Salma spóźniała się tylko kilka razy w roku. Usilnie ignorowała swoje urodziny, niczym dorosły, który nie chce się starzeć. Umyślnie przegapiała wizyty u stomatologa, wmawiając sobie, że po jodze i powtarzaniu mantr pełnych obfitości ból zęba sam minie. W końcu: nie miała wyczucia czasu, jeśli chodziło o wyjątkowe okazje, bo zawsze musiało jej coś wyskoczyć.

Tak też było tym razem. Od pół godziny czekałam, aż moja dziewczyna przyjedzie, by zakupić kamper, który wybrała samodzielnie, bo tak się jej podobał. Chociaż „zakupić” to złe słowo – ona już go prawie miała. Zostały tylko formalności, a tych powinna dopełnić wspólnie ze mną. Po wielkiej kłótni sprzed dwóch dni nie było już prawie śladu – nadal czułam w sercu lekką złość. Salma wydała wszystkie swoje oszczędności, by, jak stwierdziła, mieć coś z życia. Mnie, ambitnej ladyboss, która prowadziła firmę i zaciskała pasa na wspólny rozwój, zupełnie to nie pasowało.

Prychnęłam na samo wspomnienie ostrej wymiany zdań i przestąpiłam z nogi na nogę. Przecież czerpałyśmy z życia pełnymi garściami. Mogło być lepiej, jasne, ale po wielu latach borykania się z problemami nie można od razu spodziewać się manny z nieba i miodu z mlekiem płynących z kranu w nowym mieszkaniu. Jednak ostatnio się nam poszczęściło. Moja zakręcona miłość z włosem jasnym jak kłosy zboża postanowiła to wykorzystać.

– Jestem! – krzyknęła mi prosto do ucha, zjawiwszy się znikąd. – Wiem, wiem. Nic nie mów. Znów coś mi wyskoczyło.

– Umhm – mruknęłam, ale rozpromieniłam się na widok jej uśmiechu. Miałam diabła w domu i chyba musiałam się z tym pogodzić. – Daj mi buzi i nie gadaj tyle.

Dyskretnego całusa w usta nikt postronny nie zauważył. Mała czułość, wymieniona naprędce, od razu ugasiła moje nerwy. Tym razem po wkurwie nie było śladu, została sama miłość. I niepewność, czy aby na pewno tym kamperem przejedziemy całą Polskę i nie rozkraczymy się w polu.

Bo wiesz, z Salmą bywa różnie. Już samo jej imię jest dziwaczne, ale idealnie do niej pasuje. Pozwala na siebie też mówić Salamandra, głównie znajomym. Salma lubi słońce i ciepło. Z problemów wyślizguje się szybko, niezauważalnie, nim dym przysłoni drogę ucieczki. Ja zajmuję się finansami, mam firmę, ratuję nam budżet; ona dorabia i maluje, maluje, maluje. Jej malunkami wytapetowałam sobie serce.

Brzmię jak romantyczka, ale co zrobić – jestem permanentnie zakochana. Cztery lata razem, a mam wrażenie, że mijają dekady. Pomimo upływu czasu nadal nie do końca wiem, co jej pod czachą dymi. Pomysły Salamandry przypominają wybitnie długi rollercoaster. Najpierw dłuższa niepewność, potem spadanie. No i mnóstwo młynków, zawirowań, lęku zmieszanego z adrenaliną. Gdybym jej nie kochała, pewnie dawno bym odrzuciła zaproszenie do wspólnej wiecznej jazdy. Tymczasem siedziałam w pierwszym wagoniku, gotowa na każdą przejażdżkę, nawet próbną.

A skoro o tym mowa…

Weszłyśmy do ogromnego garażu. Przyjrzałam się człowiekowi, który prowadził ten biznes. Facet lat pięćdziesiąt na karku, i to z hakiem; z brzuszkiem, wąsami à la pan z epoki PRL-u i w źle dobranym garniturze. Mówił coś szybko do telefonu, nie zawsze wyraźnie. Od łysej czaszki odbijało się sztuczne światło lamp. Nie zwrócił na nas uwagi, zajęty dyskusją. Musiałam odchrząknąć, by zauważył, że jesteśmy już obie.

– Panie są, a już myślałem… a myślałem, bo to ludzie teraz różnie kupują…

– Przecież zaliczkę wpłaciliśmy – dodałam uprzejmie, przypominając o sporej sumie przelanej w ubiegłym tygodniu. Tego też się obawiałam – wysyłanie pieniędzy nie zawsze kończyło się dobrze. Ufałam jednak Salmie. I trzymałam kciuki, żebym się na tym nie przejechała.

I – śmiech na sali. Już widziałam oczami wyobraźni, jak mężczyzna próbuje dobić targu na kamper z kimś zupełnie innym, mając nasze pieniądze w kieszeni. Może nie powinnam tak myśleć, ale byłam cholernie ostrożna – zwłaszcza jeśli w grę wchodziły tysiące. Własna firma mnie tego nauczyła.

– No tak, tak… – Mężczyzna ochoczo pokiwał głową, ale wydawał się zawiedziony.

Z lękiem spojrzałam na wielki uśmiechający się do mnie pojazd. Taki miał układ świateł i belki – dziko wesoły. Westchnęłam i zapytałam, czy możemy wejść do środka.

Mechanik miał zrobić wszystko, by samochód nas nie zawiódł podczas trzytygodniowych wakacji w drodze. Nie znałam gościa, więc nie mogłam być pewna jego pracy – ufałam, że faktycznie nie będziemy mieć żadnego wypadku. Powoli weszłam do kampera, biorąc głęboki wdech – nie pachniał starością, bardziej olejem i warsztatem samochodowym. Interesujące wnętrze utwierdzało mnie natomiast w przekonaniu, że cała zaplanowana podróż będzie przyjemna.

Ilustracja: Kreatywna Stacja Kosmiczna

Pojazd był piękny, nowoczesny, wygodny. Poprzednia właścicielka, która sprzedała go mechanikowi praktycznie w tym samym stanie, nie mogła już dłużej się nim zajmować. Pozostała podróżniczką, która na stare lata postanowiła się osiedlić i żyć wspomnieniami. Jeździła nim ponad dziesięć lat, stąd miałam obawę, że momentami mogłabym mieć z nim problem. Czy to z odpaleniem, czy z wymianą poszczególnych elementów. Słono dopłaciłam za ten remont i przegląd techniczny – oby nic mnie nie zaskoczyło.

Rozejrzałam się, Salma zapiszczała. W dziewczęcy sposób pokazywała swoją radość, a ja jej na to pozwalałam. Lubiłam, gdy się cieszyła, dzieliła emocjami. Ja wolałam trzymać swoje na wodzy, na wszelki wypadek.

By się nie przejechać.

By nic nie stracić.

Salma w gruncie rzeczy cieszyła się za nas dwie. Złota dziewczyna. Patrzyłam, jak muska blat kuchni palcami i kręci się dookoła. Zrobiłam to samo. Obróciłam się wokół własnej osi, podziwiając przytulne wnętrze. Naprzeciwko mnie była duża, rozkładana i wygodna sofa. Na niej leżało mnóstwo kolorowych, częściowo wyszywanych poduszeczek. Zaraz obok, tuż przy wejściu, była kuchnia. Białe meble lśniły wesoło. Uwagę głównie przykuwała drobna kuchenka, wciśnięta na samym końcu. Jej powierzchnia do złudzenia przypominała delikatny marmurek. Była czysta, zadbana i bez smug. Nie mogłam się doczekać, aż Salma zaserwuje nam w drodze jedzenie. Potrafiła gotować w każdych warunkach i z minimalnymi zasobami. Szczerze w niej to kochałam – to i nie tylko to. Kochałam ją całą.

Dalej: łazienka. Zajrzałam tam osobiście, bo nie cierpiałam brudnych ubikacji czy pryszniców z grzybem. Tego się również obawiałam podczas drogi. Że rozbijemy się na środku biwaku i będziemy zmuszone do korzystania z publicznego WC. Obrzydlistwo. Na szczęście i tutaj poprzednia właścicielka się wykazała. Było widać, że kamper stanowił nie tylko jej własność, ale po prostu dom.

– Ida, patrz! – zawołała Salma, a ja odwróciłam wzrok od całkiem przyzwoitego kibla. Spojrzałam w jej stronę, a ona wskazała na rozsuwaną ściankę. Za nią znajdowało się łóżko. Widać, że wygodne. Usiadłam na nim obok niej i westchnęłam. Dobry materac!

– Spokojnie zmieścimy się z Pędzelkiem – powiedziałam zadowolona. – Cholera, nawet nasze łóżko nie jest tak komfortowe!

Salma roześmiała się i potwierdziła.

– Ale to nieważne – dodała, patrząc na mnie. Uśmiech nie schodził jej z ust od kilku dni. To był wspaniały widok, biorąc pod uwagę ostatnie wspólne lata. – W końcu najbliższe trzy tygodnie spędzimy tutaj!

Potaknęłam. Zaległam raz jeszcze, gapiąc się w sufit. Nad nami było chyba drugie miejsce do spania, nieco węższe. Przekręciłam głowę – małe okienko pozwalało patrzeć na świat. W tym przypadku na mechanika, który pisał coś na komputerze. Przymknęłam oczy.

Życie dało nam w kość. Było niczym pościg, który się nie kończył. Co jakiś czas uciekałyśmy przed problemami, ale te w końcu nas znajdowały. Stawiałyśmy im czoła i tak znów, znów. Salma często próbowała o nich zapomnieć – nie pamiętała o potknięciach, patrzyła ufnie w przyszłość. Ignorowała kłopoty w tym samym momencie, w którym przestały stwarzać dyskomfort. Jakby nigdy nas nie dotyczyły.

Co innego ja. Chmura gradowa, która przysłaniała słońce. Wyrywałam jej z głowy szalone pomysły. Wgniatałam powinności. Czasami byłam na siebie cholernie wściekła, że zabierałam jej radość, kiedy wpadała na szalony pomysł. Bałam się naszych problemów z przeszłości i nie umiałam iść do przodu. Tylko w ten sposób, według mnie, mogłyśmy mieć mieszkanie, stabilny dochód, lekkie życie. Wszystko po to, by czuć się bezpiecznie.

Dlatego się zgodziłam – byłyśmy w tym momencie, w którym mogłam nam na to pozwolić. Salma wydała swoje pieniądze na pojazd, na – tak naprawdę – trzytygodniową podróż. O dziwo samodzielnie ją zaplanowała, od początku do końca, pozostało mi więc westchnąć przeciągle. I dobić targu.


Autorka tekstu: Angela Węcka – pisarka, copywriterka, infobrokerka, współprowadzi Spisek Pisarzy. Debiutowała tomikiem poezji „Kobieciara”. Jest współautorką wielu antologii, a także powieści dla kobiet nieheteronormatywnych „Na jej rozkazy”. W tym roku wydaje smaczną powieść romansową „Ostry” oraz tęczowy obyczaj „Kamper” – premiera już niedługo!

Książka dostępna na: www.kamper.wecka.pl. Po premierze do kupienia w księgarniach online.

Ilustracja: Kreatywna Stacja Kosmiczna