nie tylko jako dyskryminację, ale wręcz wpychanie na siłę. “Ja jestem dziewczyną i nikt nie musiał mnie zachęcać!” Super. Tylko, że prawdopodobnie pochodzisz z dużego miasta i zostałaś wychowana w takim środowisku, że było to dla ciebie naturalne. I powinnaś być z tego dumna. Ale nie neguj tego, że w małych miejscowościach też jest dużo fantastycznych dziewczyn, które mają potencjał zostać świetnymi specjalistkami od technologii – po prostu potrzebują kogoś, kto pokaże im, że można.

W przeszłości sama byłam jedną z takich dziewczynek.

Dlatego teraz całym sercem wspieram inicjatywy Bianki Siwińskiej i jej ekipy. Dlatego łapię się na słabe facebookowe baity i bywam nazywana feminazistką. Dlatego, w końcu, reaguje na żarty moich kolegów o tym, jak bardzo są dyskryminowani przez takie projekty – nawet jeśli mam przez to opinię osoby sztywnej i bez poczucia humoru.

Nazwijcie mnie idealistką, ale poczucie tego, że w gruncie rzeczy robisz coś bardzo dobrego, jest o wiele lepsze.


Autorka tekstu: Monika Osiak (21) – studiuje informatykę, ale nadal odgraża się, że pewnego dnia zostanie italianistką. Pije absurdalne ilości herbaty, ogląda Formułę 1 dla chłopaków z McLarena i gdyby mogła, wszędzie jeździłaby tramwajem. Nocami pisuje formy krótsze i dłuższe, których zwykle nie kończy, i sporadycznie pląsa po mieszkaniu do muzyki Therapie TAXI.

Autorka ilustracji: Dominika Chmielewska – z wykształcenia historyczka oraz bohemistka, ale również wzięta studentka drugiego roku grafiki. Pasjonatka długich dalekich podróży w poszukiwaniu inspiracji oraz nowych środków wyrazu artystycznego. Jej super moc to zdolność mówienia w języku czeskim.

Facebook