Wiedziałam, że wyprowadzka z domu zostawi we mnie wyrwę. Utknęła mi w zębach i to jeszcze w mleczakach. Wydarzenie przypisane do aktów oczywistości sprasowane między maturą, menopauzą a śmiercią. Zjeżone włosy na karku ukrywałam pod sukienkami z niewyraźnymi księżniczkami i niewygodnymi kurtkami dżinsowymi. Świadomość, że to w końcu nastąpi, rozgościła się na języku tkając gulę w gardle z każdym obiadem ugotowanym przez mamę. Nie jadłam widelcem ani nożem, a wskazówkami grubo krojącymi kończący się czas. Ostatnia klasa liceum, ostatnie lekcje z ulubionym nauczycielem, ostatni ciepły płacz w ramionach koleżanek – jedyne, co mnie pocieszało, to że moje ostatnie nie przypadło na rok 1999, bo wtedy zadławiłabym się rozlewającym dekadentyzmem. Tak to był tylko mój prywatny koniec świata, świata, który znałam. Lęk upychałam po policzkach, aby nie uciekł wraz z wiatrem całując kogoś uszu. Jednak każda rozmowa ze znajomymi o szukaniu współlokatora, wadach czy zaletach wylosowanego na dany dzień miasta, zmywała ze mnie szarą breję, by ubrać w wyszytą śmiechem ekscytację. Nie chodziło nawet o naiwność, lżejszą od powietrza, lecz o słodki szept, którego nikt nie wypowiedział, a wplątywał się w każdego kosmyk włosów: jesteśmy w tym razem.
Postrzegałam tę wyrwę jako wgłębione i zapadające się w sobie słowo umieszczone na osiach x oraz y na uniwersalnym wykresie dorastania. Punkty byłyby mocno zaznaczone, najlepiej czerwonym długopisem. Tak, żebyś na pewno wiedział, kiedy napiąć łydki do skoku, a kiedy możesz wyprostować pokiereszowany przez ten czas kręgosłup. Osamotnienie, niesamodzielność, zagubienie wpadłyby do dziury, a ty kroczyłbyś po tym dumnie naprzód, zapominając, że jeszcze chwilę temu przerażenie oraz niepewność wyścielały płuca. Że kiedyś było inaczej.
Ewentualnie myślałam, że wyprowadzkę będę mogła porównać do wrośniętego w dziąsło liścia sałaty, chełpliwie kiwającego do każdego przechodnia z kła i siekacza – aż w końcu lądujemy na dentystycznym fotelu. Okropna kolejka, nie można powiedzieć ani jednego złego słowa, ponieważ to wielkie szczęście, że to właśnie ty masz wizytę, ale wszyscy trzymają kciuki ze swoim wstydliwym uśmiechem. Siedzisz. Łazienka otwarta na oścież. Wiercisz się. Makaron z zielonym pesto. Wiercisz się mocniej, ile można czekać? Nie mycie okien, brak potrzeby. Trzy tygodnie, miesiąc, pięć? Pot wzbiera się w falach, ostre sztuczne światło przysmaża białko, głowa zajada bólem stres. Chcesz do domu. I wtedy wraz z kolejnym wybiciem zegara wbiega spóźniony dentysta, otwiera unerwioną szczękę, a w jego dłoniach mieni się metalowe narzędzie trzymające triumfalnie skurczoną sałatę rosnącą wraz z tobą od dzieciństwa. Uwolniona. Wyciągnięte raz-dwa, po całym bólu. Wyszłabym pośpiesznie. Przebrałabym się w otwartej na oścież łazience, zautomatyzowana gotowałabym makaron z zielonym pesto w rytm Got to be real Cheryl Lynn odbijającego się od ścian, a nie krwiożerczych słuchawek, zamknęłabym nieumyte okna, żeby pobiec już nie na kursujący cztery razy dziennie autobus, a tramwaj, aby przybić piątkę ze znajomymi. Taka lekka. Uśmiechnięta, bo przyzwyczajenie się jest za mną – teraz będzie dobrze.

Od wyprowadzki z domu minął rok. Przez ten czas mieszkałam z chłopcem, którego pierwszy raz najmocniej kochałam w kawalerce mającej w zwyczaju wyłączanie wody i ogrzewania z niewiadomych przyczyn na dwa tygodnie. Bałam się tam brać prysznic, bo przed oczami miałam scenę z Trainspotting. Mieszkanie było duże, a później zdecydowanie zbyt duże dla jednej osoby. Po paru miesiącach ściany z białego zmieniły kolor na ciemną zieleń, kuchenka turystyczna na płytę elektryczną, a powietrze było świeże, nieskażone tym, za kim najbardziej tęskniłam. Oddycha się łatwiej. Przez ten czas serce pozostało nienaruszone, a zęby najczystsze, nawet jeśli nie dostałam numeru do dentysty. Szukałam w sobie wyrwy, na której przywitanie przygotowywałam się skrupulatnie z teorii tak wiele razy. Nie wiedziałam, że zamiast tego będzie długotrwały rumień. Rumień, w którym wciąż grzęzną stopy.
Nigdy nie sądziłam, że to, co wyprowadzka we mnie rozstroi, to powroty. Nie samą istotę powrotów – było wiele miejsc, w których zostawiłam kawałek siebie i potem wracałam jak pamiętliwy gołąb za chlebem. Ale powroty do domu. Na początku trzymałam mapę kurczowo, a potliwe okręgi pisały po niej drogę do celu. Tak bardzo tęskniłam, że wpisało mi się to w linie papilarne. Jednak dni mijały, a ja coraz rzadziej czułam się gwiazdą kakofonicznego musicalu. Tylko że jestem na właściwym miejscu. I wtedy, gdy miałam zatrzymać się, odwiedzić dom – do czego kiedyś odliczałam jak więzień – nie byłam w stanie. Rumień zalał mi mapę, a ja nie potrafiłam wskazać, gdzie faktycznie jest mój dom. Gdzie czuję się jak w domu.
Bycie, już nie życie, w moim pokoju jest jak odwiedzanie cmentarza. Zerwana farba wraz z plakatami. Ususzony bukiet róż na stoliku od pierwszego chłopaka. Rysunki zrobione z nudów od kolegi z ławki schowane po szafkach. Niedokończony projekt na szydełku. Urodzinowy album ze zdjęciami przyjaciół z liceum– nie pamiętam już ich głosu ani swojego. Mogę wciąż biec naprzód, zasypiać w różnych metrach kwadratowych, pakować i rozpakowywać się na nowo, ale naciągnięta cięciwa w końcu puszcza. I wraca tutaj, ale już tylko za szybą. Nie posprzątam, nie schowam, nic nie przykleję. To był dom tamtej Zosi. Teraz jestem tylko gościem.
Tekst: Zofia Bogacz (ur. 2004) – swoje pierwsze opowiadanie napisała o przygodach Papatki z serii gier Komputerowa Gratka i od tamtej pory nie przestała pisać. Studiuje filologię polską na UAM. Ma niekończące się pokłady miłości wobec filmu Zaplątani, gorzkiej czekolady i szklanych zwierzątek (chociaż żywe kocha bardziej).
Ilustracja: Sonja Franczak.

