Historia Miki

Spotkałyśmy się w dzieciństwie. Pamiętam, jak wracając z gór położyła głowę na moim ramieniu. Miała może metr pięćdziesiąt i brązowe, ciekawe świata, oczy. Spotkałyśmy się ponownie wiele lat póżniej – w momencie, w którym obie szukałyśmy siebie. Była zagubiona opowiadając mi o dziewczynie, w której się zakochała. Słuchałam. Chciałam, żeby była odważna i walczyła o swoje szczęście. Siedząc w naszym ulubionym miejscu, na schodach do domku w lesie, powiedziała „bo to Ty”. Pamiętam, jak dźwięczało mi to w głowie przez kolejne miesiące. Później było już tylko trudniej. Poturbowali nas najbliżsi twierdząc, że to zła miłość, że tylko nam się wydaje, że to minie. Bolało. Pamiętam Jej nadzieję, że przecież kochają nas, więc powinni cieszyć się naszym szczęściem. Nie chciałam Jej wtedy mówić, że może być inaczej. Wielokrotnie leżałyśmy na podłodze bez sił. Za każdym jednak razem podnosiłyśmy się. Małymi krokami robiłyśmy rewolucję. Przez cały ten czas towarzyszyło nam poczucie, że „to właśnie Ty”- i to „Ty” trwa już blisko 9 lat. Stworzyłyśmy Dom. Od tego pierwszego położenia głowy na moim ramieniu wszystko się zaczęło i gdybym miała wytłumaczyć jak to jest, że potrzebowało tylu lat, żeby uświadomić mi, że to Ona jest kobietą mojego życia, powiedziałabym, że życie często igra z nami przysyłając nam dobrą osobę w złym momencie.

Historia Wiktorii


Kocham kochać. Idę do swojej małej sypialnianej biblioteczki i szukam inspiracji. W pewnym momencie uświadamiam sobie, że większość moich książek jest o miłości. Otacza mnie to uczucie, zawsze kiedy wstaje i kiedy kładę się spać. Na każdym kroku. Zakocham się w barmanie, który podaje mi cosmo. Zakocham się w sąsiedzie, z którym rozmawiam w windzie. Zakocham się w chłopaku, który uśmiecha się rano w tramwaju. Miłość jest zbyt poważna, dajcie jej trochę luzu. Nie traktujcie, wszystkiego na serio, a wtedy będzie najwspanialsza

Historia Karoliny


Krople letniego deszczu osadzały się cicho na szklanych płótnach pokoju. Firany, przy akompaniamencie skrzypiących parapetów, poruszały się lekko wzdłuż linii wiatru miarowym tempem. Gdzieś ponad głowami przebijał się szelest kolorowych reklamówek, zupełnie pustych. Wszystko grało, snuło przyjemną dla uszu melodię, uspokajającą rozjuszone tętno. Nagie łopatki – i palce, i pięty… – wciśnięte między materiałowe kwiaty, stygły w zasłonie nocy. Gorąca para osiadała na PRL-owskich meblach, mieszając się z zapachem starej naftaliny. Niby woń nieprzyjemna, lecz w tamtej chwili okazała się zbawienną dla wysuszonych nozdrzy. Z ochotą brałam coraz to głębsze wdechy, rozkoszując się przedziwnym spokojem, którego obecność opuściła mnie przecież tak dawno temu.


Czas był dla nas pojęciem względnym – jutro gościło u nas częściej, niż je faktycznie zapraszaliśmy. Żółte ręczniki wcale nie chciały już schnąć, a poduszki, choć z natury przygotowane na deformacje i odciski, ani na moment nie śmiały powracać do swojego pierwotnego stanu. Nawet woda w kabinie prysznicowej spływała jakby bardziej ociężale niż zwykle.

Leżeliśmy ramię w ramię, obok siebie, otuleni radosnym wstydem i zakłopotaniem. Nie spuszczaliśmy oczu z sufitowych rys, które w tamtej chwili były jedyną rozrywką cieszącą spojrzenie. W tle migotało pomarańczowe światło, stopy łagodziły aksamitu, a wnętrze pokoju zdawało się nieco kurczyć. Parowałam. Moje myśli były zupełnie puste; ulatywał cały lęk i strach przed tym, co nowe, świeże, nieodkryte. Czułam się nadzwyczaj dobrze, zdając sobie sprawę z tego, że właśnie w taki sposób chciałabym spędzić resztę swojego życia. W tych czterech ścianach i z sercem, które pozwolono mi oswoić. Na własność.


Autorka ilustracji: Julia Benedyktowicz – studentka animacji w Szkole Filmowej w Łodzi. Lubi wszędzie jeździć rowerem (ale w tym roku już dwa razy ukradli jej siodełko). Musi robić regularne ucieczki gdzieś dalej, bo nie lubi za długo być w jednym miejscu. W przyszłości chciałaby mieszkać w górach i robić teledyski (nie tylko animowane 🙂 )
Instagram: @julabene, Behance: Benedyktowicz