Jak dużą część naszej tożsamości stanowi sposób, w jaki postrzegamy rzeczywistość? Jaką cząstkę siebie tracimy wraz z ingerencją w nasze ciało? Louise dotyka delikatnej jak pajęcza sieć rzeczywistości pomiędzy – nie głuchej, ale i nie słyszącej. Stoi przed wyborem fatalnym – stracić część siebie czy stracić część świata? Można by powiedzieć, że Adèle Rosenfeld dosłownie tka wokół czytelnika kokon, który pochłania go tak samo, jak z każdą stroną cisza pochłania Louise.
Bohaterka jest, mówiąc kolokwialnie, pod ścianą – jej głuchota znacząco się pogłębiła, wycofując ją ze znajomej rzeczywistości. Jedynym rozwiązaniem, które umożliwiłoby Louise sprawne i łatwiejsze funkcjonowanie jest wszczepienie implantu. To małe urządzenie, które pozornie mogłoby otworzyć przed Louise świat zewnętrzny, jednocześnie całkowicie zamknęłoby jej drogę do tego własnego – wewnętrznego, który tak pieczołowicie budowała. Materia dostępna uszom bohaterki jest unikalna, pełna szumu, intonacji, szczególnych drgań i kurzu, który pozwala Louise być przy sobie i w sobie, niezależnie od okoliczności. To uważam za fenomenalny punkt wyjścia dla opowieści Rosenfeld – dylemat, co jest lub co powinno być ważniejsze – dążenie do jak najdokładniejszej absorpcji świata wokoło czy zachowanie swojej unikalności kosztem niezrozumienia (przez) innych.
Mam niestety przykre wrażenie, że autorce nie udaje się tego problemu udźwignąć. Meduzy nie mają uszu to trudna pozycja, która zdecydowanie nie porywa od pierwszych stron. Mimo że początkowo czułam zaintrygowanie, domyślam się, że byłam raczej w mniejszości. Opowieść, którą snuje Rosenfeld, jest niejasna, jak gdyby nie do końca słyszalna. Kolejne rozdziały są niczym następujące po sobie stadia głuchoty Louise. Bardzo trudno było mi zrozumieć, co i dlaczego dzieje się w danej chwili – co, choć do pewnego momentu wytłumaczalne konwencją, z czasem stało się nużące i niesatysfakcjonujące. Adèle Rosenfeld posługuje się realizmem magicznym oraz niezwykle poetyckim językiem, pełnym metafor, który, pomimo swojego uroku, momentami wypada zbyt egzaltowanie i wręcz w pewnym sensie niezręcznie. Idea powieści zdaje się rozmywać na przestrzeni książki, czego niestety nic nie jest w stanie uratować. Bardzo doceniam zamysł słuchania świata uszami Louise i przyjęcie jej perspektywy, jednak nie kompensuje to niedosytu i poczucia niecelowego chaosu w trakcie czytania.

Mimo pewnej ambiwalencji, którą darzę debiut Rosenfeld, nie mogę odmówić jej wrażliwości i emocjonalności, z jaką ujmuje swój temat. Niepełnosprawność, w konfrontacji ze społecznymi oczekiwaniami, często pozbawia sprawczości i decyzyjności, zostawiając wybór jedynie między wykluczeniem a dostosowaniem — w przypadku Louise wszczepieniem implantu.
Możesz próbować być jedną z Nas lub nie.
Jeśli nie, oczywiście jako Społeczeństwo będziemy zmuszeni wykluczyć cię z naszych szeregów.
Trzeba być normalnym, niewywołującym konsternacji, zaskoczenia, obrzydzenia, omdlenia czy zadławienia.
Należy być jak reszta, a nie jak nie-reszta, bo jeśli nie jesteś reszta, to kim ty właściwie jesteś?
Louise nie wie, kim jest i nie wie, kim powinna być. Ogromny lęk przed wtargnięciem czegoś do jej organizmu ją paraliżuje. Bohaterka czuje frustrację, żal i nawet rozpacz, bo choć sama próbuje dać sobie wybór i stara się udawać, że życie bez implantu też jest opcją, to w rzeczywistości wie, że odpowiedź na jej dylemat jest tylko jedna. Otoczenie bohaterki nie rozumie, jak może ona nawet rozważać niesłyszenie? Louise jednak nie rozważa bycia głuchą, Louise rozważa bycie swoją własną.
Mam poczucie, że nie jest to ostatnie słowo Adèle Rosenfeld i to dobrze, bo widać, że ma ona wrażliwość, która pozwoli zajrzeć jej w odmęty emocjonalności osób głuchych, w jakie jeszcze wielu nie zaglądało. Potrzebujemy książek o osobach z niepełnosprawnościami, dla osób z niepełnosprawnościami, od osób z niepełnosprawnościami i choć Meduzy nie mają uszu nie są pozycją bez wad, to cieszę się, że przybliżają rynek o jeden krok w lepszą stronę.
Tekst: Antonina Zwolińska. Studentka filmoznawstwa, typowa aspirująca reżyserka (i psycholożka), zajarana ezoteryką racjonalistka, cynicznie patrząca na świat. Dużo gada, najczęściej o swoim kocie, doświadczeniu bycia OZN i Muppetach.

