Moja relacja z ciałem bywa trudna. Czasami je kocham, a czasami nienawidzę. Bywają dni, kiedy ciężko mi spojrzeć w lustro z obawy przed tym, co zobaczę, ale też takie, kiedy patrzę na swoje odbicie z pełną akceptacją. Mam 25 lat i wciąż uczę się swojego ciała. Chce się z nim oswoić na tyle, by zobaczyć je oczami mojego mężczyzny, który mówi mi że jestem piękna, chociaż ja nie zawsze to piękno dostrzegam…

Kompleksy miałam od zawsze, ale miały je też moje koleżanki i przyjaciółki. Mało kiedy mówiłyśmy o nich głośno, pewnie ze strachu, że właśnie wtedy ktoś zwróci na nie uwagę. Wyśmieje. Albo co gorsza potwierdzi: „tak, masz grube nogi” czy powie coś jeszcze gorszego. Skąd więc wiem, że kompleksy miałam nie tylko ja, ale również dziewczyny w moim otoczeniu? Bo było je po prostu widać – to znaczy nie kompleksy, ale brak pewności siebie. Z gimnazjum i liceum pamiętam niewiele, ale to, jak wyglądały damskie szatnie przed lekcjami wf zapamiętam na zawsze. Były wśród nas takie dziewczyny, które nie miały żadnego problemu z rozebraniem się do bielizny i wskoczeniem w strój do ćwiczeń. Większość jednak przebierała się ukradkiem, zakrywając to nogę, to pośladek czy pączkujące piersi ze wstydu, że jeszcze ktoś zobaczy i nie daj boże oceni. Były też i takie dziewczyny, które nigdy nie przebierały się przy wszystkich, ale zamykały w toalecie i dopiero tam zmieniały strój. Nie oceniam, bo sama wiele razy to robiłam – zwłaszcza wtedy, kiedy miałam okres i cholernie wstydziłam się wystających spod bielizny skrzydełek – a przecież to coś tak normalnego.

Był też czas, kiedy bardzo nie lubiłam mojego małego biustu. Podczas gdy moje koleżanki miały już „czym oddychać” u mnie wciąż nic się nie działo. Czułam się przez to gorsza. Tym bardziej, że mój brzuch, pupa i biodra rosły w szalonym tempie, które pozostawiało po sobie rozstęp. Do dziś znajduję je na swoim ciele. Czułam się nieforemna i nieproporcjonalna. Pozbawiona kobiecości. A i rozstępy. No właśnie. Dziś się ich nie wstydzę, ale ten moment, kiedy pierwszy raz zobaczyłam krwistoczerwone szramy na moich udach, zapamiętam na zawsze. Poczułam ogromne obrzydzenie do mojego ciała. Nie rozumiałam tego, co się stało i dlaczego. Widziałam tylko rysy na mojej bladej skórze, które zaorały ją wzdłuż i wszerz, pozostawiając po sobie blizny na całe życie.

Och, jaka ja byłam zagubiona, kiedy patrzyłam na swoje odbicie. Kobieta (młoda, ale już kobieta), którą tam widziałam, była wciąż niedostatecznie ładna. Dzisiaj wiem, że „ładna” to pojęcie względne, a kanon piękna nie istnieje. Myślę, że niejedna z Was miała podobnie. Jesteśmy mistrzyniami w wyszukiwaniu niedoskonałości, których tak naprawdę NIKT inny nie zauważa. Katujemy się dietami, zamiast zdrowo się odżywiać. Ćwiczymy do upadłego, zamiast ruszać się regularnie i dla przyjemności. Chowamy się pod makijażem, olewając pielęgnację skóry… Robimy wiele rzeczy na pokaz, by dobrze wypaść w oczach innych, zapominając o tym, że to kim jesteśmy, to coś więcej niż wygląd zewnętrzny.

Osiągnięcie stanu równowagi jest trudne. Pokochanie swojego ciała jeszcze trudniejsze. Zwłaszcza w dzisiejszych czasach, kiedy z każdej strony jesteśmy bombardowane sztucznym perfekcjonizmem, do którego zachęcają nas marki odzieżowe, kosmetyczne oraz specjaliści od medycyny estetycznej. Trudno odnaleźć się w świecie, w którym tak łatwo zmienić swój wygląd. W świecie, który mówi nam, że tyle jest do poprawy – włosy, skóra, paznokcie, sylwetka, styl itp., i który obiecuje nam, że zmiana ta da nam szczęście. A to nie do końca tak działa…

Zaakceptowanie swojego odbicia w lustrze to proces, który trwa tak naprawdę przez całe życie. Przecież wciąż się zmieniamy. Gdy przeglądam swoje zdjęcia z przeszłości widzę, że na każdym wyglądam zupełnie inaczej – i to jest jak najbardziej w porządku. Bo dojrzewam, a moje ciało wraz ze mną. Zmieniam się w środku i to też widać na zewnątrz. Im bardziej siebie akceptuję, tym lepiej wyglądam. Nie jest to kwestia ubrań czy nowej fryzury, ale pewności siebie, którą widać w postawie, uśmiechu czy w oczach. Inaczej wyglądam, gdy jestem szczęśliwa, a inaczej, kiedy mam gorszy dzień. Co innego mówią moje zdjęcia z wakacji, a co innego te zrobione ukradkiem, w domowym zaciszu. Zmieniam się wraz z każdym dniem cyklu. Czasami puchnę, kiedy mój organizm zatrzymuje wodę, innym razem bez problemu wbijam się w ulubione, obcisłe dżinsy. Wiem, że inaczej będę wyglądać w ciąży, inaczej kiedy dziecko się urodzi. Ja za 10, 15 czy 20 lat też będę wyglądać inaczej. Lepiej? Gorzej? Myślę, że to kategorie w których nie powinnyśmy się oceniać. Nasze ciało każdego dnia wykonuje olbrzymią pracę, dzięki której jesteśmy w stanie odbierać świat wszystkimi zmysłami. Po to właśnie nam jest ciało. Do życia. Poznawania. Odkrywania. Smakowania. Nie zaś tylko po to, by ładnie wyglądało.

Chciałabym dojść w życiu do takiego momentu, kiedy będę na siebie patrzeć z czułością każdego dnia. Przestanę zauważać wszystkie te rzeczy, których nie lubię. Albo pokocham je, skoro nie mogę ich zmienić. Na razie staram się być dla siebie nie wrogiem, a przyjaciółką. Karmię więc ciało dobrym i wartościowym jedzeniem. Używam naturalnych kosmetyków. Maluję się minimalistycznie. Ubieram się, a nie przebieram. Stawiam na jakość, a nie na ilość.

A kiedy mam gorszy dzień, staję przed lustrem i powtarzam sobie, że najważniejsze jest to, co w głowie. Bo przecież od tego właśnie wszystko się zaczyna. Ta cała akceptacja. Dobry seks. Udany związek i relacje z ludźmi. Podejście do życia. Samorealizacja. Spełnienie. Szczęście. Umiejętność dostrzegania lepszej strony wszystkiego. I poczucie piękna, które ma tyle barw, ile tylko kobiet chodzi po tym świecie.

Bo każda z nas jest piękna, tylko nie każda o tym wie. Prawda?


Katarzyna Malina – z jednej strony marzycielka i romantyczka, z drugiej zaś twardo stąpająca po ziemi kobieta. Dusza artystyczna, która wyraża siebie pisząc i tworząc kolaże. Zakochana w słowach, obrazkach i zapachu starych książek. Otoczona fajnymi ludźmi, którzy nadają sens jej życiu. Pasjonatka dobrego jedzenia. Początkująca wegetarianka. Niespełniona podróżniczka, która marzy o zagranicznych wyjazdach, ale najlepiej czuje się w domu, pod kocem i z kubkiem gorącej herbaty w ręku.
Teksty:  @kompatybilnie.pl
Instagramie: @kolazebezsensu

Nieszka Skłodowska – ilustratorka i graficzka, Warszawianka, która właśnie powróciła do stolicy po prawie siedmiu latach i myśli co dalej. Przypadek zesłał jej dwa czarne koty, które stały się jej towarzyszami. Od dwóch lat skupiona na ilustracji do której inspiracje czerpie ze swojego codziennego życia, emocjonalności, humoru oraz dziecięcej wrażliwości.
Instagram: @odnies

Facebook