To już kolejna historia o tym, że jej ciało jest siatką z gęstości. Czasami budzi się lekka, tak bardzo lekka, że aż przepełnia ją niezwykła radość z istnienia w tym świecie post. Niewiele już tutaj zostało, a przynajmniej już nic jej nie zachęca do życia tak jak kiedyś. Ten wielki pisarz, wielki naprawdę, podejrzewano, że dostanie w tym roku Nobla. „Co też ja robię?” – zadaje sobie pytanie, gdy otwiera kolejny tom powieści o walce. To właśnie jednak tam to powiedział. Niekoniecznie ją to zdziwiło. Znaczące wzmocnienie. Akt pisania. Połączenie z tkanką tekstu. Na białej kartce a cztery z drukarki canon pixma model 3440 fluktuacyjne formy z tuszu parker original. Wtedy używa jeszcze lampy antydepresyjnej. Ciemno. Plecy opierają się o grzejnik. Blade ciało z książką. Otwiera plik tekstowy. Już kolejny raz w tym tygodniu. Dotyka gładkiego. Słyszy przyjemny dźwięk – to ją uspokaja.

To historia przerywana i wypełniona podmiotem niefallogocentrycznym, fluktuacyjnym, idącym pod prąd w silnym i zimnym nurcie rzeki. To historia o różnych czasach i przestrzeniach w nomadycznym ucieleśnieniu pomiędzy potrzebami osadzenia w jednym i transferu do wielości. To forma oporu – ta gęstość, to rozszczepienie, ta wieloznaczność. Nikt nie wie, kto jest kim i dlaczego się powiela, rozprasza, tężeje. To historia o porowatości znaków i słów i o lepkości, wobec tego co ma być lepkie i chropowatości, wobec tego, co nie może przylegać. Bo ona zrozumiała w końcu, że ciało trzeba chronić, że jej delikatność i zaufanie do tych, którzy nigdy nie powinni wkraczać w jej pole intymności, sprowadziło ją do punktów zbyt ciemnych. Tutaj się będzie działo, ale naprawdę bardzo serdecznie zaprasza, bo nie tylko James Joyce istniał przecież, ale o wiele więcej tych, o których należałoby jednak choć trochę pamiętać.

Spoczywa na leżaku, perspektywa półleżąca. Via Giuseppe Petroni i taras dwa na trzy metry kwadratowe. Różowe birkenstocki na stopach z czerwonymi szparami ze słońca. Hiperczuła sensoryka w aktywacji. Hiperforma koncentracji na opadającym z balustrady tynku.

„Wiesz, że niektórzy słyszą swoją krew?” – tak od niej kiedyś usłyszała i pamięta, że pojawił się afekt, a potem nagłe poruszenie do myślenia, jakby ktoś nacisnął włącznik światła i wszystko rozbłysło1. Jeszcze nie wiedziała niczego ani o LeDoux, ani o Massumim, a tym bardziej Deleuzie. Jeszcze było za wcześnie na konstrukty kulturowe, na niekończące się teorie i kontrkoncepcje, bo to był czas zakochania w materii, w jej wieloznaczności i witalności, w jej mikroruchach – skromnych, wibrujących. Obok słyszenia krwi istniały także inne słowa. Leżą na wąskim łóżku siedemdziesiąt centymetrów szerokości. Ona ma dziesięć lat, ona ma czterdzieści lat. Ona przytula ją. Ona jest przez nią przytulana w reakcji na jej potrzebę bliskości. Ona mówi jej słowa znaczące, choć niekoniecznie neutralne. Różnica wieku, a także relacja o charakterze matka–córka wprowadza w struktury normatywności. A jednak relacja o potencjalności romantycznej – wizualizacja dwóch ściśle połączonych naczyń.


to historia przerywana o ciele w ruchu
intensywne doświadczenia zdeterminowane przez przeszły smutek
mutno mi! smutno mi! smutno mi!

komary na plecach
wielkie bąble
ładna sukienka z otwartymi plecami

puchnę

intera–akcje z ciepłym modyfikują zabarwienia tęczówki.
[e]ye color is determined as a polymorphism and polygenic trait (Dorgaleleh: 2020).

wiatr porusza martwe wytwory naskórka
pozycja pozioma

odpływy

gdy słodkie po wewnętrznej stronie ust
te wargi te wargi, które całują się w przyspieszeniach

bardzo ładne zdarzenia po wewnętrznej stronie ust
bez wniknięć przez nabłonki
selective serotonin reuptake inhitors

wysoka entropia molekuł typu antidepressive
z metabolitami powątrobowymi pulsującymi pod żółtą pokrywą oka

żółta skóra
cienka skóra

z niejedzenia
z patriarchalnych toksyn

oddech! oddech! oddech!
gdy moja głowa w białym dotyka sufitu ciasnej
podziemnej galerii sztuki

uwalniam głos z ust w ciasnej podziemnej galerii sztuki
uwalniam głos z patriarchalnych toksyn

na dnach mórz i oceanów zaczyna brakować tlenu
organizmy eukariotyczne umierają z braku

zatkane pory skórne


Wchodzi na instagrama pierwszy raz od miesiąca, w tej samej chwili stwierdza, jak bardzo tego nie chce i że najlepiej byłoby jednak wyjść z tej niezmiernie męczącej platformy. Bo to jest esej o ciele nie tylko wysoko wrażliwym, lecz również (choć w sposób ścisłe powiązany) o ciele wysoko zmęczonym. To ciało niekiedy zamyka się w sobie, a niekiedy otwiera tak bardzo, że po wszystkim już, po tej pełnej i niepowierzchownej relacyjności, opada na łóżko z wykończenia. Tak to właśnie jest, gdy każdy ruch w polu zmysłowym należy do inwazyjnych, bo po drodze zahacza o coś potężnego, o coś nieokreślonego, jakby hiperobiektalnego i ciągnie wzdłuż ulicy. W tej sytuacji jej upadek na łóżko, a także ograniczone zdolności do podniesienia się z niego kolejnego dnia już nie powinny budzić zastrzeżeń. A jednak znajdzie się kilka osób, które powiedzą rzeczy naprawdę nieuprzejme, rzeczy jak osad, rzeczy potencjalnie nieistotne, a jednak zapisujące się tam w procesie jakichś uplastycznień, jakichś nocnych konsolidacji – niespodziewanych, zdawałoby się przypadkowych i wymykających się kontroli. A ona chce w końcu żyć w bezpiecznym, to właściwie jej jedyne marzenie – żyć w bezpiecznym, nienomadycznym, w miarę trwałym.

Kiedy chodziła z nią za rękę po centralnych ulicach dużego miasta, zaczepiali je mężczyźni, zaczepiali wszystkimi zmysłami, aż male gaze stał się nie tylko domeną oczu, lecz całokształtu ciała, który można by z pewnością rozpatrywać w polu antropologii zmysłów. Ona się uśmiechała, gdy podchodzili. Ona częstowała ich papierosem. Ona nagle odrywała dłoń od skóry jakby się wstydziła tego wszystkiego, jakby jednak chciała jeździć po torach obowiązkowej heteroseksualności. Bardzo mocno tego nie rozumiała, ale patrzyła tylko, niby blisko, ale z ogromnego dystansu z ekologicznym popcornem w rękach wkładała co kilka sekund prażoną kukurydzę do ust.

Jej wargi pulsują. Czerwona tkanka drży. Kilkanaście lat zamknięcia w czymś, co określono socjalizacją do roli kobiety. Jednak ona się buntowała, od początku stawiała opór. Mówiła przez ciało, które rozpadało się na coraz mniejsze kawałeczki, choć nikt nie chciał tego przyznać. Jak to jest żyć w normach, które cisną, jak to by było, gdyby wiedziała od początku, że może nie chcieć, że pole widzialności dyskwalifikuje te, które są jej bliskie, że kontrwizualne pulsacje to nie tylko ona, lecz wiele innych, które mają odwagę radykalnie się odrywać. Później nie bez przyczyny jej biblioteczka wypełniona książkami Kathy Acker. Ullisses spoczywa obok w pozycji horyzontalnej. Po kilkunastu latach zaczyna w końcu zlepiać swoje cząstki rozsypane na polskich chodnikach, w barach i restauracjach, w pokojach do wynajęcia i gigantycznych supermarketach, do których wybierała się w masce obowiązkowej sprawności (a przecież ona nigdy nie potrafiła konfigurować swoich cyklów życiowych w natłokach bodźców, w sensorycznych napięciach, w otoczeniu półek wypełnionych po brzegi produktami).

Dostała kiedyś tekst po redakcji, w którym opisała afektywność bez przypisów. To nie był tekst wystarczająco racjonalny według double blind review. Udało jej się pogodzić z tym, że esej o charakterze poetyckim, w którym metafora ma znaczenie, a rozszczelnienia dekonstruują monolityczne heteromatriksy idzie na stracenie. Trash. Nie może znaleźć miejsca, kręci się jak pies na legowisku, rozkopuje przednią kończyną koc, układa się ponownie. Wszystko gniecie, myśli o subwersywności i o prawach do aktów wywrotowych. Liczne odnośniki intertekstualne regularnie wypracowywane w sposób autonomiczny oraz nieinstytucjonalny. Komentarze na bocznych krawędziach kartki żarzyły. „Sprawdziłem w słowniku” – tak się zaczynało, a ona już wiedziała, że jest po wszystkim, że podziękuje za współpracę i odejdzie. Zamknie się jak Emily Dickinson w swojej sypialni i będzie pisać wiersze o lesbijskim kontinuum do wszystkich tych, które kocha od tak wielu lat w sposób niezrozumiały dla innych.


teoria wysokiej wrażliwości w eksploatacji
próby dalszego trwania

w świecie zintensyfikowanych mas

papa asfaltowa oksydowana

– bardzo gorące przeciska

potliwość

przekształcenia konstrukcji kominów
przepraszamy za utrudnienia na białej kartce a cztery
przezroczysta taśma biurowa zlepiona ze szkłem wejściowych drzwi

praktyki artystyczne w nomadycznych chwilówkach

na małych skrawkach jak Audre Lorde

namad landy w miastach osiemset tysięcy slash milion
kolejne butelki wody w serwerowniach

wyrzucane przez okna

śnięte ryby
substancje do dalszego trwania
leżą przy szklance ikea pokal


„Make kin, not babies”2 – to niejedyne słowa Donny Haraway, które wchłonęła i które nosi codziennie ze sobą. Haraway proponuje bowiem koncepcję tak ekstremalnie wysuniętą, że aż można złapać się za głowę. Kiedy czyta How like a Leaf jest naprawdę gorąco, a woda wypływa z jej wszystkich porów. Znajduje się w obcym mieszkaniu, z którego niebawem ma się wyprowadzić. Jest już po wszystkim, już po wielkich próbach znormatywizowania, już po fallicznej bezpośredniości – zbyt inwazyjnej jednak, bo codzienne sny o wertykalnych obiektach doprowadzają ją do stanów, z których niekiedy ciężko jest się wydobyć. Ponowny rozpad ciała na drobne odłamki jest przykry, jednak musiała dowiedzieć się czegoś, czego nie dowiedziałaby się w innych okolicznościach. A zatem sploty, sieci, wzajemne powiązania. A zatem już nie tylko fabulacje spekulatywne, lecz projekt rekonfiguracji instytucji małżeństwa. Policzki palą ją od ekscytacji, prawie niedziałający wiatrak, który pożyczyła jej przyjaciółka, wydaje mechaniczne i nieprzyjemne dla jej alternatywnego pod każdym względem ciała odgłosy. Jednak już jej nie boli, bo wszystko jest takie jakie ma być, bo nagle orientuje się, że nie jest sama, że tam gdzieś daleko w Santa Cruz przy oceanie znajduje się ona, która intymnie łączy się z écriture féminine w instytucjonalnej teoriopraktyce kilkadziesiąt lat po Cixous, Kristevie i Irigaray.

Unosi się̨ na jej powierzchni, unosi delikatnie swoje uda, dotyka jej coraz wyżej. Chłód wzbudzający aktywację wyspecjalizowanych komórek. Już̇ prawie dociera w to miejsce, w ten obszar wilgotny i ciepły, delikatnie stwardniały, śliski jak powierzchnia ryby. Przypomina sobie moment, gdy pływała w niej zupełnie naga. Wraca. Jest w jej ciele, ostatni raz dotyka ukrwionych tkanek należących jeszcze do niedawna do nich obu. Homologizm. Homocentryzm. Homocyklizm. Homoerotyzm. Homoseksualność (nie)wspólna. Dotyka skóry, gdy maluje jej powieki różowym cieniem. Czuje jej zapach. Blisko. Wsiadają do autobusu. Ona wraca do swojego mężczyzny. Jej pies jest z tą, z którą już teraz nie jest, jednak wtedy spotyka ich w kawiarnio–księgarni, która już teraz nie istnieje. Kupuje dziesięć książek i dostaje darmowy plakat. Nigdy nigdzie go nie powiesi. Układ nerwowy w strzępach postuluje radykalne transformacje. Od tamtej chwili wibrująca materia. Codziennie.


1 Nawiązuję do koncepcji Briana Massumiego afektu “szokującego do myślenia” (B. Massumi, A shock to thought. Expression after Deleuze and Guattari, Routledge, 2002).

2 D. Haraway, Staying with a Trouble: Making Kin in the Chtulucene, Duke University Press, 2016, s. 102.


Tekst: Suri Stawicka (she/her) – magister, feministyczno–queerowa badaczka art–based, twórcza pisarka, performerka.
Prezentowała swoje prace zarówno na wystawach indywidualnych, jak i zbiorowych. Buduje intertekstualne
feministyczno–neuroqueerowe mikroarchiwa z tekstów, fotografii i artystycznych praktyk performatywnych. Ig:
@‌queer_based.

Ilustracja: Sonja Franczak – studentka grafiki na UKEN w Krakowie. W centrum jej zainteresowań jest animacja poklatkowa i grafika warsztatowa, głównie litografia.