Zaczyna się od serii drobnych przeoczeń. Bo przecież tak łatwo przyklepać coś, co uwiera, lecz nie jest tak pilne, jak tłoczące się z tyłu głowy dedlajny. Drobny ból, skurcz, ucisk. Przecież zawsze można wziąć apap. Wyłączyć. Zająć się ważniejszymi sprawami.

To było rok temu. Tłusty czwartek. Spacerowałam z przyjaciółką ulicą Francuską w Warszawie, szukając upatrzonej przez nią cukierni. Piękny zimny dzień. I to narastające wrażenie, że z każdym krokiem moje stopy mają coraz mniejszą ochotę na to, żeby iść. Przy palcach kłuło mnie tak bardzo, jak wtedy, gdy pewnego letniego dnia wbiłam sobie gwóźdź w podeszwę buta, biegnąc przez ogród moich dziadków i zauważyłam to dopiero parę kroków później. Tym razem jednak chodziło o coś innego, ale ja postanowiłam to zignorować.

Był początek drugiego semestru studiów magisterskich, co ekscytowało mnie niemal tak bardzo, jak przerażało. Miałam już w głowie kiełkujący pomysł na pracę magisterską, ale bardzo wątły. W głowie miałam również śmietnik złożony z intensywnych emocji, pragnień i niepewności, który zaczął porządkować się odrobinę dopiero jakiś czas później. Wzięłam też akurat wtedy na barki parę projektów związanych z ilustracją. Miałam zajętą głowę, a fale stresu opływały mnie cyklicznie i niezawodnie. Z kolei wiedza o tym, co dzieje się z moim ciałem, odpływała na coraz dalsze obrzeża mojej świadomości.

Dwa tygodnie po spacerze po Saskiej Kępie zbiegałam po schodkach w Centrum spiesząc się na tramwaj. Nagłe wyhamowanie. Gwałtowne zaczerpnięcie powietrza. Przeszywający ból. Wtedy wiedziałam już na pewno, że dzieje się coś złego. Dwa dni później ledwo chodziłam. Stopy bolały mnie od najlżejszego dotknięcia, a co dopiero od konieczności noszenia moich sześćdziesięciu paru kilo. W nocy nie mogłam spać czując na nich – wcześniej niezauważalny, a nagle zupełnie nie do wytrzymania – ciężar kołdry.

Myślę, że moje ciało od dłuższego czasu próbowało powiedzieć mi, że coś się dzieje. Zarówno na poziomie zdrowia fizycznego, jak i psychicznego. Jakiś czas żyłam w kołowrotku zaprzeczeń. Szłam do przodu, starając się nie myśleć o tym, że nie wiedzieć czemu, co miesiąc łapie mnie infekcja, wysypuje mi twarz w dziwnych momentach, wzruszają mnie reklamy w autobusach i to tak bardzo, że zbiera mi się na płacz pomiędzy przystankiem Piękna a Foksal. Wszystko można wyłączyć. Przez jakiś czas. Moje ciało musiało mnie znokautować żebym poważniej zastanowiła się nad tym systemem, w którym tkwiłam.

Seria drobnych przeoczeń wyszła w badaniach krwi, a potem w prześwietleniu. Udało mi się spaść poniżej dolnej granicy z poziomem witaminy D, co nie jest za wesołą wiadomością i to właśnie z tego powodu cierpiały moje stopy, których kości zaczęły lekko…pękać.

Chociaż nie była to najprzyjemniejsza rzecz do przeżycia (zwłaszcza na początku studiów magisterskich), to wykaraskałam się z tego. Od pewnego czasu też staram się pamiętać o byciu świadomą stanów nie tylko mojego ciała, ale i ducha, bo porządek trzeba umieć robić i z jednym i z drugim – zwłaszcza, że to naczynia połączone. Myślę, że warto o tym pamiętać i starać się obserwować samego siebie / samą siebie. Trzeba umieć słuchać głosu naszego ciała, tego, co łagodnie próbuje nam przekazać. Ciało jest mądre i w końcu powie nam „stop!” kiedy już nie będzie dawało rady, ale czy naprawdę trzeba zmuszać je do takiej decyzji?


Autorka tekstu i ilustracji: Zuzanna Wicha (25) – historyczka sztuki i ilustratorka. Lubi przyglądać się ludziom i włóczyć się po mieście z aparatem analogowym i szkicownikiem. Kolekcjonuje wrażenia i fantazje, a potem próbuje przelać je na papier. Urodziła się w święto Dziadów więc prawdopodobnie jest wiedźmą. Mieszka w Warszawie.
Facebook: @lunariacreates.art
Instagram: @__lunaria